Reklama

Niemiec nie jest zły, Polak nie kradnie - rozmowa z Wojciechem Ciskiem

11/02/2015 09:39
O jastrowianach zatrudnionych w zakładach Steinemanna, ich zarobkach i (nie)zafałszowanym obrazie partnerstwa gmin Jastrowie i Steinfeld z Wojciechem Ciskiem rozmawia Patrycja Kajewska

Jak mam się do Pana zwracać – panie Adalbercie czy panie Wojtku?
Mam dwa obywatelstwa, polskie i niemieckie, wobec czego używam obu imion. Przyjaciele z mojego ukochanego kraju, z Polski, i były burmistrz Steinfeld Herbert Kruse nazywają mnie Wojtkiem, więc proszę mówić w ten sposób.

Skąd wziął się Adalbert?
Urodziłem się w Złotowie w okresie wojennym, dlatego rodzice wybrali takie właśnie imię. Ono widnieje w mojej metryce urodzenia. Później nastała polska administracja i tym dzieciom, których rodzice nie zdecydowali się opuścić Złotowszczyzny, nadano polskie imiona. Zostałem Wojciechem.

Jak to się stało, że porzucił Pan Polskę i wyjechał do Niemiec?
To dość skomplikowana historia. W końcu lat `80 wielu naszych rodaków wyjeżdżało na Zachód, bo w Polsce perspektywy były mgliste. Ja z żoną dużo podróżowaliśmy po Europie. W 87` postanowiliśmy pojechać do Grecji. Po drodze zatrzymaliśmy się na terenie Bundesrepubliki i tam już zostaliśmy na dobre. Mojej żonie, która jest pediatrą, szybko udało się znaleźć zatrudnienie. Lekarz, którego spotkała w Hanoverze i który kojarzył ją z jednej z polskich konferencji zaproponował jej pracę. Przyjęła tę posadę. To była szybka decyzja.

A Pan czym się zajmował w po przyjeździe do Niemiec?

Mój start nie był tak prosty. Jestem nauczycielem i rolnikiem, a tu każdy jest dyrektorem własnego gospodarstwa, więc człowieka o moich kwalifikacjach nie umiano zagospodarować. Na początku byłem więc drwalem, pracowałem w lesie. Robiłem drewno kominkowe, co było wyższym stopniem wtajemniczenia (uśmiech). Cenię sobie ten czas, bo praca fizyczna była dla mnie ważnym doświadczeniem. Później, z uwagi na moją smykałkę do pracy społecznej i z tego względu, że byłem osobą, która już zorganizowała sobie życie w Niemczech, pomagałem w tym ludziom, którzy dopiero osiedlali się w Diepholz. Głównie Polakom. W pewnym momencie napływ ludności ze wschodu, m.in. z Kazachstanu, Syberii i Rosji był tak duży, że zatrudniono mnie w Czerwonym Krzyżu jako człowieka, który odpowiadał za tzw. ""adaptację w środowisku wysiedleńców ze Wschodu"". Było to możliwe dzięki znajomości mentalności ludzi tych narodowości oraz dzięki znajomości języków: polskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Potem podobna sytuacja co w Diepholz wytworzyła się w Steinfeld, na podobnym stanowisku zostałem więc zatrudniony w urzędzie gminy. Miałem tam też działkę ""kultura i kontakty zagraniczne"", reprezentowałem też komunalną radę do spraw prewencji. W tych czasach narodziła się historia współpracy Steinfeld z Jastrowiem. W jej budowaniu pomagał mi mój kolega z Jastrowia Mieczysław Borkowski. Nasze gminy szukały wówczas partnerów, więc zainteresowaliśmy sobą nawzajem naszych burmistrzów.



Jak to się stało, że partnerstwo Jastrowia i Steinfeld weszło również w obszar gospodarczy? Mam na myśli zatrudnianie jastrowian w Zakładach Przetwórstwa Mięsnego Steinemanna.
Ten pomysł narodził się trzy lata temu, podczas oficjalnej wizyty burmistrz Manueli Honkomp, jej społecznych zastępców i radnych w Jastrowiu. Burmistrz Wojtiuk opowiadał wówczas o swojej gminie, pokazywał też, ile lasów ma naokoło. Pojawił się również temat bezrobocia, jak mówił, w dużej mierze spowodowany upadkiem PGR. Przysłuchiwał się temu m.in. prokurent firmy Steinemann, który jest też społecznym zastępcą burmistrza, Hubert Pille. W pewnym momencie nachylił się do mnie i powiedział: ""słuchaj, skoro zatrudniamy Rumunów, Bułgarów i Ukraińców, to moglibyśmy też zatrudniać Polaków"". Zapytał też, czy ja bym mu pomógł w kontaktach. Zgodziłem się.

I tym samym został Pan ""nadwornym tłumaczem"".
Tak, ze względu na znajomość języka i dzięki smykałce do społecznego działania. Tłumaczenie to coś, co robię z przyjemnością, bo to zajęcie odpowiada mojej mentalności. Uważam, że jeśli człowiek wie coś więcej niż inny, może komuś pomóc, to powinien to robić.

Współpraca na linii Jastrowie – Steinfeld trwa od dekady, mimo tego polsko-niemieckiej bariery językowej wciąż nie udaje się przełamać.
Nie wiem, jak się to dzieje. W kwestii partnerstwa zawsze uważaliśmy, że powinniśmy wybrać gminę typowo polską, taką jak na przykład Jastrowie, a nie np. Zakrzewo czy Złotów, gdzie żyje wielu potomków Niemców. Choć może w drugim przypadku o porozumienie byłoby łatwiej. Tymczasem obserwujemy, że społeczeństwo polskie w dużej części włada językiem angielskim, więc ten język jest kluczem porozumienia. Poza tym gremia, które ze sobą współpracują, np. Klub Rowerowy Stramme Kette (co po polsku oznacza ""napięty łańcuch""), któremu prezesuje Czesław Bujnowski, wyszły z inicjatywą nauki podstaw języka polskiego. Udało się je opanować, co z kolei przełożyło się na intensyfikację kontaktów. Co do polityków – nie wiem, czy możemy od nich wymagać nauki. Wiem, że niektórzy w prywatnej konwersacji starają się mówić w języku swojego partnera, ale w oficjalnych przemówieniach nie jest to łatwe.

Jak jesteśmy w Niemczech odbierani?
Dobrze – jako naród, który potrafi pracować, o wysokiej kulturze.

A jastrowianie pracujący u Steinemana?
Mają bardzo dobrą opinię. Kierownik jednego z zakładów powiedział mi, że to bardzo porządni ludzie. Ostatnia grupa ludzi, którą werbowaliśmy, jest bardzo udaną. Szkoda tylko, że jedna z osób zakwalifikowanych do pracy ostatecznie odmówiła, a druga nie dojechała. W sumie dotarło sześciu pracowników. Andreas Steineman powiedział, że jeśli w Jastrowiu wciąż będą chętni do pracy, to pewnie odbędzie się dodatkowy nabór.

W Jastrowiu taka rekrutacja postrzegana jest różnie. Jedni cieszą się z perspektywy zarobku, inni krytykują. Na portalu zlotowskie.pl jeden z internautów napisał, że Steinemann zatrudnia Polaków, bo: ""żaden Niemiec w takich warunkach, za takie pieniądze nie chce pracować"".

Firma Steinemann w tym roku wprowadziła minimum płacowe, które gwarantuje się wszystkim nowym pracownikom. Prawdą jest, że nie są to zbyt wielkie pieniądze, ale ludzie, z którymi ja mam do czynienia, nie narzekają. Z reguły narzekają ci, którzy pracują przez pośrednika. My już od tego modelu zatrudnienia odeszliśmy – już tylko niewielka grupa osób pracuje na takich zasadach.

Więc pracownik polski wcale nie jest tańszym?

Nie. Firma Steinemann zatrudnia ludzi różnych nacji. Prócz Polaków są Rumuni, Bułgarzy, Ukraińcy, Rosjanie i również Niemcy. Trzeba pamiętać, że wiele stanowisk nie wymaga żadnych większych kwalifikacji, a to wpływa na poziom płacy. Ocenić, czy oferowane pieniądze są duże, czy małe, jest trudno. Ja z jastrowianami rozmawiam i wiem, że oni są z pracy u Steinemanna zadowoleni. Niektórzy z nich pracują tam już naprawdę długo, a to najlepszy dowód.

[[reklama]]

Współpraca Jastrowia ze Steinfeld zawsze przedstawiana jest w pozytywnym świetle, tymczasem wiele osób uważa, że to nieco zafałszowany obraz. Ludzie zwracają uwagę na to, że wyjazd do pracy to żadna integracja narodów, a konieczność. Jastrowianie jadą do Steinfeld za chlebem, by utrzymać rodziny. W drugą stronę to nie działa.
Pewnie, że to tak jest, ale byłem u zarania tej współpracy i mogę powiedzieć, że już wtedy, ponad dziesięć lat temu, w Jastrowiu pojawiły się głosy, że ludzie chcą pracować w Steinfeld. Wtedy było jeszcze za wcześnie, bo my chcieliśmy się spotkać z kulturą, sportem, życiem społecznym i kościołem, a na pierwszym planie były kontakty dzieci i młodzieży, co się bardzo udało. Czas przyszedł trzy lata temu. Poza tym trzeba pamiętać, że jastrowianie nie muszą jechać do Steinemanna. Taka jest ich wola, więc my im stwarzamy warunki.

Jakie profity przynosi to nasze partnerstwo?

Przede wszystkim zmieniła się opinia jednych o drugich. Polacy wiedzą, że Niemiec wcale nie jest taki, jak kiedyś opowiadano w domach. W Niemczech za to nie mówi się już ""auto dopiero co skradzione, a już w Polsce""(uśmiech).

Istnieje pogląd, że umowy partnerskie nie mają większego znaczenia, że często są jedynie okazją do zagranicznych wyjazdów.
Zasadniczym celem partnerstwa było przybliżenie narodów – temu podporządkowane są wszystkie formy współpracy. Ja nie muszę mieć partnerstwa, by przyjechać do Polski. Według mnie takie umowy mają sens, ale to mogą ocenić jedynie ci, którzy są we współpracę zaangażowani.

Wszystkie partnerskie wizyty i rewizyty odnotowywane są u nas w lokalnych mediach. W Steinfeld również?
Tak. Trzeba powiedzieć, że wielu naszych było już w Jastrowiu (m.in. rolnicy, strażacy, harcerze, rowerzyści i członkowie orkiestry oraz młodzież szkolna), więc mieszkańcy gminy są żywo zainteresowani tym tematem. Nasze lokalne media szeroko i dobrze relacjonowały te kontakty.

Panie Wojciechu, lepiej Panu na obczyźnie?
Życia w Polsce i w Niemczech nie da się porównać. Poza tym muszę powiedzieć, że dłuższe okresy przebywaliśmy z żoną najpierw w Szwajcarii, potem w Hiszpanii, więc czuję się obywatelem świata, a w szczególności Europy. Nie znaczy to jednak, że nie ckni mi się za Polską.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości