Na początku września pisaliśmy o kolejnej premierze spektaklu przygotowanego z udziałem zakrzewskich seniorów. Przedstawienie „Projekt Dekalog, czyli folwarczne imaginarium” było czwartym widowiskiem, w którym uczestniczyła ta grupa. Zespół, który nad spektaklami pracuje od czterech lat, regularnie co roku dostarcza publiczności nowych, artystycznych przeżyć. Przez te lata na łamach „Aktualności” zamieszczaliśmy relacje z premierowych spektakli, artykuły zapowiadające to, że seniorzy przygotowują kolejne przedstawienia, wypowiedzi twórców i zawodowych artystów, którzy wspólnie z zakrzewską grupą opracowywali kolejne widowiska. Niewiele było jednak o samych wykonawcach. O grupie zwanej powszechnie spektaklową, która jest przecież tym, wokół czego wszystko się tutaj kręci. Dzisiaj zatem o nich – zakrzewskich seniorach. Czym były dla nich cztery lata pracy nad przedstawieniami? Co im dały, co być może odebrały? Co w nich zmieniły?
Emeryci są zgodni. To, co spotyka ich od czterech lat, to niepowtarzalna przygoda, której nigdy nie spodziewali się doświadczyć. W ich przypadku słowo artyści to prawdopodobnie przesada, ale na pewno teatru, śpiewu i tańca zasmakowali tak dużo, że sceniczne deski w pewnym sensie stały się ich codziennością. – To coś wspaniałego. Niezwykła odskocznia, zarówno dla zdrowia fizycznego jak i psychicznego – mówi Alicja Dąbek. – To również czysta rozrywka, jakiej większość naszych rówieśników nie ma okazji doświadczyć – dodaje Danuta Zdrenka. Urszula Chałubek, gdy analizuje te czteroletnie dokonania grupy, ale też swoje, zdziwiona jest, że zgodziła się na udział w takim przedsięwzięciu. Że się odważyła, z czego dzisiaj jest dumna. – Fajnie, że się tam dostaliśmy. To nasze wspólne obcowanie ma wartość zwłaszcza dla osób samotnych. Mikołaj jest dla mnie jak syn – zakrzewianka mówi o Mikołaju Mikołajczyku, reżyserze wszystkich spektakli. – Mikołaj dużo pokazał nam jako reżyser. Podtrzymywał też nas na duchu i na zdrowiu, gdy nie wszystko szło zgodnie z planem. Dzięki tym doświadczeniom poznaliśmy inne życie, a między nami wszystkimi zawiązała się szczególna więź – wtóruje Bogusław Dąbrowski, który na co dzień pełni obowiązki szefa koła zakrzewskich emerytów.
Wszyscy seniorzy zgodnie mówią o tremie. O tym, że podczas pierwszej premiery była wręcz porażająca. – Po czterech latach ona wciąż jest oczywiście obecna, ale z każdym kolejnym występem coraz łatwiej nad nią zapanować – zauważa pan Bogusław. Przewodniczący koła emerytów nie ma żadnej wątpliwości, że kolejny raz bez wahania zgodziłby się ponownie wejść do tej samej rzeki. Jak czuł się na scenie były wójt gminy, gdy przyszło mu odsłaniać swoje artystyczne wnętrze przed mieszkańcami gminy, którą kierował przez blisko czterdzieści lat? – Nie było szczególnie wielkiej tremy z tego powodu – zapewnia Jerzy Podlewski. Co dla niego ma największą wartość po kilku latach artystycznej pracy? – To, jak się do siebie zbliżyliśmy. W pewnym sensie jesteśmy jak rodzina – ocenia dzisiejsze relacje między seniorami. – No i znacznie poszerzyły się nasze horyzonty, mamy zdecydowanie więcej zainteresowań – podkreśla jego małżonka Łucja.
To starsza wiekowo grupa, więc siłą rzeczy zdrowie zaczęło dawać się we znaki artystom-amatorom. Nie wszyscy byli w stanie pracować nad każdym spektaklem. Józefa Polak, Danuta Okońska, Janusz Okoński czy Irena Czermak to osoby, które tegoroczne widowisko mogły jedynie oglądać z widowni. – Przez mój udar nie mogę się tak angażować, chociaż bardzo bym chciała. Brakuje mi tego – mówi pani Irena, jedna z tych w gronie seniorów, o których zwykło się mówić: dusza towarzystwa. To ona właśnie po premierze „Dekalogu...” krzyczała z widowni do kolegów i koleżanek artystów, że jeszcze dołączy do tego grona przy okazji kolejnej premiery. – Z całych sił będę się starać, żeby wrócić – deklaruje w naszej rozmowie.
O tym, jak wielki trud seniorzy wkładali w przygotowania kolejnych spektakli, mówi Jan Cieślik. – Szczególnie w tegoroczne lato próby były bardzo ciężkie. Były upały, wylaliśmy sporo potu – wspomina tygodnie przygotowań. Co jemu dały cennego kilkuletnie występy przed publicznością? Nie tylko przecież zakrzewską, ale również poznańską czy warszawską? – Większe poczucie własnej wartości. Obycie ze sceną. No i jestem bardziej rozpoznawalny – żartuje pan Janek, który akurat z rozpoznawalnością nie powinien mieć problemów, wszak to powszechnie znany, lokalny mistrz ortografii.
– Mnie te wszystkie próby i spektakle dały odwagi, że też mogę występować na scenie – mówi sołtys Zakrzewa. Jan Wojciechowski przyznaje, że kiedyś wyjście na scenę i publiczne występy były dla niego czystą abstrakcją. – To było nie do pomyślenia. Nie wyobrażałem sobie wyjścia przed widownię – przyznaje. Przypomina też, jak trudno było mu się przełamać przy okazji pierwszej premiery. – Na próbie generalnej mnie zatkało i nie mogłem ruszyć – wspomina prace nad spektaklem „Teraz jest czas”. – Pot mnie oblewał. Powiedziałem Mikołajowi, że nie będę mówił i żeby wziął kogoś innego. On mi na to: nie kurwa! Będziesz mówił. No i mnie przełamał – opowiada sołtys, na które to wspomnienie śmieje się stojący obok Edmund Bindek. – Takie przełamanie się to jest duży sukces – docenia wyczyn kolegi sołtysa. – Objechał nas czasami, agresywnie swoje powiedział, ale mieliśmy z nim zawsze bardzo dobre relacje – nawiązuje do zdecydowanego, czasami nawet ostrego traktowania seniorów przez reżysera Mikołajczyka. Edmund Bindek przekonuje, że on akurat nie przejmował się tym, że może nie podołać. – Przede wszystkim cieszyłem się, że mamy zajęcie i w wartościowy sposób zajęty czas wolny. Że robimy przy tym coś dobrego i wartościowego – pan Edmund zdecydowanie zgadza się z tym, że artystyczna praca poszerzyła życiowe horyzonty grupy emerytów.
– Otwarcie na nowe dziedziny sztuki, których wcześniej nie znali. Głównie na sztukę performance, która nie jest przecież domeną małych środowisk – na to z kolei wskazuje pracujący z seniorami w zespole Wrzos Henryk Szopiński z Domu Polskiego. Mówi też o niezwykłych wartościach, jakie wyniknęły z niecodziennej relacji młodszych i starszych osób. Bo przecież w spektaklach udział brali również młodzi tancerze z Zespołu Pieśni i Tańca Rodlanie. – Tam zawiązała się bardzo ciekawa międzypokoleniowa relacja – zauważa Szopiński. Podkreśla, że nie każdemu było łatwo się w niej odnaleźć, gdy np. młodemu chłopakowi przyszło krzyknąć do starszej osoby, i to jeszcze byłego wójta: Jurek!
Były też sytuacje, kiedy i starsi, i młodsi z konieczności dzielili garderobę. Nieśmiałość została przełamana, to była przecież jedna, wspólna aktorska trupa. – Nasi seniorzy z pewnością stali się bardziej otwarci i tolerancyjni – podkreśla z kolei dyrektor Domu Polskiego, Barbara Matysek-Szopińska. – Zdecydowanie – wtóruje jej małżonek, na dowód podkreślając chociażby fakt, że w gronie zawodowych artystów, z którymi współpracowała grupa spektaklowa, byli także homoseksualiści. Szopiński nie ma wątpliwości, że stwierdzenie, iż seniorzy wynieśli z tych wszystkich doświadczeń jeszcze więcej życiowej mądrości, wcale nie byłoby oceną na wyrost.
– Jest bardzo dużo pozytywów dla seniorów po tych latach pracy. Ich otwartość, tolerancja i jeszcze większy szacunek, nie tylko względem innych, ale również dla siebie – podkreśla dyrektor Domu Polskiego.
– Rzeczywiście, jestem z siebie dumna. Rodzina również jest ze mnie dumna – potwierdza Maryla Trokowska. Ona również od wielu lat zmaga się z chorobami. Dzięki pracy nad spektaklami i kolejnym występom czuje się dwadzieścia lat młodsza. – To najlepsza recepta na oderwanie się od trudów codzienności – takiej największej dla siebie wartości upatruje w tym, co dokonała wspólnie z rówieśnikami przez ostatnie cztery lata. – Zawsze powtarzam młodzieży, że nie jestem starsza, a jedynie wcześniej urodzona – zdradza jedną ze swoich życiowych maksym. Właśnie w relacjach z Rodlanami dostrzega wielkiej wartości zrealizowanych projektów. – Cieszę się, że nasza młodzież nie wstydzi się tych swoich dziadków – żartuje seniorka. Pani Maryla nie kryje, że zawsze ciągnęło ją na sceniczne deski. Częściowo te plany udało się przez lata zrealizować, poprzez przynależność do chóru Tęcza czy zespołu Wrzos. Jednak dopiero w jesieni życia w pełni dane było jej zaznać prawdziwej, artystycznej, bo i aktorskiej przygody. – Marzenia jednak się spełniają – zauważa wzruszona. Jak pozostali, ona również ma ochotę na więcej. – Chcielibyśmy wspólnie zrealizować kolejny projekt – w imieniu grupy deklaruje Jerzy Podlewski. – Oby Pan Bóg pozwolił i dał jeszcze siły – dorzuca pani Maryla.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze