Jestem chory na nieuleczalną, śmiertelną chorobę! To nie ja, to choroba winna
– Wiesiek tłumaczy sobie mandaty, kolegia, zwolnienie z pracy, odejście żony. Towarzyszkę życia wybierał cztery lata i dzień. Tyle trwało jego narzeczeństwo. A potem okazało się, że trafił najgorzej jak mógł.
Taka baba była paskudna, ganiała mnie
– mężczyzna oskarża swoją drugą połówkę. O to, że chciała dla niego dobrze.
Kochane baby, ach te baby! Człek by je łyżkami jadł – śpiewał Eugeniusz Bodo, a po nim również Andrzej Zaucha. Kto się nie zgodzi, ten chwat taki jak Wiktor. Zamiast rozsmakowywać się w żonie zanurza się w Styks zepsucia.
Młodzieniec ów cudnej urody, a i błyskotliwości wielkiej, znany i lubiany towarzysz wielu libacji, wiele wysiłku i poświęcenia z siebie dawał, by posiąść tajniki spożywania trunków i nie ponoszenia konsekwencji tegoż sportu
– głosi poemat napisany na jego cześć. Odczytuje go Henryk, anonimowy alkoholik tak jak większość z siedzących przy stołach osób. Mężczyzn i kobiet, młodych i starych, szczupłych i tych przy kości. Mitingi otwarte pozwalają zajrzeć niepijącym pod podszewkę uzależnienia. Odwzajemnić męski uścisk. Dziwne to uczucie, gdy nie ściskasz ręki w kurtuazyjnym powitaniu, lecz trzymasz w dłoni ciepłe palce. Przypomina mi to zafundowany przez firmę masaż. Nigdy nie czułem się tak nieswojo jak przy uciskaniu rąk przez innego mężczyznę. Podczas mitingu stoimy dodatkowo z głowami w dół, a anonimowi alkoholicy odmawiają modlitwę. „Boże, użycz mi pogody ducha, abym pogodził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał, co mogę zmienić i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”. Cześć – pan z lewej strony potrząsa moją dłonią jakby chciał strącić i ze mnie, i z siebie złe emocje. Zebranie AA to czas otwierania się.
Dlaczego zjawiłem się w świecie osób pijących?
– pyta Wiktor, od którego zaczyna się historia grupy AA „Krzywik” w Złotowie.
Wychowałem się w domu, gdzie alkohol był normą. Nie mogłem nie zostać alkoholikiem. Tata miał kłopot i jego trzej synowie zostali uzależnieni
– opowiada spokojnie. Przez lata życia w grupie oswoił swoje grzechy. Przez pierwsze sześć lat małżeństwa pije swobodnie, żona nie protestuje, bo i jej ojciec za kołnierz nie wylewał. A potem coś w nią wstępuje: Flaszka albo ja, stawia ultimatum.
Ale ona sobie tak gadała, gadała przez parę lat. Przyzwyczaiłem się
– mężczyzna wspomina wydarzenia sprzed trzydziestu lat. W końcu wszyscy piją i świat się nie wali. Polska to taki kraj, w którym nawet dziś za 20 zł nie załatwi się wiele, ale za butelkę wódki niemal wszystko. Wiktora otrzeźwia dopiero sąd. Dla alkoholika niemal ostateczny. 21 stycznia 1986 roku wzywa go sędzia Sobczyk. Nie wierzy, że mąż i ojciec, ale przede wszystkim miłośnik libacji dotrzyma rzuconej sześć dni wcześniej obietnicy: od dzisiaj nie piję!
Musiałem tłumaczyć się z picia. Jestem głęboko wdzięczny Ani, że podjęła taką decyzję
– zapewnia dziś stateczny brodacz.
Gdy kobieta płacze, nigdy nie wiadomo, czy jej to pomaga, czy szkodzi. Wiesław, kiedy moczy łzami ziemię w Licheniu, też jest rozdarty...
W swojej opowieści Wiesiek idzie na kolanach wokół ołtarza. Jego zachrypniętą modlitwę o zwycięstwo nad alkoholem wzmacniają setki podobnie przepalonych gorzałką gardeł...
Jesień 1986 roku. Autobus do Koszalina jedzie trzy i pół godziny. Spotkanie oczadziałych, jak alkoholików nazywa autor poematu Heniek, trwa dwie godziny...
Co łaska, panie, co łaska. Kapelusz, który nagle zaczął krążyć wokół stołów przypomina mi o Cygance klęczącej swego czasu przed farą w Złotowie...
Gdy kobieta płacze, nigdy nie wiadomo, czy jej to pomaga, czy szkodzi. Wiesław, kiedy moczy łzami ziemię w Licheniu, też jest rozdarty. Do sanktuarium trafia, bo na Matce Boskiej Częstochowskiej się zawiódł. W kaplicy tamtejszej prosił, żeby żona wróciła i żeby dzieci były szczęśliwe. Na tacę nawet dał.
I nic, Bóg opieszale do moich modlitw podchodził
– twierdzi, ściskając w dłoni mikrofon. Anonimowi słuchają go w skupieniu, bo na mitingu nie ma historii lepszych i gorszych. Liczy się szczerość. Wobec innych i siebie przede wszystkim. Tak głosi słowo z książki dla AA. Odczytuje je Heniek. Spis zasad dla walczących z nałogiem to „12 tradycji” i „12 kroków”. Na wzór przykazań mówią im, jak żyć. Pierwszy brzmi: Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem.
Pozostaje nam zatem prosić was: bądźcie nieustraszeni i gorliwi od samego początku
– kończy lektor.
W swojej opowieści Wiesiek idzie na kolanach wokół ołtarza. Jego zachrypniętą modlitwę o zwycięstwo nad alkoholem wzmacniają setki podobnie przepalonych gorzałką gardeł. Podczas spotkania trzeźwościowego dociera do niego, że nie wystarczy, że nie pije od dziesięciu lat. Miało być lepiej, a do ludzi wstrętu nabrał, dwa miesiące nad rzeką mieszkał.
Strasznie się upłakałem, ale zrozumiałem, że nie mogę zwalać winy na chorobę. Muszę przejąć odpowiedzialność za swoje życie
Reklama
– uzależniony cieszy się, że w Złotowie znajduje uszy, w które może przelać słowa. Na co dzień jest z tym ciężko, bo anonimowi alkoholicy bywają męczący. Świętsi od papieża pouczają innych i zanudzają ich opowieściami o dniach bez procentów.
Myśleli, że nie wytrzymam. Brat nawet się o to założył
– atakuje mnie Andrzej. Pewnie nie pamięta, że już mi to mówił, gdy kilka razy zaczepił mnie na mieście, oparty o swój wysłużony rower. A może nie mówił tego mi, tylko sobie? Chociaż jest coś, czego nie słyszałem. Historii z fuchy, bo Andrzej dorabia po domach.
Pani mówi: słyszał pan, że w tym domu kultury alkoholicy się spotykają, zrzutki robią i libacje urządzają? A skąd pani to wie? Koleżanka mi mówiła. A wie pani, że ja jestem jednym z nich?
– mężczyzna niepewnym wzrokiem wygląda reakcji. Mówię, że najwięcej wiedzą o nas obcy ludzie. A już najlepiej znają nasze wady.
Co łaska, panie, co łaska. Kapelusz, który nagle zaczął krążyć wokół stołów przypomina mi o Cygance klęczącej swego czasu przed farą w Złotowie. Pochylona, mamrocząc, zbierała złotówki. Na dzieci, głosił napis na tekturze. Im było chłodniej, tym częściej zakotwiczała na chodniku. Krzysztof, anonimowy siedzący z boku wyjaśnia, że grupa AA nie ma dotacji. Ciasto, które dziś jemy, kupili za datki z kapelusza. Od niego wiem też, skąd wzięła się nazwa „Krzywik”. To pierwsze człony imion jej założycieli – Krzysztofa (lekarza z miejscowego szpitala) i Wiktora (tego, który był o krok od rozwodu).
Pamiętajmy, że mamy do czynienia z alkoholem, wrogiem podstępnym, przebiegłym i potężnym. Nie jesteśmy w stanie walczyć z nim sami. Na szczęście jest ktoś potężniejszy – Bóg
– uczestnicy mitingu, nie zważając na wyjaśniania mojego sąsiada, kontynuują. Odwołują się do wyższej instancji. I choć zapewniają, że słowo „Bóg” można pominąć nawet w modlitwie, to chyba nikt nie ryzykuje. Każda pomoc się przyda.
Jesień 1986 roku. Autobus do Koszalina jedzie trzy i pół godziny. Spotkanie oczadziałych, jak alkoholików nazywa autor poematu Heniek, trwa dwie godziny. Do Złotowa Wiktor wraca po ciemku, ale zafascynowany ruchem AA niczym podlotek, który spotkał uwielbianą gwiazdę kina. Mało tego, od lekarki dostaje adres – Jezioro Białe.
Tam spotykają się anonimowi alkoholicy i się cieszą z tego, że nie piją
– słyszy. W języku bajarza Henia brzmi to tak:
„Potrzebował innych oczadziałych na jego podobieństwo, by się z nimi bratać przy kawie i opowieściach. Albowiem życie na trzeźwo okrutną sztuką się okazało i wielu błędów doświadczali nim sukcesy osiągać zaczęli. Dawanie wzajemnej nadziei konieczne było, by ustrzec się ponownego sponiewierania”.
Na trasie, może gdzieś pod Szczecinkiem, w umysłach Krzysztofa i Wiktora rodzi się myśl, by sponiewieranych alkoholem zebrać w Złotowie. We wrześniu 1986 roku w Polsce było 85 grup AA (dzisiaj jest ich ponad 2500), a ta złotowska załapała się do pierwszej setki.
„Pod jeleniem” to kultowa dla złotowian knajpa. Niejeden spotkał w niej diabła na dnie butelki. Marek miał wtedy szesnaście lat. Pierwszy raz nad Głomią pamięta doskonale:
W 1969 roku przyjechałem do szkoły i się nachlałem pod tym jeleniem. Złotów kojarzy mi się jeszcze ze Szpitalną, internatem, z Jeziorem Zamkowym, w którym się kąpałem i do dzisiaj mam problemy ze skórą.
29 października 2016 roku jest drugi raz w naszym mieście. Na karku ma dwadzieścia dziewięć lat abstynencji.
Jak ostro piłem nie pomyślałem, że dożyję 2000 roku. A gdyby ktoś mi powiedział, że przyjadę do Złotowa na 30. rocznicę grupy „Krzywik” i będą jadł ciasto, i nie będę pił wódki, to bym go wyśmiał. A wtedy to jeszcze bym w mordę dał, bo byłem agresywny
– mówi donośnym głosem. Ale odwagi mu brak, bo zwykle na mitingach liczy lata niepicia kolegów i koleżanek, a tu się boi.
Pewnie byłoby tego z tysiąc lat, a to jest taka potęga, że można nią parowozy ciągać.
„Dzięki grupie „Krzywik” wielu życie i godność odzyskało, inni kariery i majątki zdobyli, inni władzy i sławy dostąpili. Dar trzeźwienia przez dwóch rozpoczęty na Złotowszczyźnie lat temu trzydzieści wiele dobrego uczynił i czyni nadal. A imię Wiktora wiele dzieci otrzymało ku pamięci jego czynów zacnych i urody wielkiej”
– głosi bajarz, czym wprawia ojca założyciela w zakłopotanie. A on skromny jest, przemawiać nie potrafi, więc mówi tylko:
Bycie w AA dało mi to, że żyję i nie piję. Mam rodzinę, synów, wnuki. Moje życie się zmieniło, mimo że moi bracia nadal są po drugiej stronie. Mam na imię Wiktor, jestem alkoholikiem i to jest wszystko, co mogę o sobie powiedzieć.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze