Reklama

Opowieść o człowieku, co kochał pracować

30/12/2019 19:00

Wspomnienie o Władysławie Neugebauerze.

Siadam przy okrągłym stole. Pani Anna kładzie przed mną dwa skoroszyty.

– Tu znajdzie Pan na temat tatusia prawie wszystko – patrzy mi głęboko w oczy. Pewna siebie, nie ucieka wzrokiem, widać, że ma silny charakter. Potem wiem już, po kim.

Spoglądam na okładkę – tytuł pracy brzmi: Praca w PRL – Dla siebie, dla społeczeństwa, dla systemu. Czysty socrealizm, tyle że napisany po 2000 roku. Autor chodził do drugiej klasy gimnazjum w Lotyniu.
Otwieram i czytam. Wciągnęło mnie błyskawicznie. Pani Anna klęknęła na krześle, wsparła się łokciami o blat okrągłego stołu, cierpliwie czekając na moją pierwszą reakcję. „Kiedy rozwiązywano PGR–y byłem dzieckiem i niewiele pamiętam, bo nie dotyczyło to mojej rodziny. Z opowiadań moich rówieśników wiem, że kiedyś niczego im nie brakowało, a teraz brakuje wszystkiego. Latem zbierają grzyby i jagody, aby zarobić nie tylko na podręczniki i zeszyty, ale na buty i kurtki na zimę, bo rodzice nie mają pracy albo zarabiają niewiele. Likwidacja PGR–ów w okolicznych wsiach sprawiła, że niemal wszyscy mieszkańcy stracili pracę” – pisze autor Marcin Sińczuk.

Reklama

Kiedyś niczego nie brakowało...

Władysław Neugebauer trafił do Lotynia w 1959 roku, kiedy Gomułka rozwiązał zespoły PGR–ów. Przeniesiono go z Grzmiącej koło Szczecinka. Tam zarządzał 12 gospodarstwami w sumie na 5 tysiącach hektarów ziemi. Miał do dyspozycji dwa samochody ciężarowe, traktory amerykańskie, niemieckie, polskie. „Gospodarstwa były różne. Tam gdzie zostali Niemcy, gospodarstwa były zadbane, lepsze. Niemcy pracowali lepiej, byli stałymi pracownikami; reszta to ludność napływowa, która dopiero szukała swojego miejsca i często się przemieszczała” – wspominał W. Neugebauer. „Na tych terenach nie było szkół, ludzie nie byli wykształceni. Warunki lokalowe były złe – w mieszkaniach nie było wody, ubikacji; zimą paliło się drewnem. Zimą, kiedy temperatura spadała poniżej minus 20 stopni, wyjeżdżaliśmy na pole, aby młócić sterty; to była najlepsza pora na młóckę” – pisał. Z Grzmiącej do Lotynia poszło za Nim wielu.

– Ludzie ufali mu, wiedzieli, że przy nim nic złego ich nie spotka – mówi pani Anna, córka Władysława Neugebauera, która kilka lat temu wróciła do Lotynia z Kołobrzegu, pomagając swojej siostrze Stanisławie prowadzić dom, opiekować się rodzicami.

Reklama

Polska dusza, niemieckie nazwisko

Neugebauer urodził się pod Szamotułami w miejscowości Wielonek w 1923 roku. Jego rodzice prowadzili gospodarstwo. Kiedyś jeden z członków rodziny postanowił odnaleźć korzenie rodziny, by dowiedzieć się, dlaczego Polacy noszą niemiecko brzmiące nazwisko.

– Doszukał się przodków w Austrii. Podobno jedna z członkiń rodu popełniła mezalians. Musiała zerwać kontakty z rodziną i szukać sobie nowego miejsca na ziemi. W zamian dostała jakieś pieniądze, by mogła się w życiu urządzić – wspomina Stanisława Neugebauer, druga z córek Władysława. W Wielonku Neugebauerom niczego nie brakowało. Byli pracowici, wykształceni, byli wielkimi patriotami, bardzo wierzący. W sumie było ich siedmioro rodzeństwa – dwie siostry trafiły do zakonu, dwóch braci zostało księżmi. Żyli dobrze do czasu wybuchu wojny. Zimą 1945 roku Władysław, jako 21–letni mężczyzna, został wyznaczony, by odwieźć niemieckich żołnierzy na dworzec do Wronek. Nalot radzieckiego samolotu, wybuch bomby... Z odłamkami w ciele młody Władek trafił do radzieckiego szpitala polowego. W szpitalach doczekał końca wojny.

Reklama

Lotyń w klubie milionerów!

Władysław chciał się uczyć. Wydział rolniczy Uniwersytetu w Poznaniu to było jego miejsce.

– Był prymusem, kochał rolnictwo – mówią zgodnie Stanisława i Anna. Studia skończył w 1952 roku. Nakaz pracy, jaki otrzymał po studiach, kazał mu ruszyć do gospodarstwa w Człopie, a kilka miesięcy później do Grzmiącej, gdzie pracował do 1959 roku. Jednak to Lotyń był prawdziwym miejscem jego przeznaczenia.

Kiedy zaczynał pracę w Lotyniu gospodarstwo było deficytowe – 670 tysięcy złotych na minusie. Po dwóch latach „Głos Koszaliński” donosił, że jako jedno z jedenastu gospodarstw w województwie koszalińskim przyniosło dochód ponad miliona złotych! Lotyń znalazł się w koszalińskim klubie milionerów. Władysław Neugebauer wyznawał zasadę, że pańskie oko konia tuczy.

Reklama

– Nawet nocą, po pasterce, w pierwszy dzień świąt kazał zaprzęgać konia do bryczki, by objechać wszystkie sześć gospodarstw tworzących Stację Hodowli Roślin w Lotyniu, by upewnić się, że nic złego się nie stało – opowiada pani Stanisława.

– Tatuś wstawał wcześnie rano, sam musiał wszystkiego doglądać. Uwielbiał porządek, z domu to wyniósł. Od siebie wymagał i od ludzi też – mówi.

Ot i cały sekret

„Kiedy przyjechałem do Lotynia we wsi było 68 mieszkań, kiedy odchodziłem na emeryturę – 218. Oprócz Lotynia budowaliśmy mieszkania w innych gospodarstwach – m.in. w Węgorzewie; w sumie 318 mieszkań. Mieszkania miały wodę, łazienki, centralne ogrzewanie” – czytam w opracowaniu.

Reklama

Marcin Sińczuk w swojej pracy wkleja kserokopię reportażu Jadwigi Ślipińskiej, który jest zatytułowany „...I żyją dostatniej”. To reportaż z początku lat 70. o tym, jak W. Neugebauer postanowił wybudować w Lotyniu masarnię i postawić sklep masarniczy, by ludzie nie musieli jeździć do Szczecinka czy Okonka. Podobno butem na ubitej ziemi wyrysował projekt. Wcześniej jednak jeździł po Polsce i oglądał podobne obiekty, by masarnia w Lotyniu była najlepsza. Na zdjęciu z wnętrza sklepu stoi ekspedientka Wanda Rakowska, a w tle sklepowe haki uginają się od wędlin. Zdjęcie nie było aranżowane. W reportażu opisane jest, jak w kuchniach mieszkań pracowniczych zamontowano czteropalnikowe kuchenki gazowe, jak ludzie się bali nowości. To reportaż opowiadający o tym, jak dyrektor kazał pracownikom w swoich mieszkaniach budować łazienki na zasadzie: ja wam dam materiał, a wy swoją pracę. Autorka opisuje, jak rugał niezdecydowanych, jak namawiał żony, by swoich mężów przekonały do budowy łazienek. Jest i o parku. Przed wojną był dumą niemieckich właścicieli Lotynia, po wojnie zapuszczony, zapomniany. Aż przyszedł Neugebauer... Zrobił z niego perełkę. „Na naradach powtarzam stale to samo: możemy wiele zrobić, jeżeli będziemy mieli pieniądze. A pieniądze będziemy mieli, kiedy będziemy dobrze pracować. Ot i cały sekret...” – cytuje dyrektora SHR Lotyń Ślipińska.

Reklama

Z ludźmi trzeba było umieć żyć

Władysław Neugebauer należał do PZPR. Jak mówił, wstąpił, bo bez tego trudno byłoby cokolwiek załatwić. Mało kto wie, że jednocześnie był najbardziej zaufanym doradcą w sprawach gospodarczych biskupa diecezji koszalińsko–kołobrzeskiej Tadeusza Werno. Biskup był częstym gościem w domu Neugebauerów. Ówczesne władze to tolerowały, pewnie dlatego, że potrzebni byli im tacy ludzie jak dyrektor SHR Lotyń. Władza lubiła chwalić się jego sukcesami. Nie bez przyczyny do Lotynia przyjeżdżali ministrowie, wicepremierzy. 10 sierpnia 1971 roku przyjechał osobiście I sekretarz KC PZPR Edward Gierek! – „(…) że Gierek przyjeżdża dowiedziałem się dwie godziny przed jego przybyciem. Pojechaliśmy na pole, do kombajnistów, którzy kosili, potem do Łomczewa, przez Okonek, gdzie czekaliśmy w Okonku, bo pracownicy drogowi malowali pasy; E. Gierek nie miał żadnej obstawy poza jednym ochroniarzem” – szczegółowo opisywał tamten moment pan Władysław.

– Tatuś był cholerykiem – mówi pani Anna.

Reklama

– Jak coś go zdenerwowało, potrafił wyrzucić to z siebie, nie potrafił ukrywać emocji. Miał jednak gołębie serce. Najpierw się zdenerwował, a potem szedł do ludzi i pytał, jak im pomóc albo prosił, by się poprawili – potwierdza pani Stanisława. Ludzie go szanowali, wiedzieli, że nawet jak się zdenerwuje, to krzywdy nie da im zrobić. Władysław Neugebauer: „Ludzie byli różni, ale przez 40 lat, kiedy byłem dyrektorem, żaden pracownik nie został zwolniony i żaden nie poszedł do więzienia. Jak tylko mogłem, to broniłem i wyciągałem – nawet w sądzie występowałem jako świadek, żeby pracownik nie poszedł siedzieć.”
SHR Lotyń składało się z sześciu gospodarstw: Lubnica, Węgorzewo, Skoki, Łomczewo, Bąk, Lotyń. W sumie w pracy ze Stacji żyło około pół tysiąca rodzin, 2 tysiące ludzi. Głównie zajmowano się uprawą wysokiej jakości ziemniaków, była uprawa zbóż. Hodowano bydło, trzodę chlewną, owce.

Nie potrafię tego zrozumieć

W 1989 roku, w wieku 66 lat, Władysław Neugebauer odszedł na emeryturę.

Reklama

– Musiał odejść ze względu na stan zdrowia, miał cukrzycę – mówi Stanisława.

– To był prawdziwy dramat dla tatusia, rozchorował nam się. Od tamtej pory NIGDY nie poszedł do parku, nie był oglądać budynków stacji, nie chciał oglądać, jak wszystko popada w ruinę. Tam było zakazane jeździć. To była dla niego tragedia, tak serce go bolało. Do parku bał się iść – mówi pani Anna.
SHR Lotyń upadło ze względu na kredyt wzięty na przechowalnię ziemniaków. Dyrektor marzył, by w Lotyniu stworzyć stację hodowli nowych odmian ziemniaka, który podlegałby pod Instytut Hodowli Roślin. Niestety, przyszedł czas reform, kredytu nie było za co spłacać. Wszystko niemal z dnia na dzień upadło. Paradoksalnie upadały najlepsze PGR–y, te które inwestowały. Koszty kredytów je zarżnęły z dnia na dzień. „To co się dzieje jest okropne. Nie potrafię tego zrozumieć i nie chcę. Całe swoje życie poświęciłem pracy. Nauczono mnie szacunku dla niej i dla jej owoców. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy bezmyślnie niszczą to, na co inni ciężko pracowali. I nic, zupełnie nic tego nie usprawiedliwia” – napisał w pracy Marcina Sińczuka.

Reklama

Władysław Neugebauer zmarł 24 listopada 2019 roku w Lotyniu. Do ostatnich dni zajmowały się Nim córki Anna i Stanisława. Mieszkańcy Lotynia kilka lat temu odrestaurowali ponownie park. Po stacji niewiele pozostało, przechowalnia ziemniaków jednak funkcjonuje. Nie ma stacji, ale w Lotyniu wszyscy o Neugebauerze pamiętają. Pamiętają, kim był dla tej społeczności.

Mariusz Leszczyński
fot. z archiwum rodziny

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości