Reklama

Pancerni z osiedla. Poznaj historia militarnego małżeństwa

16/12/2015 18:30
Do obiadu – Czterej pancerni i pies. Do zabawy – czołgi z kartonów. Chwila relaksu? Poruszanie się po terytorium wroga. Państwo Jaroszewscy żyją wojskiem. - To są ci, którzy jeżdżą czołgiem po osiedlu – mówią o nich sąsiedzi

„Na łąkach kaczeńce,
a na niebie wiatr,
a my na wojence
oglądamy świat”.

Ciii. Jesteśmy na terytorium wroga. Nucimy w myślach, z kamuflażem na twarzy. - Z chłopakami bierzemy plecaki z pełnym wyposażeniem i repliki broni, czyli kilkanaście kilo na plecy, i idziemy czasami 10 km przez las. Mamy różne cele. Czasami jest to chodzenie z kompasem i mapą, czasem obserwacja wroga. Kiedyś przez pół dnia obserwowaliśmy rolnika na maszynie tak, by on nas nie widział – Maria Jaroszewska opowiada jak spędza czas z dorosłymi synami. Po pracy wskakują w mundury i bawią się w wojsko. - To jest odskocznia od codzienności. Są w tym dwa wspaniałe momenty. Pierwszy, kiedy wychodzimy i drugi, gdy uda nam się wrócić. Raz mąż musiał po mnie przyjechać, bo nogi[[pay]] odmówiły mi posłuszeństwa i musiał mnie zabrać spod mostu przy drodze do Jastrowia – mówi nauczycielka. Koleżanki z pracy jej zazdroszczą. Nie tego, że może nie dbać o makijaż, czy fryzurę, ale o czas spędzony z rodziną. - No bo którzy synowie chcą matkę zabrać do lasu na jakieś tam wielogodzinne bieganie?

Reklama

„Na łąki wrócimy, tylko załatwimy parę ważnych spraw”- śpiewają czterej pancerni w ulubionym filmie rodziny Jaroszewskich.

Aikido połączyło Marię i Jacka. Przez lata razem uczyli tej sztuki innych

Mata zbliża - początek lat 80-tych

Praca - sen. Praca – sen. Maria przesypia dzień za dniem. Po powrocie z pracy nie ma siły na życie. - Cały rok przepracuję i prześpię – myślała mieszkanka Włocławka. Wtedy koleżanki namówiły ją na aikido. - Wciągnęłam się. Po pracy od razu szłam na trening. Pięć razy w tygodniu po trzy godziny. Rodzice krzyczeli: dom jak hotel traktujesz, może byś na krawiectwo poszła... - a pani Maria dorzuciła do tego vied vo dao, czyli wietnamskie kung fu (przez rok) oraz tai chi chuan – chińską odmianę karate. - Judo nie pociągało mnie w ogóle – twierdzi pasjonatka sztuki walki.

Reklama

Kto odczyta co zostało napisane na kartach trzymanych przez panów Jaroszewskich

W tym samym czasie techniki samoobrony wykonywał Jacek Jaroszewski. Fan Bruc’a Lee i posiadacz książki do nauki jujitsu. - Były tam zdjęcia i opisy, trenowałem w domu – mówi złotowianin. Nic nie robi sobie z żartu żony, że na młodszym bracie. W 1981 roku pan Jacek odbył pierwszy trening w sekcji aikido założonej przez Mariana Wiśniewskiego. W dresie ponieważ dostęp do kimona był bardzo trudny.

W 1986 miał już piękne kimono i hakamę. I w Nowym Targu robił kurs instruktora.

Reklama

Pani Maria próbowała sił w sztukach walki, ale to w aikido odnalazła siłę spokoju

- Widywałem Marię wcześniej, ale tam się poznaliśmy – J. Jaroszewski spogląda na żonę jakby chciał się upewnić, czy dobrze zapamiętał rok. - Ja nie mam głowy do dat... - odpowiada pani Maria. -  Ale sprostuję, że to nie tak, że się wcześniej widywaliśmy. To Jacek mógł mnie widzieć, bo kobiet na macie było niewiele, a mężczyzn mnóstwo. Ja go nie pamiętam z okresu sprzed kursu.

Tak czy inaczej dwa tygodnie w górach wystarczyły, by połączyć tę parę.

Reklama

- Wiedzieliśmy, że to jest to – mówią zgodnie, bo przez lata byli też partnerami na macie. Niestety kilka lat temu pani Maria musiała zrezygnować z aikido z powodu kontuzji. - Nie mogłam zapewnić bezpieczeństwa sobie ani innym. Wzięłam się za pływanie i siłownię – twierdzi nauczycielka. Pan Jacek prowadzi sekcję aikido dla dzieci w Górznej.

Chłopak z patykiem

„Może nie ci sami,
wrócimy do mamy
ze szkolnych ław”.

Taboret to czołg, plastikowa ciężarówka robi za wóz opancerzony, pokój chłopców to pole bitwy. Najstarszy z trójki jest Jacek, a ci dwaj malcy to jego synowie. - W wielu mężczyznach siedzi chłopiec, który lubi biegać z patykiem i strzelać – pani Maria śmieje się na wspomnienie zabaw męża z synami. - Kiedyś zbierałem żołnierzyki, budowałem makiety – dodaje pan Jacek. - Dzieci miały co gryźć – wtrąca jego małżonka jakby chciała powiedzieć, że jej mężczyźni na militariach zęby zjedli. - Militaria pociągały mnie od dziecka. Miałem iść do Wyższej Oficerskiej Szkoły Samochodowej w Pile, ale że były to czasy „Solidarności”, a ja nie chciałem być tym w służbie jedynej słusznej władzy, to zrezygnowałem – twierdzi pan Jacek. - Potem trochę żałowałem – przyznaje. - A teraz masz swoje wojsko – pociesza go małżonka.

Reklama

Kto by pomyślał, że strzelanie może ludzi zbliżać

Jego początki to czasy gimnazjum synów państwa Jaroszewskich. To wtedy tata kupił chłopcom pierwsze repliki broni. Strzelać poszli na pola za „Rolniczakiem”.

- Któregoś dnia kupiłem też sobie replikę AK 47. Poszedłem na pierwszą strzelankę z młodymi
i  było super.  Po miesiącu zmierzyliśmy się z Seals Team – grupą bardziej doświadczoną. Mieli repliki strzelające na 40-50 m i dostaliśmy baty. Wtedy trzeba było zakupić nowe repliki – za kilkaset złotych – pan Jacek jest przykładem tego, jak taka zabawa wciąga. Zwłaszcza niespełnionego żołnierza. Od 2003 roku Jaroszewscy biegają z z replikami broni regularnie, co nie uszło uwadze sąsiadów. - Kiedyś sąsiadka mówiła mojej mamie: pani to ma dobrego zięcia. On z trzema synami biega po polach. Ale oni dwóch synów mają. Trzech. Nie, to córka... - dziś pani Maria śmieje się z takich pomyłek, choć na początku militarnej przygody bywało z tym różnie.

Reklama

- Pierwszy raz gdy szłam przez miasto w mundurze, to miałam czapkę na oczach i wzrok w ziemię. Czułam się nieswojo, podobnie było gdy chodziłam w kamuflażu. Ale co tam, dopóki się nie odezwę, to nikt nie wie z kim ma do czynienia.

Panu Jackowi marzył się czołg, ale póki co musiał się zadowolić siedmiotonowym BRDM

Sąsiedzie, nie kupuj czołgu

BRDM waży około siedmiu ton. To opancerzony wóz rozpoznawczy. Ma 140 kM i może się rozpędzić do 95 km/h. To namiastka marzeń Jacka Jaroszewskiego.

- Chciałem mieć czołg, ale nie było mnie na niego stać. A kiedy mogłem go mieć za cenę złomu, to nie było go gdzie trzymać – prezes Klubu Strzeleckiego Combat LOK Złotów śmieje się, że i teraz niektórzy sąsiedzi rozpoznają jego rodzinę jako tę, która jeździ czołgiem po osiedlu. - Nie hałasujemy, nie strzelamy, przywykli do nas. Proszą tylko, żebym tego czołgu nie kupował...

Reklama

„Deszcze niespokojne
potargały sad,
a my na tej wojnie
ładnych parę lat”.

- Latem mąż zabiera mnie nad morze - mówi pani Maria. Najchętniej do Kołobrzegu, bo tam jest bastion i zloty

W grupie paramilitarnej państwo Jaroszewscy są od 2005 roku. Buty kupione w Biedronce zamienili na porządne kamasze, mają też jednakowe mundury, a dom wypełniony sprzętem wojskowym. - Pod łóżkiem repliki broni, w szafie pełno umundurowania. W domu, za domem, w garażu mnóstwo skrzyń z wyposażeniem – pani Maria i pan Jacek opisują swój dom. W końcu dysponują małą armią. -  Dziś jest nas w klubie 15-16 osób. Mamy honkera, uaza, BRDMa. Uczestniczymy w imprezach patriotycznych, jeździmy na zloty militarne i lekcje patriotyczne w szkołach. Mamy się czym pochwalić – zapewnia złotowianin. - W ramach statutu Ligi Obrony Kraju szkolimy młodzież do obrony ojczyzny, bo likwidacja służby zasadniczej była błędem. Powinni ją odbyć tak mężczyźni, jak i kobiety – twierdzi miłośnik wszystkiego co związane z wojskiem. To pokazuje, że zakładanie munduru i oswajanie się z bronią i taktyką to nie jest dla niego tylko zabawa.

Reklama

„Do domu wrócimy,
w piecu napalimy,
nakarmimy psa.
Przed nocą zdążymy,
tylko zwyciężymy,
a to ważna gra!”

To jest wojna

Odprawa. Na stole mapa z zaznaczonym terenem działań. Na nim siły jakimi dysponuje przeciwnik. Działa ustawione, ludzie w gotowości. Nie sposób ich odróżnić od żołnierzy. Ba, wielu jest pewnie lepiej wyposażonych niż zawodowe armie. - Wychodzimy na pole bitwy. Czasem po kilkaset osób z każdej strony - prawdziwe armie. Mąż i chłopcy biegają z bronią, a ja między nimi, jak się uda. Bo czasem dadzą rozkaz i się siedzi w jednym miejscu albo przez dwa dni ani jednej kulki się nie wystrzeli – Maria Jaroszewska opowiada o strzelankach. Takich imprez odbywa się w kraju mnóstwo. Mają swoje scenariusze, lokalizacje, dowódców.

Reklama

Dowodzenie jest nudne. Inni walczą, a ty siedzisz dwa dni w jednym miejscu

- Swego czasu dowodziłem jedną armią, ale już nie chcę. Nie chcę siedzieć w jednym miejscu – pan Jacek rwie się do działania. Najważniejsze jest teraz wcielenie się w ramach rekonstrukcji w żołnierzy generała Stanisława Sosabowskiego, czyli polskich spadochroniarzy, którzy brali udział w bitwie pod Arnhem. - Prawie nikt tego nie robi w tej części Polski – twierdzi pan Jacek. A pani Maria spokojnie przyjmuje wieści o planowanych kolejnych zakupach. - Mąż nigdy nie kupił nic drogiego bez mojej zgody – zapewnia.

Reklama

- Oboje mamy to szczęście, że mamy tę samą pasję. Dzięki temu ja też mogę biegać po lasach z repliką broni – mówi krótko ostrzyżona kobieta, a ja zastanawiam się jak Maria i Jacek się dobrali. Odpowiedź podsuwa mi Magdalena Tulli, autorka „Włoskich szpilek”: - Chodzi o glinę. Oni są z jednej gliny.

Ps. Zbliżają się święta Bożego narodzenia. To czas, gdy państwo Jaroszewscy siadają z synami i wspominają. Śmieją się m.in. z pierwszych strzelanek, oglądają zdjęcia ze zlotów z nieśmiertelną grochówką jako głównym daniem i oglądają po raz tysięczny „Czterech pancernych i psa”. Razem snują militarne plany i żałują, że babcia nie dała się wciągnąć w ich pasję. Ale może w tym roku ich pies w końcu zgodzi się założyć na szyją maskującą chustę? [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    A.M. - niezalogowany 2015-12-17 21:37:39

    Tak P.Maria to wspaniały człowiek i jednocześnie cudowny nauczyciel! Była wychowawczynią mojej Ani. Pozdrawiamy!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    JohnCena - niezalogowany 2015-12-17 09:07:11

    Oglada Pani WWE ??

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Mama - niezalogowany 2015-12-16 21:20:56

    Znam p.Marie uczy w szkole gdzie chodzą moi synowie, super babka jak to mówią do tańca i do różańca..Pozdr p Mario!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości