Poniedziałek. Dzwoni budzik. Wiesz, że musisz już wstać. Musisz, bo przecież trzeba jakoś zarobić na życie. Musisz! A gdzie chcę? Irena zadawała sobie to pytanie przez prawie dwa lata. Wstawała, nierzadko z wielkim bólem, a nawet i płaczem. Pragmatyzm, odpowiedzialność, a poniekąd i upór nie pozawalały jej zrezygnować od tak. W końcu okazałoby się, że pięć lat studiowania finansów i rachunkowości było błędem. Poza tym nie każdy dostaje od razu po szkole dobrze płatną pracę w korporacji i to jeszcze w Warszawie. Irena szła w zaparte.
Nawet moi współpracownicy dziwili się, co ja robię w tych papierkach i cyferkach. Widzieli, że kompletnie nie pasuję do tej pracy
Reklama
– wyjaśnia nasza rozmówczyni. I tak zaliczała kolejne dramatyczne poranki. Czara goryczy jednak się przelała. Irena, jednocześnie pracując w korporacji, postanowiła zainwestować w kolejny dyplom.
Poszukując swojego wymarzonego miejsca pracy zdecydowała się na studium policealne z realizacji dźwięku. Kierowała nią miłość do muzyki, w jej rodzinie zakorzeniona dość mocno. Wiktor Jakuszewski, muzyk i instruktor nauki gry na instrumentach w Krajeńskim Ośrodku Kultury, to jej tata. Słuchawki na uszach to niemalże znak rozpoznawczy naszej bohaterki.
Gdy okazuje się, że ich zapomniałam, mam wrażenie, że nie przetrwam dnia. Muzyka ma dla mnie mega znacznie. Poprawia mi nastrój, ładuje pozytywną energią
– zauważa. Dodaje również, że nie umie grać na żadnym instrumencie.
Bardzo tego żałuję i dziwię się. Mając ojca muzyka nigdy się nie nauczyłam. Kiedyś próbowałam to nadrobić. Dostałam nawet od rodziców gitarę, ale teraz stoi tylko jako ozdoba.
Miłość do dźwięków zaprocentowała. Dzięki niej Irena rozpoczęła swoją przygodę i odnalazła szczęście. W tym wszystkim wiele zawdzięcza swojemu nauczycielowi, znanemu polskiemu realizatorowi dźwięku Radosławowi Ochnio.
To był przypadek. Gdyby nie on, nie byłabym tu gdzie jestem. Na początku myślałam o realizacji koncertów, ale Radek pokazał mi, że istnieje taka dziedzina jak dźwięk w filmie. To mnie mocno wciągnęło, bo zawsze bardzo lubiłam filmy
– wyjaśnia Irena.
Kariera Ireny jako dźwiękowca zaczęła się wraz z końcem umowy w korporacji. Ten moment był przełomowy. Teraz albo nigdy. Wiedza zdobyta w szkole, a do tego praktyki u boku profesjonalistów, m.in. na planie serialu „M jak Miłość”, dały jej odwagę do spróbowania sił w branży. Poza tym wizja kolejnych nieprzespanych nocy i gorzkich poranków napędzały ją do tego, aby zacząć działać. Efektem pasji, ryzyka i uporu jest „efekt (u)boczny”, czyli strona internetowa, na której nasza rozmówczyni oferuje swoje usługi i prezentuje się w akcji. Jak choćby na planie filmu, gdzie kuli się na niewielkim krzesełku z długim, ciężkim mikrofonem.
Dźwiękowiec musi być niemalże niewidzialny. Nie może być w kadrze, jego cień tym bardziej, a już na pewno nie dopuszczalne jest, aby gdzieś pojawił się mikrofon. Czasami czuję się taka samotna w swoim zawodzie. Każdy pion produkcji składa się z kilku osób. Ja najczęściej jestem sama z tym ciężkim sprzętem. Najczęściej, bo czasami mam asystenta
– zauważa.
To na pewno nie jest praca dla każdego: albo ją się czuje, albo nie. Ja mam dużą motywację. Wiem, po co to robię. Jestem mega wkręcona w proces tworzenia. To jest niesamowite, że ludzie tak ciężko pracują po to, żeby coś stworzyć razem. Mnie to napędza i jeśli ktoś tego nie czuje, po prostu nie będzie się do tego nadawał
Reklama
– wyjaśnia. Dobry słuch, kreatywność i, jak się okazuje, wygimnastykowanie, to jednak nie wszystko. Irena zwraca uwagę także na umiejętności interpersonalne. W tej pracy trzeba umieć dogadywać się z ludźmi. Inaczej nikt cię nawet nie poinformuje, co masz dokładnie zrobić na planie. To jest trudne, bo oprócz tego, że trzeba być lubianym, trzeba być profesjonalistą. Irenie zdarza się krzyknąć na ekipę, aby była cicho. Stara się robić to tak, aby mimo wszystko nikogo do siebie nie zrazić. W zawodzie dźwiękowca pracuje od niespełna czterech lat. Praktyka, ale i kontakty wyrobione w branży procentują. Nasza rozmówczyni na brak pracy nie narzeka. Nieustannie dąży do tego, aby pracować przy największych w Polsce produkcjach. Wie, że kiedyś tak się stanie, ale najpierw musi nabrać doświadczenia.
Kocham moją pracę. Czasami nie mogę uwierzyć w to, że tu jestem, że to robię
Reklama
– mówi. Powoli zmierza zatem do celu. Irena uwielbia wyzwania. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych.

Irena na planie „Ostatniej Bajki o Ziemi”, w reżyserii Magdy Seweryn (fot. arch. I. Jakuszewskiej)
Tak jak wizyta na stacji kosmicznej w Bajkonurze, w Kazachstanie. Ta wyprawa wydawała się na początku niemożliwa do zrealizowania. To zatem jeszcze bardziej zmotywowało naszą rozmówczynię do działania. Przygotowania, w tym rozmowy z ROSKOSMOS – rosyjskim odpowiednikiem NASA, trwały kilka miesięcy. Udało się. Irena wraz z reżyserem i operatorem kamery w jednej osobie, Tomkiem Suskim, wybrali się tam w minione wakacje.
Mieliśmy okazję być w miejscach, do których zwykli turyści nie mieli dostępu. Znaleźliśmy się w grupie z dziennikarzami z całego świata. To była niesamowita przygoda. Dzięki tej pracy mam zresztą okazję poznać miejsca i ludzi, których w innym przypadku bym nie zobaczyła
– mówi. W Kazachstanie nie była pierwszy raz. Wcześniej, w 2016 roku, odwiedziła go sama, chcąc poznać na nowo ojczyznę, z której wyjechała wraz z rodziną w wieku 13 lat.
Zakochałam się w tym miejscu. Mam ogromny sentyment do Kazachstanu. Jak ktoś się mnie pyta, gdzie mi lepiej, odpowiadam, że mam dwie ojczyzny
Reklama
– wyjaśnia.
Film o Bajkonurze autorstwa Ireny Jakuszewskiej i Tomka Suskiego dostępny jest w Internecie m.in. na stronie www.vimeo.com. To jeden z wielu dokumentów, który udźwiękawiała nasza bohaterka. Filmy dokumentalne to zresztą jej ulubiona dziedzina. Praca nad nimi stanowi dla niej największą frajdę. Poza tym, jak to określa, dzięki nim ma dodatkowe życia. Przez kilka dni pracuje z różnymi ludźmi, przebywa z nimi, poznaje ich historie, stara się zatopić w ich codzienność. To w tej pracy jest dla niej bezcenne. Irenie wielką przyjemność sprawiają również animacje.
Dostaję tylko obrazki, bez żadnego dźwięku. To ode mnie w dużej mierze zależy, jak ta historia będzie opowiedziana. Poza tym uwielbiam pracę z lektorami, szczególnie z profesjonalistami, którzy robią to fantastycznie. Nie raz doprowadzili mnie do łez
– mówi. Przy animacjach często trzeba wykazać się też kreatywnością. Dostępne bazy dźwięków nie zawsze dysponują tym idealnym. Trzeba zatem samemu je stworzyć.
Było takie nagranie, gdzie musieliśmy podłożyć dźwięk wieloryba, który... puszcza bąka. Ostatecznie nagrałam reżysera animacji, który, na szczęście, udał go ustami i rękami
Reklama
– wspomina. Na koncie Ireny są także reklamy, programy telewizyjne, kampanie społeczne, audiobooki i słuchowiska. Nagranie udźwiękowienia do jednego z nich na długo pozostanie w jej pamięci.
Chodzi o „This War of Mine”, w którym Marcin Bosak wystąpił w roli ojca. Historia jest o podróży przez miasto ojca z córką. W jednym z fragmentów słyszymy, że niesie ją na rękach, po chwili dowiadujemy się, że dziewczynka nie żyje. Zagrał to fenomenalnie. Najtrudniejsze było udźwiękowienie sceny, w której ojciec kopie dla córki grób. Moim zadaniem były dźwięki m.in. upadania na kolana, kopania szpadlem grobu. Część z dźwięków użytych w słuchowisku nagraliśmy z szefem studia, w którym pracuję, Michałem Szolcem w starym, opuszczonym szpitalu psychiatrycznym. Jak odsłuchiwałam to wszystko raz jeszcze, bardzo się wzruszyłam. To były dla mnie jedne z trudniejszych do nagrania dźwięków, które wzbudziły wiele emocji
– wspomina.
Irena swoją pracę czuje wszystkimi zmysłami. To sprawia, że wie, że jest na właściwym miejscu. Codzienne wstawanie, nawet o 5:00 rano, a potem targanie ze sobą ciężkiego sprzętu przez 12 godzin pracy na planie jest przyjemnością. W jej przypadku właśnie tak objawia się szczęście. O trudnych porankach już prawie nie pamięta, a jeśli nawet to tylko po to, żeby docenić to co ma teraz.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze