Komunizm upadł, w całym kraju organizują się samorządy, wśród nich ten w Złotowie. A w nim Państwo.
Donata Kilar: - Byłam piękna i młoda (śmiech), i chciałam działać dla Złotowa. Dlaczego? Bo choćby u nas, na Jagiełły, nie było kanalizacji. Wystartowałam w wyborach do pierwszej rady, bo uważałam, że powinnam mieć wpływ na rozwój miasta.
Roman Głyżewski: - W 1990 roku miałem 31 lat (też byłem szczupły i młody) i z Markiem Głazikiem byliśmy najmłodszymi radnymi. Jestem człowiekiem z nurtu Solidarności, młodego pokolenia, które chciało zmieniać Polskę. To było silne pragnienie. Do kandydowania namówił mnie ówczesny dyrektor Muzeum Ziemi Złotowskiej pan Kloskowski.
Był rok 1990. W Polsce zrodził się trend (z Zachodu przyszło także słownictwo) na komitety obywatelskie. W Złotowie komitet ten wystawił kandydatów we wszystkich 24 okręgach.
R. G.: Zrobiliśmy bardzo skromną kampanię - jakiś plakat ze wspólnym zdjęciem i zbieraliśmy po 30-40 podpisów mieszkańców.
D.K.: A mnie tu ludzie znali, więc nie musiałam się specjalnie reklamować...
Dziś siedzicie Państwo przy jednym stole, przy kawie i ciastku, ale wówczas byliście może nie po dwóch stronach barykady, ale stołu już tak.
D.K.: Z komitetu obywatelskiego w radzie było osiemnaście osób, a nas była szóstka. Na pierwszych sesjach oni siedzieli po jednej stronie stołu, my po drugiej. Oni tacy ściśnięci, a my (komuchy, złodzieje czy jak tam nas nazywali) mieliśmy luz. Potem się towarzystwo wymieszało, a w „opozycji” zostałam ja i doktor Łach.
R.G.: Ten podział był krótko, choć my jako komitet obywatelski spotykaliśmy się w lokalu w dzisiejszym Urzędzie Skarbowym tylko we własnym gronie.
D.K.: A my nie mieliśmy nic do gadania...
Pierwszą ważną decyzją rady był wybór burmistrza. Wówczas to rajcy decydowali o tym, kto będzie zarządzać miastem - wskazano na behapowca z Metalplastu – Zdzisława Matczyszyna.
D.K.: Głosowałam na śp. pana Matczyszyna. Dałam mu rok na „naukę dobrego chodzenia po korytarzach urzędu”, czyli rządzenia.
R.G.: Startował też Stanisław Wełniak i dostał kilka głosów. Głosowanie było jednak tajne, więc nie wiemy, kto kogo poparł. Matczyszyn był naszym kandydatem – komitetu obywatelskiego. To był dobry, spokojny chłopak.
D.K.: Przez pierwszy rok podpowiadałam i pomagałam burmistrzowi, ale ciągle słyszałam od niego, że nie ma na nic pieniędzy. Jak to nie ma? Przecież ja zdążyłam oddać do użytku siedem obiektów oświatowych i mnie nikt pieniędzy na biurko nie przynosił. Po roku przeszłam więc do konstruktywnej opozycji.
A po kolejnym pojawił się zamysł przejęcia władzy w mieście i odsunięcia burmistrza Matczyszyna.
D.K.: Przejąć tę funkcję chciał Joachim Wiese, który był dyrektorem ochrony środowiska w urzędzie wojewódzkim w Pile. Ja byłam za zmianą, bo w mieście był taki marazm. Później jednak komitet obywatelski zmienił zdanie i udzielił burmistrzowi Matczyszynowi absolutorium. Ja o zmianie tych planów nie wiedziałam i zagłosowałam przeciw, choć pewnie i tak bym tak postąpiła.
Jedną z największych bolączek ówczesnej rady był brak regulacji prawnych w wielu dziedzinach życia samorządowego. Wówczas też pozwolono przewodniczącemu zostać członkiem zarządu miasta.
D.K.: Nie zgadzałam się na to, bo to oznaczało, że Stanisław Chmielewski był jednocześnie władzą wykonawczą oraz uchwałodawczą i kontrolną. Pamiętasz Romek? Mój sprzeciw zdał się jednak na nic, bo oni i tak mnie zawsze przegłosowali. Widziałam wtedy tę radość w oczach burmistrza Matczyszyna...
R.G.: Ta pierwsza kadencja była dziewicza – ramy prawne były niejasne, więc chodziliśmy trochę po omacku. Donata ma rację, ale trzeba wziąć pod uwagę, że my się dopiero uczyliśmy samorządności.
D.K: Zgoda, to był nowy twór, ale z etycznego punktu widzenia to było nie w porządku. Tym bardziej, że mówimy o prawniku.
Prawnicy w tamtej radzie byli jednak bardzo przydatni.
R.G.: Gdy nie wiedzieliśmy, jak postąpić, robiliśmy burzę mózgów. Prym tu rzeczywiście wiedli prawnicy: Stasiu Chmielewski czy Mundek Cybulski. Prawo było bowiem określone ramowo, ale nie było szczegółowych rozwiązań. Dlatego w jednej sprawie spotykaliśmy się po kilkanaście razy. Dopasowywaliśmy przepisy do realiów samorządowych. Konkretne decyzje inwestycyjne podejmował zarząd, my jako rada je opiniowaliśmy.
D.K.: To nie było jednak działanie na wariackich papierach i o to zawsze miałam pretensje. Uważałam, że robimy za mało. Możemy czegoś nie zdążyć skończyć, ale jak zaczniemy, to przecież może to skończyć ktoś inny. Sprawy muszą iść naprzód.
Gdy pytam o największy problem w mieście na początku lat 90-tych niezmiennie słyszę – kanalizacja. Wówczas Złotów był nie miastem pięciu jezior, ale pięciu zbiorników wodno-kanalizacyjnych.
D.K.: Nie chcę nikogo oczerniać, ale różnie z tym bywało...
R. G.: Sporo ścieków z miasta szło do zbiorników wodnych, w tym do Jeziora Miejskiego. Dlatego zaciągnęliśmy kredyt na oczyszczalnię ścieków – około 27 mln zł (sprawdziłem to w swoim archiwum). Kredyt zaciągnęliśmy na całość i potem brakowało nam pieniędzy na inwestycje - mogliśmy wydać 3-4 mln zł rocznie. Potrzeb była masa, a pieniędzy z zewnątrz nie było.
Dlatego dziś wiele osób tak ochoczo powtarza hasło, że kadencja 1990-1994 została zmarnowana. Pani Donata powiedziała to nawet publicznie w filmie podsumowującym działalność burmistrza Stanisława Wełniaka.
R.G.: Może nie zmarnowana, ale trudna. Ja mam satysfakcję, że uczestniczyłem w tworzeniu zrębów samorządności. Choć sam piątki bym nam nie dał.
D.K.: Trzeba jednak przyznać, że nie było zrywu do pracy. Robiono to, co było zapisane, nic ponad. Dlatego powiedziałam wprost, że to była zmarnowana kadencja. Ja w oświacie załatwiałam pieniądze i uważałam, że w urzędzie też można je było załatwić. Mówiłam o tym, że trzeba się ruszyć, a nie tylko mówić, że nie ma, że się nie da
.
Pan, Panie Romanie, odczuł tę niemoc na własnej skórze. Byli mieszkańcy, którzy wołali za Panem „radny-bezradny”.
R.G.: Cóż, społeczeństwo chciało szybkich zmian, a tak się nie dało.
D.K.: Mimo wszystko ludzie zaczepiali nas na ulicy i zgłaszali problemy. Ja potem mówiłam o nich podczas sesji i walczyłam o nie jak lew – to jest w protokołach zapisane. Zapamiętałam jedną sprawę z pracy w drugiej kadencji rady. Zgłosiła się do mnie kobieta chora na raka, która miała wypalone wnętrzności, z pytaniem, dlaczego u nas nie ma hospicjum. Poczytałam co to jest, a potem przekonałam siostrę Kingę, by zamiast prywatnego przedszkola otworzyła hospicjum. Zgłosiłam też wniosek, by komisja zdrowia się tym zajęła. Prawica patrzyła na mnie, co ja będę z tego hospicjum miała, a lewica była temu pomysłowi przeciwna. Wołali za mną: siostra miłosierdzia.
W minionym tygodniu pisaliśmy o dietach radnych. Uposażenie większości rajców oscyluje w granicach 1000 złotych. Jak to wyglądało 25. lat temu?
R.G.: To były śmieszne pieniądze, raczej symboliczne, coś około 80 złotych.
D.K.: Ja za to pamiętam, jak w kolejnej kadencji, gdy byłam przewodniczącą, stawki podniesiono o kilka groszy. Dopiero później się to rozbuchało.
R.G.: Pamiętam, że w tej pierwszej kadencji zrzucaliśmy się jako radni na jelenia. Każdy musiał oddać ileś swoich diet, by koło urzędu miasta mógł stanąć jego posąg.
Dieta była kiepską rekompensatą za poświęcony czas i trud włożony w pracę w radzie?
R.G.: Siedzieliśmy do nocy, czasem do 22:00. Spotkania klubu, komisje, sesje – mnóstwo było pracy. Czasem tyle, że niewiele widywałem się z rodziną, a miałem dwójkę małych dzieci. Szef też krzywo patrzył, że ciągle mnie musiał zwalniać z pracy.
D.K.: Siedzieliśmy długo, ale tak było trzeba. Jak mieliśmy jakąś sprawę omówić, to nie patrzyliśmy na zegarki.
R.G.: Działaliśmy intensywnie, bo chcieliśmy szybko ten kraj zmienić. Moim zdaniem tempo zmian było za wolne, oczekiwania były większe. Dodatkowo krach pojawił się w chwili likwidacji pegeerów, gdy masa ludzi została bez pracy.
D.K.: To Balcerowicz wszystko jednym podpisem zlikwidował – powtarzam po ekonomistach...
Smutno nam się toczy ta rozmowa, a przecież w pierwszej kadencji były też śmieszne epizody. Radni nie byli grupą ponuraków.
D.K.: Pani radna Świnka zgłosiła kiedyś wniosek, by dać ulgę w podatku właścicielom garaży, którzy są inwalidami i posiadają „organ nieruchliwy”. A że siedziałam obok śp. doktora Łacha, to zapytałam go, czy jest takie coś w organizmie człowieka. On pomyślał i odpowiedział: „są sytuacje, w których każdy organ się rusza”...
R.G.: Ja pamiętam ciebie, Donata. Przyszłaś przed sesją, cukiereczki przyniosłaś i jak miałaś jakąś sprawę do załatwienia, to zdobywałaś sobie przychylność...
D.K.: Różne rzeczy można o mnie mówić, ale zawsze zależało mi na dobrej atmosferze w radzie... (śmiech)
R.G.: A pamiętasz Przemka Mazurka? Często się spóźniał na sesje przez swoje obowiązki zawodowe, a był weterynarzem. Wpadał na salę obrad jak do porodu (śmiech).
Dzięki takim wspomnieniom porzuca się rzeczy złe...
D.K.: Podczas obrad się kłóciliśmy, ale podczas przerw rozmawialiśmy ze sobą normalnie, z uśmiechem. Nie było między nami zajadłości.
W skład Rady Miejskiej Złotowa w kadencji 1990-1994 wchodzili: Edmund Budnik, Marian Chałoński, Stanisław Chmielewski, Edmund Cybulski, Jerzy Ćwiszewski, Tadeusz Dobek, Marek Głazik, Bogdan Gniot, Roman Głyżewski, Eugeniusz Kachnowicz, Emilian Kijowski, Donata Kilar, Edwin Kopicki, Julian Łach, Zdzisław Matczyszyn, Przemysław Mazurek, Karol Pufal, Zbigniew Rogalewski, Kazimierz Steffen, Lidia Świnka, Karol Wesołowski, Joachim Wiese, Janusz Winnicki, Zygmunt Wojtuń.
fot. z arch. Zofii Chmielewskiej
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze