Reklama

Pociąg do marzeń

15/08/2016 17:00
Ewa Borkowska biegać zaczęła niedawno. O tym, jak wciągający to sport, uczy się na własnym przykładzie z dnia na dzień. Z dnia na dzień rośnie też jej apetyt na więcej. Niedawno postanowiła przekonać się na własnej skórze, jak wymagający jest blisko 30-kilometrowy terenowy Bieg Rzeźniczka w Bieszczadach

Są dwa rodzaje biegaczy. Tacy, którzy biegają od zawsze i tacy, którzy tego bakcyla połykają później. Jak było w Pani przypadku?

Ja zaczynałam później. Wszystko zaczęło się od wizyty u onkologa. Podjęłam leczenie, ale leki zburzyły całą gospodarkę hormonalną i bardzo przytyłam. Po kilku krokach pojawiał się problem ze złapaniem oddechu, trzeba było coś z tym zrobić. Zaczęłam chodzić na siłownię do Marcina Hryńczuka. Bardzo się bałam na początku. Prawie sami mężczyźni – do tego dochodziła świadomość własnego wyglądu i wieku – ale robiłam to dla siebie i postanowiłam niczym i nikim się nie przejmować. Moje obawy szybko okazały się nieuzasadnione. Czekała tam na mnie przyjacielska atmosfera i pełna akceptacja. Każdy tam „robił swoje”, ale można też było liczyć na wielkie wsparcie i dobrą radę.

A kiedy zdecydowała się Pani na biegi?

Moja córka Kasia zaproponowała mi wspólny start podczas biegu Zawilca w Złotowie. Nie byłam do tego przekonana, bo wówczas tylko chodziłam na bieżni. Pomyślałam: życie czasem daje jedną szansę – spróbuję. I udało się ten dystans pokonać, trochę szłam, trochę biegłam i się udało. Do dzisiaj Zawilca ukończyłam trzy razy. Szybko zamarzyła mi się „dycha”. Stres na starcie był olbrzymi – bałam się, że nie dam rady, że zabraknie mi sił. Dzięki wsparciu otrzymanemu na siłowni i ta bariera została złamana. Oni wtedy bardziej wierzyli we mnie niż ja sama. Pierwszą „dychę” przebiegłam tu, na promenadzie. Ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu w połowie dystansu pojawił się trener Kuba i końcówkę przebiegliśmy już wspólnie. Bardzo mi to psychicznie pomogło. Uwierzyłam, że wszystko jest możliwe.

Reklama

Kasia to nie tylko córka, ale i dobry duch?

Na początku bardzo dużo biegałyśmy razem. To była wielka frajda. Z chwilą kiedy Kasia rozpoczęła treningi do triatlonu nasze drogi trochę się rozeszły. Dzięki niej zrobiłam swą najlepszą dychę w życiu. Stawianie poprzeczki wysoko to jej specjalność. Jak biegałyśmy razem to, kiedy chciała mnie trochę przyspieszyć, mówiła - „Dawaj, mamuśka!”. Czasami gdzieś na trasie te słowa do mnie wracają i trzeba wtedy biec dalej, pomimo zmęczenia. Mój najlepszy wynik w półmaratonie też zawdzięczam Kasi. Deszczowy bieg w Poznaniu odbył się 17 kwietnia – w jej urodziny. Spodziewałam się słabszego wyniku, ale tak dużo myślałam o córce, że wyszła życiówka na tym dystansie (śmiech). Duże wsparcie dostaję również od wnuka Sebastiana i młodszej córki Moniki, to oni opiekują się moimi zwierzakami podczas moich wyjazdów biegowych.

Dlaczego wybrała Pani długie dystanse?

Człowiek z czasem staje się wolniejszy, ale też bardziej wytrzymały. Często jest tak np. w półmaratonie, że w pierwszej części biegu wszyscy mnie wyprzedzają, a w drugiej części wyprzedzać zaczynam już ja. Biegi długie robi się w 90 procentach głową, a w pozostałych 10 też głową - nogi same poniosą.

Reklama

Używa Pani jakichś biegowych gadżetów?

Mam zegarek, który oprócz czasu mierzy też dystans, tętno i tempo biegu. Bardzo przydatne urządzenie.

Początki często bywają mało zachęcające. Pani przełamała tę barierę, a potem następne…

Bałam się, jak to ludzie odbiorą. Żeby nie rzucać się w oczy biegać chodziłam wieczorami. Na promenadzie biegałam od lampy do lampy, na tyle było mnie początkowo stać. Jak udało mi się po raz pierwszy przebiec wokół J. Miejskiego cała w skowronkach dzwoniłam do córki, żeby się pochwalić. Dużo trenowałam, chcąc poprawić wyniki, a te były coraz słabsze i ja się też słabiej czułam. Kasia mi poradziła, że trzeba znaleźć nam trenerów – jej do triatlonu, a mi do dłuższych wybiegań. Tak trafiłam do Miłosza.

Reklama

Z ciałem można pracować jak z plasteliną. Wcześniej nie było to dla mnie tak oczywiste

Jak wygląda wasza współpraca z Miłoszem Czechowiczem?

Od razu ograniczył mi ilość treningów, do trzech w tygodniu, skrócił mi też trasy. Ja miałam własne pomysły na siebie, a on młody chłopak… No ale dał sobie ze mną radę (śmiech). Lubiłam np. kończyć trasę mocnym akcentem, on mnie tego oduczył, zwrócił uwagę na ciśnienie, możliwość zasłabnięcia. Obawiałam się tej współpracy, ale Miłosz, pomimo młodego wieku, świetnie zna się na swoim fachu. Pokonanie limitu ściany na trzydziestym kilometrze to była jego zasługa. Wtedy na głos dziękowałam mu za każdy zadysponowany podbieg i interwał.

Reklama

To był pierwszy zaliczony maraton, wiosną 2015 roku w Warszawie…

Miłosz przygotował mnie do startu. Na trzydziestym kilometrze trasy, w miejscu, gdzie wielu biegaczy trafia na ścianę nie do przejścia, ja tańczyłam na ulicy. Byłam tak szczęśliwa, że ciężko to opisać słowami. Być tam, pokonywać samą siebie i dopiąć swego – to było wyjątkowe przeżycie. Drugi maraton udało mi się przebiec jesienią ubiegłego roku we Wrocławiu. To była taka podróż sentymentalna, tam spędziłam swoje najlepsze – szczenięce lata. Uwielbiam tam biegać, są tam cudowne nocne półmaratony…

Jak teraz wyglądają Pani treningi?

Treningi biegowe mam trzy razy w tygodniu - pierwszy spokojnego wybiegania, drugi to interwały i podbiegi, a trzeci to długie wybieganie - około 20, 25 km. Do tego dochodzą zajęcia siłowe, trening obwodowy, także trochę jogi i basen. Nie wystarczy siłownia, mięśnie trzeba jeszcze rozciągać. Z ciałem, z mięśniami można pracować jak z plasteliną. Wcześniej nie było to dla mnie tak oczywiste.

Reklama

Coś jest w tym całym bieganiu?

Najbardziej lubię ten moment, kiedy po paru kilometrach rozgrzeją się mięśnie. Wtedy coś tak mnie niesie, że nie słyszę nawet muzyki płynącej ze słuchawek. Łapię się na tym, że kolejne kilometry przebiegają się same, 5, 10, nie wiadomo kiedy i jak. Mogę wtedy biec szybszym tempem niż normalnie, pomimo to organizm przystosowuje się do takiego wysiłku, jakby wiedział lepiej, co ma robić, niż ja sama. Takie „zawieszenie” bardzo przydaje się na asfaltówkach.

Biegi terenowe to już zupełnie inna para kaloszy.

Mam tendencję do rewelacyjnego gubienia się w terenie. W Biegu o Uśmiech Dziecka w Jastrowiu były trzy pętle po ulicach miasta. Na każdej pętli się zgubiłam i to w zupełnie różnych miejscach – do tego stopnia jestem w stanie „wejść w bieg”. Kiedy biegamy po lesie Kasia musi ciągle mieć na mnie oko (śmiech).W terenie trzeba być ciągle zwartym i gotowym, obserwować otoczenie i siebie samego, ale takie bieganie daje znacznie więcej satysfakcji. Na gładkiej nawierzchni można mieć plany i założenia taktyczne, w terenie trzeba wszystko dostosować do napotykanych po drodze wyzwań.

Reklama

Mimo to coś Panią ciągnie do tego lasu. Ostatnio w Bieszczady na popularny Bieg Rzeźniczka.

Na Rzeźniczku panicznie się bałam. Szukałam od początku kogoś biegnącego podobnym tempem. Teren był ciężki, co chwilę błoto i to takie, które kradnie buty, do tego wysoka trawa. Najpierw „przykleiłam” się do miłej dziewczyny, która biegła tam już piąty raz, technicznie była dużo lepsza ode mnie, więc po jakimś czasie nasze drogi się rozeszły. Potem dobrałyśmy się w parę z Magdą, biegaczką z Wrocławia i wspólnie dobiegłyśmy już do mety. Z kimś biegnie się zawsze raźniej.

A wynik okazał się zadowalający?

Na zegarku wyszedł mi dystans 29.400 m. Potrzebowałam na to 6 godzin i 1 minutę, ale w trakcie biegu było kilka przerywników. Trzeba też było nacieszyć oczy pięknymi bieszczadzkimi krajobrazami. Samo zakończenie Rzeźniczka było dla mnie bardzo ciężkie. Przewróciłam się w tym błocie, było mi już wszystko jedno, chciałam już być na mecie... I udało się. Wręczyli mi medal, otwarte piwo, a ja nie dowierzałam… Przemęczona, w euforii, z łzami kręcącymi się w oczach, mówiłam sama do siebie: Ukończyłam Rzeźniczka…

Reklama

Zamierza tam Pani jeszcze wrócić?

Wiem, że jeśli zdrowie mi na to pozwoli, na pewno tam wrócę. Był taki moment, gdzieś po piętnastym kilometrze, ciągle pod górkę, krańcowe zmęczenie… Bałam się spojrzeć w górę, żeby nie zobaczyć, jak wiele jeszcze zostało tej męki. Wypadliśmy z lasu, drzewa nagle się rozstąpiły, a przed naszymi oczami cudowny lekki zbieg i cała ta przestrzeń wokół… Słońce i wiatr… To było jak nagroda. Niesamowite uczucie… Jechałam po nie przez całą Polskę, z nieznajomymi ludźmi, zupełnie sama. Kiedy tak zbiegałam liczył się ten właśnie moment, nic więcej – tylko tu i teraz. Wydawało mi się, że pęknę ze szczęścia. Bieganie po prostu daje poczucie wolności.

W Bieszczady wybrała się Pani samotnie?

Tak, jechałam w ciemno. Miałam trochę stracha, ale tak bardzo chciałam pokonać Rzeźniczka, że wszystko pięknie mi się spełniło. Przygotowywałam się do niego przez dwa lata. Lubię też Wielką Pętlę Izerską z cudnym sześciokilometrowym zbiegiem. Dwa lata temu, przy pierwszym starcie nauczyłam się tam, że nawet na zbiegu potrzebny jest zapas sił, na Rzeźniczku dla odmiany okazało się, że podbieg może być wybawieniem dla piekących mięśni.

Reklama

Po ciężkim wysiłku jest czas na relaks. Jak Pani lubi odpoczywać?

Lubię pływać i to pomimo pewnego lęku przed wodą. Po treningu lubię zrobić sobie kąpiel w jeziorze - woda daje zmęczonym mięśniom ukojenie. Pogoda nie ma tu znaczenia. Złotowska pływalnia jest o tyle fajna, że można sobie w niej popływać, ale ma też część rehabilitacyjną. Masaże wodne szybko stawiają mnie na nogi. Mam też psy, które domagają się spacerów. Teraz dopiero to do mnie dotarło, że relaksuję się też w ruchu (śmiech).

Nie da się już Pani zatrzymać. Jakie są plany na najbliższe starty?

We wrześniu mam ich kilka. Niedawno biegowa znajoma uświadomiła mi, że robię koronę półmaratonów (śmiech). Nie wiedziałam wcześniej. Zaliczyłam już trzy: w Poznaniu, Grodzisku i Wrocławiu. We wrześniu dojdą jeszcze dwa: w Pile i w Gnieźnie. Będę też na wrocławskim maratonie. Chcę również wystartować w Lubuskim Festiwalu Biegowym, będą tam trzy dystanse: półmaraton, maraton i 50+.

Reklama

I co Pani sobie wybierze?

Niech pan zgadnie? (śmiech). Człowieka korci, żeby się sprawdzić, żeby zobaczyć, co czeka po drugiej stronie.

Jeszcze jakieś biegowe marzenia?

Mam swoje wielkie marzenie, ale jak powiem na głos, to się może nie spełnić. Za rok, na 65 urodziny, chcę sobie zrobić mały prezent. Teraz już lecę dalej. Muszę trening skończyć.

Rozmawiał Leszek Chełmowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Aga - niezalogowany 2016-08-17 07:48:15

    Super i gratulacje Dobrze wiedzieć że ma się tak ambitną i fajną sąsiadkę :-) pozdrawiamy

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Ania - niezalogowany 2016-08-17 06:40:07

    bardzo budujacy przyklad, bradzo mocno Pania pozdrawiam i zycze spelnienia marzen!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    pasjonatka - niezalogowany 2016-08-16 23:18:17

    ...i tak trzymać pani Ewo! Gratulacje.Trzeba realizować swoje marzenia!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama