Kazimierz Cybulski oddawał ją przez kilka dekad. Niedawno odebrał okolicznościowe odznaczenie.
Pod koniec roku w złotowskim starostwie przyznano je przy okazji obchodów jubileuszu 60–lecia działalności Ruchu Honorowego Krwiodawstwa Polskiego Czerwonego Krzyża. Obchody zorganizował oddział rejonowy PCK w Złotowie. Podczas ostatniej sesji Rady Gminy Tarnówka odznaczenie symbolicznie wręczyli radnemu Kazimierzowi Cybulskiemu wójt Jacek Mościcki i przewodniczący Rady Gminy Tarnówka Marcin Nowosielski. K. Cybulski to jeden z najstarszych stażem w powiecie dawca, który jest w gronie osób, które przez kilkadziesiąt lat oddały najwięcej krwi.
– Mam książeczkę, w której wszystko było wpisywane, stąd wiem, że jest to pięćdziesiąt litrów – mówi wyróżniony, obecnie 70–letni mieszkaniec Tarnówki. Ostatni raz oddał krew dziesięć lat temu.
– Wolno do sześćdziesiątego roku życia – wyjaśnia, dlaczego zaprzestał. Pierwszy raz miało to miejsce w 1966 roku, przy okazji wypełniania obowiązkowej służby wojskowej.
– Krew oddałem pierwszy raz, gdy poszedłem na szkołę podoficerską – przyznaje, że powód był bardzo prozaiczny.
– Był za to dzień urlopu – śmieje się na to wspomnienie. Już w szkole podoficerskiej w Kołobrzegu… – dostałem sześćdziesięciu ludzi z młodego rocznika. Byłem dowódcą plutonu. Zainspirowałem wtedy chłopaków do oddawania krwi, w ten sposób zawiązaliśmy tam klub dawców.
W Tarnówce, do której wrócił po zakończeniu służby, oddawali krew pracownicy miejscowej fabryki tektury.
– Był tam taki pan Borkowski, który tym kierował, plus jeszcze kilka osób. To nie miało jednak żadnej oficjalnej struktury – dlatego K. Cybulski zawiązał klub, gdy został naczelnikiem w miejscowej jednostce Ochotniczej Straży Pożarnej. Pan Kazimierz wspomina, że był to czas, gdy przy niektórych jednostkach działały takie kluby. Pamięta m.in. te w Krajence i Okonku.
– Razem z naszym w Tarnówce najprężniej działały w okolicy. Można powiedzieć, że w pewien sposób ze sobą rywalizowaliśmy. Wtedy już systematycznie oddawaliśmy krew.
– Za tych czasów, jak ja to mówię: lepszych, były wycieczki, jakieś nagrody. Ludzie się bardziej garnęli, żeby oddawać krew – i chociaż przez lata to się mocno zmieniło, pan Kazimierz wytrwał w postanowieniu dzielenia się życiodajną substancją.
– Trzeba mieć to we krwi. Trzeba mieć do tego żyłkę – argumentuje. Z ubolewaniem przygląda się temu, że od lat takich klubów jest coraz mniej, nie ma go także w Tarnówce. W jego ocenie państwo przyjęło w tym względzie błędne założenia.
– W Złotowie nie ma np. stałego punktu poboru krwi, tylko przyjezdny. Co jakiś czas, chyba raz w miesiącu, przyjeżdża autobus, to też jest jednak pewne ograniczenie. Kiedyś, jak komu pasowało, tak się szło, jechało i od ręki oddawało się krew. Inna sprawa, że nie było takich problemów w pracy. W zakładach nie było kłopotem, żeby się wyrwać, a przede wszystkim z tym, że przysługiwał następny dzień wolny. Dzisiaj w prywatnych firmach patrzy się już na to inaczej – porównuje. Od 1966 roku, gdy Cybulski oddał krew pierwszy raz, nigdy nie miał w tym względzie dłuższej przerwy.
– Potrzeby były różne. Wypadki, inne zdarzenia losowe, choroby, operacje – choć przyznaje, że wedle zasad krwiodawstwa, nigdy nie dowiedział się, komu i w jakiej sytuacji pomogła jego krew.
Pięćdziesiąt oddanych litrów robi wrażenie, choć nie na samym zainteresowanym. Z literatury zna przypadki osób, które przez lata potrafiły oddać nawet do stu litrów krwi.
– Nigdy żadnych problemów ze zdrowiem nie miałem z tego powodu. Serce mam zdrowe, nadciśnienia nie mam – mówi, że nie tylko on jest zdziwiony tym faktem, znajomi także.
– Nigdy nie obawiałem się żadnego zakażenia, choć takie przypadki faktycznie się zdarzają – potwierdza.
– Wiele lat temu raz mi się zdarzyło, że się wystraszyłem. Po oddaniu krwi wezwali mnie do szpitala. Obawiałem się, że znaleźli jakąś chorobę. To była zima. Okazało się, że podczas transportu do banku krwi w Koszalinie położyli krew przy ogrzewaniu w nysce i się zważyła. Poprosili tylko o powtórne oddanie.
Gdy niedawno odznaczenie przekazano panu Kazimierzowi podczas sesji Rady Gminy Tarnówka ten zaapelował, aby wznowić w Tarnówce ruch krwiodawców.
– W straży już nie jestem, więc nie będę chodził i pokazywał palcem – stwierdził w naszej rozmowie sprzed kilku dni, przyznając, że na druhów liczy w tym względzie w pierwszej kolejności.
Samemu zaprzestając przed dekadą oddawania krwi, pan Kazimierz wcale nie zrezygnował z niesienia pomocy innym. Nie mógł dłużej oddawać krwi, więc założył w Tarnówce drużynę dawców szpiku kostnego. Do zawiązania doszło w sytuacji, gdy poszukiwano dawcy dla jednego z mieszkańców gminy.
– Formalnie to był pierwszy klub dawców szpiku założony w Polsce. W Warszawie o tym wiedzą, w Instytucie Krwiodawstwa i w Komendzie Wojewódzkiej Straży Pożarnej – podkreśla. Organizacja skupia dzisiaj około trzydzieścioro mieszkańców gminy, zarówno młodszych jak i starszych, w tym osiem kobiet.
– Póki co nikt z nas nie miał jeszcze okazji zostać dawcą. Czekamy na sygnał – przyznaje.
Piotr Steffen
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dziękuję Panie Kazimierzu, dzięki takim ludziom jak Pan dzisiaj żyję.Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.
Dziękuję Panie Kazimierzu, dzięki takim ludziom jak Pan dzisiaj żyję.Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.