Nastolatki nadają się na renty, nie chodzą na praktyki i chcą zarabiać krocie. Tak o pracownikach młodocianych mówią rzemieślnicy. - Czasem oni czują się jak tania siła robocza - broni uczniów Henryk Kostrzewa
-Latem uczniowie chorują na potęgę. Widzę takiego jak chodzi po ulicy, choć ma zwolnienie. Wcale z nim nie dyskutuję, bo jak chodzi, to widocznie musi. Taka choroba... - mówi Zbigniew Kucharczyk, który od lat uczy młodych elektryków. W tej chwili, razem z synem, w dwóch firmach, ma ich dziesięciu. Z tego dwóch, jak twierdzi, nadaje się do tego zawodu.
Taki sam rachunek wychodzi Pawłowi Buremu. - Na dziesięciu może jeden, dwóch idzie w ten zawód. Reszta chce, żeby przeleciały im te trzy lata i wyjadą za granicę – mówi mechanik samochodowy ze Złotowa.
- To są uczniowie słabsi edukacyjnie i bardzo często z problemami wychowawczymi – zauważa Henryk Kostrzewa, kierownik Ośrodka Dokształcania i Doskonalenia Zawodowego w Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Złotowie. - W większości pracodawcy wiedzą jakich uczniów mają – dodaje.
Na terenie powiatu w systemie dualnym (praktyki u rzemieślnika i nauka w szkole zawodowej) kształci się ponad czterysta osób. Rzemieślnicy, z którymi rozmawialiśmy, dyskwalifikują większość z nich.
[[reklama]]
Kto nie przychodzi...
Najczęstszym przewinieniem adeptów zawodów rzemieślniczych jest unikanie praktyk. - Jak uczeń chce mieć wolne i go nie dostaje, bo jest dużo pracy, to na drugi dzień przynosi zwolnienie – skarży się Paweł Bury. Zdarzają się tacy, którzy przez jeden miesiąc wakacji mają urlop, a drugi przebywają na zwolnieniu lekarskim.
Paweł Bury zirytowany łatwością, z jaką młodzi dostają zwolnienia dzwonił do lekarzy, których pieczątki widniały na L4. - Powiedzieli mi, że lekarz jest od tego, że bada i widocznie musiał coś stwierdzić, skoro wystawił zwolnienie – mechanik rozkłada ręce mówiąc, że wczoraj kończąc pracę uczeń był zdrowy, dziś rano jest obłożnie chory. - To też wina rodziców. Widzą, że syn śpi w domu zamiast być na praktyce, ale nic z tym nie robią – dodaje Zbigniew Kucharczyk, który nie tylko prowadzi własny zakład, ale jest także podstarszym Cechu Rzemiosł Różnych w Złotowie. Na stronie Cechu przeczytać można, że „Jednym z najważniejszych zadań, jakie rzemiosło realizuje obecnie w imieniu państwa, jak czyniło to zresztą przez wieki, jest nauka zawodu”. Jak jednak uczyć kogoś, kogo nie ma?
- Pracodawcy winę zrzucają na rodziców i szkołę, a sami nie wykorzystują swoich praw. W większości zawiadamiają szkołę, gdy jest już bardzo ciężko coś zrobić. Gdyby poinformowali nas wcześniej, a nie po miesiącu nieobecności ucznia, to moglibyśmy działać. W końcu szkoła ma wychowawców, pedagoga i pewne sprawy nabrałyby toku – twierdzi z kolei Henryk Kostrzewa z CKZiU. Jednak Paweł Bury jest innego zdania: - Natury człowieka się nie zmieni. Jeśli ktoś ma naturę olewacką, to go się nie zmieni.
Kiepska komunikacja między szkołą, a mistrzami szkolącymi czasem kończy się w najgorszy dla ucznia sposób – rozwiązaniem umowy na praktyczną naukę zawodu.
- Jeśli ktoś nie przychodzi do pracy, a uczniowie są pracownikami młodocianymi i dostają wynagrodzenie, to trzeba go zwolnić. Tak mówi Kodeks pracy – zauważa Zbigniew Kucharczyk. To stanowcze stwierdzenie jednak rzadko ma pokrycie w działaniu. W tym roku do rozwiązania umowy doszło trzy razy. W dwóch przypadkach uczniowie zmienili zawody, w jednym uczeń realizuje praktyki w szkole.
[[reklama]]
Grzechy młodości
Zły wybór zawodu to kolejny problem absolwentów gimnazjów. - Bardzo często uczeń trafia do zawodu przypadkowo. Przyszły elektryk np. skarżył się, że kopie rowy. Myślał, że podłączy przewód i po sprawie, a przecież najpierw trzeba sobie przygotować teren. W bloku np. kuć w ścianie – H. Kostrzewa przyznaje, że nastolatki często nie wiedzą na czym polega dany zawód i nierzadko w ogóle nie mają pojęcia co chcą w życiu robić. Rzemieślnicy także to widzą. - Wielu z nich nie ma żadnych zainteresowań. Ważne żeby skończyli szkołę – mówi o uczniach elektryk Zdzisław Urbański. W tej chwili nie ma on praktykantów i zastanawia się nad sensem ich szkolenia. Czasem dość młodocianych pracowników ma także mechanik Paweł Bury: - Niektórzy chodzą na praktykę z obowiązku. Nie myślą o tym, że chcą się czegoś nauczyć na przyszłość. Nawet jeśli skończą szkołę, to i tak nie idą do pracy w tym zawodzie, tylko wyjeżdżają za granicę, bo kolega pojechał i po pół roku kupił sobie samochód. Teraz tylko szybkie pieniądze się liczą dla młodych.
Zbigniew Kucharczyk ujmuje to jeszcze ostrzej. - Rośnie nam fala jeżdżących do zbierania pomidorów. Powinien być u nas taki zawód - zbieracz pomidorów. [[nowa_strona]] Jak praca, taka płaca?
Pracownik młodociany ma obowiązki, ale też i prawa. Jednym z nich jest wynagrodzenie. W pierwszej klasie dostaje on 144,50 zł pensji, w drugiej – 180,63 zł, w ostatniej – 216,75 złotych. Pieniądze także są kością niezgody między rzemieślnikami, a uczniami i ich rodzicami. - Rodzice chcieliby, żeby uczeń zarabiał za dwa dni praktyki w tygodniu tyle, co pracownik. Miałem niedawno dwóch chłopców, w miarę dobrych, przez dwa tygodnie, bo chciałem im się przyjrzeć, czy mają dryg. W ostatnim dniu tej próby zadzwoniła do mnie matka z pytaniem ile dostaną, bo coś im się należy. A oni tylko chodzili za elektrykiem żeby przyjrzeć się pracy, czasem coś prostego wykonali – Zdzisław Urbański nie kryje zdziwienia. - Do pracy chęci nie ma, a jak ma dostać wypłatę, to przyjdzie dzień przed.
Zbigniew Kucharczyk: - Mam jednego ucznia, który bardzo prosił mnie o pieniądze na lipiec. Uległem, a on na praktyce już się nie pojawił.
[[reklama]]
I ten kij ma dwa końce. Henryk Kostrzewa z Centrum twierdzi, że wielu uczniów uważa, że rzemieślnicy ich wykorzystują. - Czasem oni czują się jak tania siła robocza – mówi kierownik Ośrodka Dokształcania i Doskonalenia Zawodowego. - Czasem mam takie uwagi od rodziców, że pracodawcy chcieliby mieć nie ucznia (pracownika młodocianego), ale taniego pracownika.
- To jest tania siła robocza? - oburza się Zb. Kucharczyk. - To jest kula u nogi. Tylko z niektórych osób coś wychodzi.
Uczyć się opłaca
System nauczania dualnego jest uważany za jeden z najlepszych sposobów przygotowania do wykonywania zawodu. Starszy Cechu Rzemiosł Różnych w Złotowie Karol Pufal wielokrotnie podkreślał, że rzemieślnicy robią to dobrze, a ich podopieczni są rozchwytywani za granicami Polski, bo polski tytuł czeladnika jest tam honorowany. Po części ma on rację. Wystarczy porównać kompetencje zawodowe absolwenta technikum i zawodówki. - Człowiek po technikum jest dobry w teorii, ale w praktyce uczeń pierwszej klasy zawodówki go zagnie – stwierdza z przekonaniem P. Bury. Zbigniew Kucharczyk także ma takie doświadczenia.
- Dzwoni do mnie matka absolwenta technikum, czy przyjmę jej syna. Na majstra? Nie, na praktyki, bo on po technikum niczego nie umie. Nawet gniazdka przykręcić – śmieje się elektryk. Poważnie o tym samym, choć w innych słowach, mówi dyrektor Wydziału Oświaty w Starostwie Powiatowym w Złotowie Wiesław Pachocki:
- Absolwenci szkół zasadniczych znacznie szybciej odnajdują się na rynku pracy.
[[reklama]]
Po co mi uczeń?
We wrześniu naukę w szkole zawodowej w Złotowie w kilkunastu kierunkach rozpocznie ponad stu uczniów klas pierwszych. Trzeba zadać pytanie jak będą oni szkoleni, skoro rzemieślnicy tak narzekają na młodych adeptów zawodów? No i dlaczego właściciele lokalnych firm przyjmują uczniów? Częściową odpowiedzią na to pytanie jest refundacja. Mistrz szkolący dostaje zwrot wynagrodzenia wypłacanego uczniowi, a po zdaniu przez niego egzaminu czeladniczego dofinansowanie z tytułu wykształcenia pracownika młodocianego – 8081 zł za trzy lata. Te pieniądze osładzają trudy szkolenia i wychowania młodzieży.
Zdzisław Urbański: - To jest refundowane, to człowiek oko przymyka na wybryki uczniów. Jak refundacji nie będzie, to będzie „do widzenia”.
Zbigniew Kucharczyk: - Jak nie będziemy mieć refundacji, to państwo obudzi się z ręką w nocniku, bo nie będzie miał kto szkolić tych ludzi. I tak już rośnie nam pokolenie bez odpowiedzialności.
W powiecie jest około stu dwudziestu mistrzów szkolących. Ponad 90% z nich ma uczniów.
Łukasz Opłatek
Zdjęcie nagłówkowe: Nauczyciele i pracownicy Cechu pochylają się nad uczniami, ale ci nie zawsze chcą uczyć się zawodu.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze