Kto jeszcze nie zna tego zespołu niech się nie przyznaje i w milczeniu dokształca się tym małym kompendium ich artystycznej działalności
MTV Unplugged słynie już z historycznych koncertów, m.in. : Nirvany, Hey, Pearl Jam, R.E.M. i wielu innych. Zawsze są to niezwykłe widowiska muzyczne i choć artyści wkładają w występ mnóstwo wysiłku, nie wszystkie potrafią skraść serce tak właśnie jak unlugged Alice in Chains. W czym tkwi ta wyjątkowość? A czy zakochany człowiek potrafi wyliczyć zalety osoby, do której wzdycha ? Obejrzyjcie w spokoju, a dodatkowo polecam zapoznać się z samą historią grupy już we własnym zakresie.
[[reklama]]
Koncert rozpoczyna się łagodnym akcentem „Nutshell”, gdzie po kolei na scenie zjawiają się członkowie zespołu. Kiedy publiczności ukazuje się Layne Staley, emocje sięgają zenitu. Wszyscy z utęsknieniem czekali na pierwsze takty i śpiew Layne’a. Tym bardziej rósł niepokój, gdyż wszystkim znane było silne uzależnienie wokalisty od narkotyków, obawa przed jego stanem spędzała fanom sen z powiek. Już zaraz na początku, wiadome było, że artysta jest w kiepskim stanie, z upływem czasu zmęczenie dawało o sobie znać, paradoks – nadało to dramatyczności koncertowi i być może ( to moje odczucie) jest to jedna głównych przyczyn sukcesu występu.
Dalej mamy "Brother" w duecie Jerry"ego Cantrella i Layne"a, w tle z hipnotyczną gitarą. "No excuses" z bardzo rytmiczną perkusją Seana Kinney"a i żywiołową reakcją publiczności gdy utwór się skończył. "Sludge Factory" jest jednym z moich ulubionych. Wokal Layne"a powala i oddaje jego wyraz artystyczny w pełni, jest brudny i grungowy,z charakterystycznym dla niego tekstem, opowiadającym o cierpieniu i poszukiwaniu ocalenia. Kto powstrzymałby się od jednej chociaż refleksyjnej myśli o śmierci i zagubieniu przy kawałku "Down by the hole" ? Nienachalna gitara Jerry"ego w tle i wspierający wokal, podczas emocjonalnego wysiłku wokalisty. Majstersztyk."Angry chair" to już chyba klasyk nad klasykami gatunku. Utwór pod każdym względem idealny - stworzenie czegoś podobnego dzisiaj wydaje się już niemożliwe. "Rooster" to spokojny, choć opowiada o determinacji, zgrabny utwór z ciekawą linią melodyczną. Przeskakując, następnym utworem jest "Heaven Beside You" to popis wokalnych, niemałych przecież, umiejętności Jerry"ego. Jego niższy i łagodniejszy głos jest świetnym zrównoważeniem dla głosu Layne"a i tutaj jest też głosem wiodącym. "Would" to zdecydowanie mój ulubiony kawałek Alice in Chains. Bas wprowadza nas w inny wymiar, akcentująca gitara już na starcie opowiada nam trudną historię. Potem wchodzi wokal Layne"a ze wsparciem Jerry"ego i refren, który przyprawia o prawdziwe dreszcze. Takich wokalistów już nie ma. Szkoda, że utwór liczy jedyne 3:30 minut. "Frogs" jest dziwny i pokręcony, z wokalnym eksperymentem i pulsującą perkusją, idzie zwariować z zachwytu.
Cieszę się, że Alice in Chains reaktywowało zespół, kilka dobrych lat po śmierci Layne"a i choć już nigdy nie będzie tak samo - członkowie zespołu to muzycy z powołania i mają prawo do grania dalej, bo tak i już. Kiedy słucham utworów z Layne"em, chce mi się płakać. Nigdy nie pogodzę się z tym, że niektórym ludziom nie udaje się wyjść z nałogu i przepadają, przez co ? Przez swoją wrażliwość, przez głupotę losu...
P.S. A tymczasem cieszmy się arcydziełem jakie pozostawił po sobie Layne wespół z kolegami.
Agnieszka Piec
Poniżej cały koncert :
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze