Na początku w ogóle nie było mowy o niepełnosprawnych dzieciach. Zaczęło się od tego, że po skończeniu szkoły wyjechałam na Śląsk, jako świeżo wykształcona pielęgniarka, absolwentka liceum zawodowego. Żeby móc pójść na studia, musiałam odrobić dwuletni staż. Chciałam doskonalić warsztat, wymyśliłam sobie, że byłoby fajnie pojechać do jakiejś renomowanej placówki. Wszystkie moje koleżanki udały się do szpitala wojewódzkiego w Pile, który w tamtym czasie był otwierany. Ja i koleżanka zaczęłyśmy szukać po świecie. Miała to być klinika w Poznaniu. Okazało się jednak, że nie będziemy mieszkać razem, do tego w byle jakim hotelu. Zrezygnowałyśmy. Siedziałyśmy już na dworcu w Poznaniu, żeby wracać do domu i czytałyśmy „Przyjaciółkę”. Było w niej wielkie ogłoszenie, że Szpital Górniczy w Bytomiu poszukuje pielęgniarek. Koleżanka uznała, że zwariowałam, kiedy powiedziałam: jedziemy. Przekonałam ją jednak, był akurat pociąg do Katowic. Nikomu z rodziny nie powiedziałyśmy ani słowa. W domach cały czas myśleli, że jesteśmy w Poznaniu, stamtąd zresztą wysłałyśmy kartki.
Początkowo. Okazało się, że to stary szpital, ale nie było źle. Panie nas oprowadziły, pokazały placówkę i wysłały na zakwaterowanie. Miałyśmy mieszkać w hotelu pielęgniarskim, który mieścił się w wiosce górniczej hoteli górniczych. Jak przeszłyśmy przez bramę, a w oknach górnicy zaczęli gwizdać, cieszyć się, że przyjechał nowy narybek, tak się wystraszyłyśmy, że zrobiłyśmy w tył zwrot. Mój chłopak był w tym czasie w Sosnowcu, pojechałyśmy do niego. Pracował w kopalni, gdzie odrabiał wojsko. Tam wszystko wspólnie omówiliśmy i na drugi dzień miałyśmy wracać do domu. Na dworcu w Katowicach zauważyłam autobus, a na nim napis Szpital Górniczy Ochojec – Śląskie Centrum Medyczne. Koleżanka miała już dość tych wyjazdów, nie chciała tam jechać, ale znowu ją przekonałam. Okazało się, że placówka była na samym końcu Katowic. Wysiadłyśmy, a tam szok: w porównaniu do starego szpitala w Bytomiu zobaczyłyśmy piękne, nowe centrum medyczne, które składało się z kilku budynków. Zaczęli nas oprowadzać po obiekcie, czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam, czułam się jak na Zachodzie. Ośrodek był wybudowany i wyposażony m.in. za pieniądze z zagranicy. Widok tego wszystkiego bardzo nas zachęcał, żeby zostać. Pokazali nam też, gdzie będzie hotel pielęgniarski, to też był nowy budynek. Bez żadnych górników (śmiech). Zanim jednak tam zamieszkałyśmy, ulokowano nas dwa piętra nad pomieszczeniami, gdzie za pół roku profesor Religa otwierał kardiochirurgię. Powstawało miejsce na wzór tego w Zabrzu.
Reklama
Na początku taki był pomysł, ostatecznie zostałyśmy na oddziale kardiologii, ale nie w grupie pracującej z profesorem. Natomiast trafiali do nas pacjenci, którzy byli przed zabiegiem albo po zabiegu u profesora. Współpracowaliśmy z osobami, które pracowały u Religi, zresztą wszyscy się poznaliśmy. Gdy później zamieszkałyśmy już w hotelu, profesor, gdy przyjeżdżał do Katowic na dłużej – bo z reguły wracał zaraz po operacjach – mieszkał nad nami. Najczęściej miałam możliwość kontaktu z nim nie w pracy, ale właśnie w hotelu. Śmialiśmy się, bo w sumie dość bujne życie wiedli ci lekarze i pielęgniarki z jego zespołu. Gdy pomyślnie poszła im operacja, często odbywały się tam imprezy, a że miałyśmy narożny pokój z balkonem, to przez nasz balkon, po piorunochronie, wchodzili na swoje piętro. Wiadomo, przez recepcję po godzinie 22.00 trudno było się dostać. Profesor nie zawsze tam gościł, ale też bywał.
Gdy po latach od tamtych chwil obejrzałam film „Bogowie”, łzy same mi leciały. Ten film tak oddaje tamte czasy i to, co tam wspólnie przeżywałyśmy... Oczywiście doświadczyłam jedynie namiastki tego, co w nim pokazano, ale klimat tego czasu i miejsca został znakomicie oddany. Film oglądałam trzy razy i nawet jak teraz o tym mówię, mam ciarki. Kot wspaniale zagrał profesora. Był taki moment, jak idzie tym ciemnym korytarzem – to było wprawdzie w Zabrzu, ale u nas też były dwa budynki połączone takim ciągiem. W tym kinie miałam wrażenie deja vu: gdy szłam takim korytarzem, prowadząc wózek z lekami między jednym a drugim budynkiem i Religa szedł z naprzeciwka… Te opadające włosy, rozwiany fartuch i on gadający coś sam do siebie. Pamiętam, że nawet dzień dobry nie odpowiedział, tak był zamyślony.
Reklama
Zdecydowanie. Tam był zupełnie inny poziom leczenia, obiekty wyposażała zagranica. Było tam leczonych wielu prominentów, głównie z południa Polski, m.in. górnicy wysokiego szczebla. Chodziła tam opowiastka, że żeby dostać się do tego szpitala płaciło się sto dolarów od nogi łóżka plus za materac, czyli łącznie pięćset dolarów. Było mi tam dobrze, to była moja wymarzona praca. Spędziłam tam trzy lata. Zaszłam w ciążę, urodziłam córkę. Chorowała, nie sprzyjał jej tamtejszy klimat i trzeba było wracać. Nie uśmiechało mi się to jednak, ale nie było specjalnie wyboru. Darek, wcześniej chłopak, a potem mój mąż, dalej tam pracował, po odrobieniu wojska został, bo górnicze pensje były naprawdę dobre.
Okazało się, że pracy jako pielęgniarka nie dostanę. Wszystkie etaty były zajęte. Mieszkałam z rodzicami, Darek był na Śląsku. Nie było łatwo. Łapałam się każdej pracy, jaka była możliwa, m.in. w sklepie spożywczym u pani Żółtowskiej na Zamkowej. Stamtąd dostałam się do PCK jako opiekunka – kiedyś pracowały tam osoby bez wykształcenia albo takie, które wyszły z więzienia, nie mogły pracować w innym zawodzie. W tym gronie czułam się jak skarb, bardzo mnie tam szanowali i miałam wspaniałych podopiecznych, zaprzyjaźniłam się z tymi starszymi paniami, ich rodzinami, dzięki temu mogłam też jeździć na tzw. fuchy do Niemiec. Cały czas czekałam jednak na pracę w swoim zawodzie. Nie było jej dla pielęgniarek, ale pojawiło się ogłoszenie, że na Zaciszu PGR otwiera ośrodek rehabilitacji dzieci. Inicjatorem był PGR Zalesie, gdzie dyrektorem był pan Kasner, wręcz zakochany w koniach. Usłyszał gdzieś o hipoterapii i chciał przenieść ją na nasz grunt. Odbywały się tam turnusy, które organizowali Dariusz Tarnowski i doktor Anna Kałamoniak.
ReklamaPóźniej pojawiła się kolejna wizja, że miasto również reaktywuje ośrodek, właśnie przy współpracy z Dariuszem Tarnowskim. Pomyślałam, że być może będą potrzebować pielęgniarek. Razem ze mną zgłosiła się Jola Pietruszka, moja przyjaciółka, też szukała tutaj pracy, nie chciała dłużej dojeżdżać do Piły. Miasto zatrudniło nas przez urząd pracy, ale ośrodek wciąż nie powstawał. Wysłano nas jednak do Piły na trzymiesięczne szkolenie do tamtejszego ośrodka rehabilitacji. Tam poznałyśmy doktor Kałamoniak, a także Darka Tarnowskiego i Roberta Kwiatkowskiego, późniejszych moich wspólników, oraz całą grupę fizjoterapeutów i lekarzy, którzy mieli prowadzić miejsce, jakie miało powstać w Złotowie pod szyldem miasta. W Pile wyszkoliłyśmy się jako pomoce rehabilitacyjne i tam przekonałyśmy się z Jolą, że tym chcemy się zajmować, to chcemy robić. Czas jednak mijał i placówka wciąż nie funkcjonowała. Byłyśmy jednak pracownicami miasta i znowu musiałyśmy wykonywać różne inne prace. Zajmowałyśmy się m.in. zielenią miejską. W pewnym momencie projekt miejskiego ośrodka rehabilitacji definitywnie upadł i rozstałyśmy się z miastem.
Nie od razu. Najpierw znowu pracowałyśmy gdzie bądź. Joli brat, Mirek Głyżewski, miał Non Stop, więc najwięcej pomagałyśmy jemu. Na dyskotekach jako kelnerki, a do południa sprzątałyśmy lokal. Któregoś dnia sprzątamy, to było jakieś trzy miesiące po skończeniu kursu, i wchodzi Darek Tarnowski: „Szukam was po całym Złotowie. Mam inwestora, który otwiera ośrodek w Maryńcu koło Głubczyna i werbuje kadrę”. Chodziło o Romana Kasnera, który wcześniej prowadził PGR, a który kupił czy wydzierżawił pałac w Maryńcu. Darek miał zebrać kadrę i być dyrektorem ośrodka. To był chyba pierwszy w Polsce prywatny ośrodek rehabilitacji i hipoterapii. Ludzie przyjeżdżali z całego kraju. Ponownie zaangażowała się doktor Kałamoniak. To był wspaniały czas, a my wreszcie miałyśmy z Jolą wymarzoną pracę. Niestety – nie wiemy co się zadziało – ale po trzech czy czterech latach pan Kasner przyjechał z informacją, że zamyka ośrodek i przenosi go do Wiatrowa, a później poszedł do Stobna. To działo się w połowie lat 90-tych.
Reklama
Ale miałyśmy kontakty, przede wszystkim z rodzicami dzieci, które uwielbiały przyjeżdżać do Maryńca. Było też doświadczenie, w tamtym czasie zaczęłam również pracę w Wałczu, w Stowarzyszeniu Dzieci Niepełnosprawnych, gdzie dojeżdżałam na rehabilitację. Jeszcze pracując u pana Kasnera podjęłam też studia w tym kierunku. To był moment, kiedy już zdecydowanie bardziej czułam się rehabilitantką niż pielęgniarką. Cały czas myślałyśmy, co dalej. Sami pacjenci motywowali nas, żeby otworzyć własny ośrodek, my z kolei zachęciłyśmy Darka Tarnowskiego. Skoro udało mu się wcześniej tutaj, a później w Wiatrowie, gdzie też uruchamiał miejsce dla R. Kasnera, to dlaczego nie w Złotowie? Myśleliśmy też o tym, żeby założyć spółkę pracowniczą osób, które straciły pracę w Maryńcu. Zaczęliśmy szukać obiektów, zjeździliśmy wiele miejsc. Najlepsze było to, że praktycznie w ogóle nie mieliśmy pieniędzy. Była jedynie motywacja i pomysł.
Tutaj pojawia się osoba Jerzego Podmokłego. On był naszym sąsiadem na Okrężnej, gdzie jest nasz rodzinny dom. To on nas zmotywował. Darka Tarnowskiego interesował już wtedy ośrodek nad Zamzą, którego właścicielem była ABB ELTA z Łodzi. To był jeden z ich trzynastu ośrodków w Polsce. Jerzy Podmokły podpowiedział, że obiekt jest na sprzedaż. Wydawał nam się całkowicie niedostępny, nawet nie chcieliśmy podchodzić do tematu i w sumie to J. Podmokły napisał za nas pismo. On nas popchnął i okazało się, że zaprosili nas na rozmowę. Pojechaliśmy: Tarnowski, autorytet w tej branży i ja, bo stąd.
Jechaliśmy na rozmowę starą, rozwalającą się toyotą Darka. A tam był już większy świat. Na środku stał wielki, okrągły stół, naokoło którego siedzieli prezesi. Na środku stołu stała coca-cola, sprite, whisky, szkła koło tego... Na mnie już samo to zrobiło wtedy wrażenie. Oni w czwórkę w garniturach, a my takie burki z prowincji. Jedyne co mieliśmy, to kronika ze zdjęciami z Maryńca, żeby wytłumaczyć tym prezesom, o co nam chodzi, co chcemy tutaj stworzyć. Faktycznie od początku byli zauroczeni naszym pomysłem. Powiedzieli nam wprost, że strategia działania firmy jest taka, że muszą wyzbywać się tego działu socjalnego, praktycznie wszystko już sprzedali i została im ta perełka nad Zamzą. Powiedzieli, że na ośrodek jest mnóstwo chętnych, ale mają wielki sentyment do tego miejsca i chcą oddać je w jak najlepsze ręce. Każdy z innych zainteresowanych miał biznesowe zamierzenia, ktoś z Pomorza wyliczał im, ile chce zainwestować i zarabiać z każdego metra. My mogliśmy jedynie zarazić ich pomysłem i tak też się stało - byli nasi. Od razu powiedzieli, że przystąpią z nami do negocjacji. Chodziło o wielkie jak dla nas pieniądze, około miliona złotych. Potrzebowaliśmy kogoś z pieniędzmi, osoby zaufanej i z tzw. branży. Tak do naszej dwójki dołączyła Zuzanna Pabińska, mama Kuby, naszego pacjenta. Te pieniądze były nam potrzebne na wkład własny, żeby dostać kredyt.
Reklama
W sumie nie były takie długie i trudne. Ci prezesi byli nam bardzo przychylni, w ostateczności kupiliśmy to chyba za jakieś trzysta tysięcy złotych. Inna sprawa, że dopiero później otworzyły nam się oczy, co mamy i ile trzeba w to jeszcze zainwestować. Obiekt kompletnie nie był przygotowany pod osoby niepełnosprawne. Zarabialiśmy jak mogliśmy: przez zabawy, dancingi, sylwestry, żeby mieć choćby na utrzymanie personelu. Przez pierwsze dwa lata było bardzo trudno, byliśmy praktycznie bez pensji. Po trzech latach zaczęło to przynosić takie pieniądze, że swobodnie można było spłacać kredyty.
Wszyscy mówili Zamza. To słowo było jednak za ostre, mało mówiące, a tutaj miało być pozytywnie dla dzieci, lekko, przyjemnie, jak w bajce. Ale że za miastem no i była jednak wcześniej ta nazwa Zamza, padło na Zabajkę. Wymyślił to Darek Tarnowski i wszyscy od razu podłapaliśmy.
Reklama
Przyszedł moment, kiedy tam zrobiło się ciasno. W tym czasie burmistrz chciał sprzedać były dom dziecka. Zaczęłam pisać do miasta, choć nie zależało nam aż tak bardzo na tej lokalizacji. Zabajka była już słynna, miała swoją renomę, ludzie ściągali tutaj z całej Polski, stąd miastu też zależało pewnie na jakimś prestiżu, tym bardziej, że pierwsza Zabajka była na terenie gminy Złotów. Pomyślnie przebiegły negocjacje i kupiliśmy obiekt za bardzo dobre pieniądze.
W pewnym sensie tak, w tej chwili łączy je właściwie tylko moja osoba, jestem współwłaścicielką Zabajki 2, a w pierwszej również mam udziały. Był moment, że rywalizowaliśmy, ale teraz jest dobrze.
Reklama
Przeciwnie. Gdy tutaj weszliśmy okazało się, że to ruina. Budynek miał ponad sto lat, stare pruskie mury w drewnianej konstrukcji. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że tak trudno będzie modernizować budynek pod potrzeby niepełnosprawnych. Kredyt dobieraliśmy trzykrotnie. Był moment, kiedy byłam tak załamana, że chciałam wystawić to na sprzedaż. Prace były jednak zaawansowane, trudno byłoby sprzedać to za dobre pieniądze, żeby pokryć kredyty i żeby coś jeszcze zostało. Szczerze mówiąc, przez moment zainwestowanie w Zabajkę 2 zachwiało stabilnością obu miejsc, mimo tego, że tam nie mieliśmy już gdzie przyjmować pacjentów, takim cieszyliśmy się zainteresowaniem. Z czasem wszystko udało się jednak wyprowadzić na prostą i obecnie dalej się rozbudowujemy, przybędzie nam druga taka powierzchnia, choć trzeba przyznać, że i ta inwestycja przeszła nasze wyobrażenie. Joli Pietruszce odsprzedałam udziały, również stała się współwłaścicielką i tak wspólnie prowadzimy to nasze dzieło. Doskonale się uzupełniamy, jesteśmy przyjaciółkami od czterdziestu lat i nigdy się nie pokłóciłyśmy. Nasze dzieci również zaczynają się tutaj udzielać, obiekt się rozwija, całkiem dobrze sobie radzimy, a i pierwsza Zabajka cały czas rośnie w siłę.
To śmieszna, ale i zarazem straszna historia. Kiedy mieliśmy ten inwestycyjny kryzys w Zabajce 2, ta sytuacja dobijała mnie do tego stopnia, że byłam niemal u kresu psychicznej wytrzymałości. Byłam gotowa to wszystko sprzedać. Koleżanka namówiła mnie na wyjazd do wróżki. Nie wierzyłam w takie rzeczy, ale byłam tak zdesperowana, że pojechałam do Chodzieży. Nie wiedziała, kim jestem, nic jej o sobie nie mówiłam, koleżanka również - żeby nie było wątpliwości, wchodziłam do niej pierwsza. Mówi do mnie: niech pani pomyśli o tym, co jest dla pani ważne, a ja powiem, co z tego wychodzi. Rozłożyła karty raz, drugi, zrobiła się czerwona, zaczęła sapać. Poprosiła o więcej informacji, bo zaczęły wychodzić jej dziwne rzeczy: egzorcyzmy, płacz dzieci, krew. Aż gorąco mi się zrobiło. Powiedziałam, że to miejsce, gdzie był dom dziecka, a teraz powstaje ośrodek rehabilitacji dzieci. Rozłożyła karty i mówi, że wychodzi jej bardzo zła energia, ale dodała, że widzi szanse na uzdrowienie tego miejsca, jak w szpitalach, gdzie raz na ileś lat robi się całkowite remonty, łącznie ze skuwaniem tynków, żeby wyrzucić z budynku wszystkie zarazki, złe moce, negatywne energie. Zaleciła totalne odświeżenie obiektu, a do tego egzorcyzmy. Brałam to z przymrużeniem oka, a jak już wspomniała o krwi i znakach szatana, w duchu zaczęłam się śmiać. Podziękowałam jej i wróciłam. W przyczepie kempingowej na naszym terenie, gdzie trwała już inwestycja, mieszkał Franek, nasz przyjaciel i pan gospodarczy od wszystkiego. Zapytał, co i jak u tej wróżki. Powiedziałam, co rzekła, przytaknęłam nawet, że poszukam jakiegoś egzorcysty. Franek zdębiał. Zaprowadził mnie do drewnianej szopy, która stała na naszej działce. Nigdy w niej nie byłam. Otworzył ją i pokazał: jakieś znaki diabła – nie wiem, czy farbą, czy rzeczywiście krwią jakiegoś zwierzęcia pomalowane, pełno piór naokoło. Gdy był tam jeszcze dom dziecka, widocznie musiała coś tam wyprawiać młodzież. Jak to zobaczyłam, zamurowało mnie. Dlatego zrobiliśmy te egzorcyzmy. Zabajka 2 ruszyła, wszystko się ładnie kręciło, ale było niestety tak, że każdego roku mieliśmy jakiś wypadek, najczęściej dochodziło do złamań kończyn: to przy ćwiczeniach, to dziecko spadło z konia, zdarzyło się, że mama, wyciągając dziecko z wózka, też mu coś uszkodziła. Średnio zdarzało się to raz w roku. Za często. W Stawnicy pracowałam tyle lat i takie rzeczy też się przytrafiały, ale sporadycznie. Przypomniałam sobie, jak wróżka mówiła, że gdy oczyścimy już to miejsce, trzeba tego jeszcze pilnować, bo mogą się zdarzać różne dziwne przypadki. Tak wbiłam to sobie do głowy, że przyjechał do nas jeszcze raz egzorcysta. Inna sprawa, że wściekł się, gdy się dowiedział, że byłam u wróżki i że jedna z naszych terapeutek hobbystycznie wróży z Tarota. Swoje nakrzyczał, ale pomógł. Od lat jest spokój. Zresztą obiekt był święcony, regularnie mamy tutaj msze święte dla pacjentów i kontakt z księżmi. Od tego czasu jak ręką odjął. Nigdy tutaj jednak nie straszyło, choć ludzie w okolicy rzeczywiście tak opowiadali.
Reklama
Początkowo było trudno, w Złotowie i okolicy nie było fizjoterapeutów. Dlatego też musieliśmy podzielić się kadrą ze Stawnicą, bo do Zabajki 2 nie mieliśmy kogo werbować. Z czasem zaczęli się jednak pojawiać praktykanci z AWF, głównie spośród nich werbowaliśmy zespół. W UL w Radawnicy również uczyłam terapii zajęciowej. Jola do dzisiaj zresztą współpracuje z tym miejscem. Obecnie mamy 70 pracowników, z czego 49 to osoby zatrudnione na umowę o pracę, a reszta to terapeuci na własnej działalności, którzy świadczą nam usługi. Wszyscy moi znajomi przedsiębiorcy mają obecnie problem z pracownikami, my – jeśli chodzi o terapeutów – nie mamy. Część z nich dojeżdża z Piły, niektórzy na stałe zostali w Złotowie, tutaj założyli rodziny i się wybudowali. Swoje zrobiła w tym względzie na pewno również renoma Zabajki, ale jest też więcej uczelni, gdzie w tym zawodzie, trzeba przyznać z przyszłością, można się kształcić.
Tak. Postęp medycyny doprowadził do tego, że mamy więcej osób niepełnosprawnych. Kiedyś dziecko ważące 600 gram umierało, dzisiaj się je ratuje, ono żyje, ale ma później deficyty. Obecnie na pewno jest lepiej z opieką prenatalną i nad noworodkami niż dziesięć lat temu, ale uszkodzenia okołoporodowe ciągle się niestety zdarzają. Znacząco zwiększyła się też liczba dzieci ze spektrum autyzmu.
Reklama
To jest trudny temat. Jestem katoliczką, osobą wierzącą, ale muszę niestety stwierdzić, że w tej kwestii jestem przeciwna temu, co głosi Kościół. Zbyt wiele widzę na co dzień. Absolutnie nie neguję żadnej decyzji. Są kobiety, które wiedzą, że urodzą dziecko z deficytami i świadomie się na to decydują. Są silne, mają wsparcie w rodzinie, decyzje zapadają tam wspólnie. Wszystkim tym kobietom powystawiałabym pomniki. Natomiast jeśli któraś matka dobrowolnie decyduje się na przerwanie ciąży, absolutnie jej za to nie krytykuję. Widziałam mnóstwo przypadków kobiet, które myślały, że dadzą radę, ale nie dały, choroby dzieci je przerosły. Częstokroć rozpadały się małżeństwa, matki same zostawały z chorym dzieckiem, bez zaplecza finansowego. Gdy w rodzinie jest jeszcze zdrowe dziecko ono również na tym traci, też nie ma normalnego życia. Matka siada psychicznie, wszystko się sypie, ojcowie często odchodzą, bo nie dają rady. Matka raczej nie zostawi dziecka, ojciec jest psychicznie inaczej skonstruowany. Dlatego nie można krytykować kogoś, gdy decyduje, że nie podoła. Matki, które do mnie trafiają, wszystkie już się pogodziły z niepełnosprawnością swojego dziecka i walczą o jego lepszy byt. Muszą uzbierać pieniądze na turnus i wkładają wielki wysiłek, są świadome, wierzą i widzą efekty. Dlatego tutaj przyjeżdżają. Podziwiam te kobiety. Nie wiem, czy sama dałabym radę.
Około 40 pacjentów na 22 turnusach w roku. Wciąż dochodzą nowi, choć podstawą są dotychczasowe osoby. Wciąż mamy nadwyżki, nie jesteśmy w stanie przyjmować więcej osób, w lecie moglibyśmy obłożyć drugie tyle miejsc. Stąd obecna inwestycja.
Reklama
Zawsze jest ten dylemat, tym bardziej, że wiele rozmawiamy z rodzicami tych dzieci. Gdy mamy zebrania pierwsza uwaga zawsze jest taka sama: żeby nie było podwyżki. Prawda jest taka, że to jest twarda kalkulacja. Koszty utrzymania obiektu są określone, a w ośrodku największe koszty to rehabilitacja – utrzymanie personelu i sprzętu. Zarobki są tutaj na poziomie normalnych kwot, jakie zarabia większość ludzi, więc to wszystko jest chyba dobrze wyważone. Poza tym my ciągle musimy inwestować, podnosić standard, bo i konkurencja rośnie, a z reguły ma lepsze od nas warunki. Owszem, nadrabiamy renomą, jakością pracy i efektami, ale i tak systematycznie coś robimy. Wiele takich ośrodków upadało przez lata, bo nie inwestowano, nie stawiano na rozwój. Dlatego zejść z kosztów nie możemy. Stąd też tak ważne są fundacje, m.in. Złotowianka, które wspierają osoby niepełnosprawne. Jakieś grosze są jeszcze z PFRON. Rekordziści przyjeżdżają na pięć turnusów rocznie, co daje wydatek około 25 tys. zł. Tylko nielicznych stać na to, żeby samemu to sobie sfinansować. Najczęściej to osoby z zagranicy, których mamy zresztą coraz więcej. W naszym kraju nie ma, póki co, dobrej opieki nad osobami z deficytami. Gdyby nie fundacje, które ratują sytuacje tych rodzin pod kątem finansowym, byłoby tragicznie. Jako ośrodek otrzymaliśmy uznanie wielu fundacji, które wspierają turnusy w naszych ośrodkach.
W Stawnicy pracowałam jeszcze w sali, tutaj już nie. Jola początkowo prowadziła jeszcze zajęcia, ale od kilku lat też już wyłącznie zarządza. Zbyt wiele jest tej administracyjnej pracy, ale po to m.in., żeby nasi terapeuci w stu procentach mogli się poświęcić zajęciom. Dzięki temu oni spędzają u nas czas wyłącznie z dziećmi i ich rodzinami. To właśnie nasza kadra jest najsilniejszą stroną Zabajki 2. Sukces ośrodka to zasługa nas wszystkich.
Przy tym, jak obecnie są kształceni, jakie mają doświadczenie, w porównaniu do tego, kiedy ja zdobywałam wiedzę i praktykę, do pięt im nie dorastam. Choć oczywiście wiele rzeczy wciąż widzę, czuję i, prawdę mówiąc, wciąż za tym tęsknię. Raz, że nie mam na to dzisiaj czasu, a dwa, że obecnie to nawet wstydziłabym się usiąść koło naszych terapeutów przy materacu. Tyle lat to już jednak przepaść. Ich praca naprawdę przynosi efekty. Czasami po latach, czasami z turnusu na turnus. Dla jednego sukcesem będzie to, że dziecko zacznie chodzić, dla innego przejście z karmienia papką na gryzienie albo to, że dziecko pierwszy raz powie: mamo.
Na pewno będzie jeszcze lepiej funkcjonować niż teraz. Mam nadzieję, że jak najdłużej ze mną w składzie. Nie myślę o żadnej emeryturze, dobrze czuję się robiąc to, co robię. Ta praca sprawia mi satysfakcję. Dzisiaj cieszę się, że gdy wróciłam do Złotowa nie było dla mnie pracy pielęgniarki i tak się wszystko potoczyło. Choć wiem, że sporo poświęciłam tej zawodowej stronie życia, za co najbardziej zapłacili niestety najbliżsi.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Takiemu jak Ty też dałbym kopa.
To prawda, nie można mieć się za "brata Alberta" jeśli dorobiło się na ludzkiej krzywdzie i nieszczęściu. Nie rozumiem niektórych komentarzy.
Każdy z nas ma w swoim otoczeniu zarówno ludzi, którzy nas szanują i kibicują naszym przedsięwzięciom, jak i takich, którzy nas nie lubią, mają o nas złe zdanie. Pojawiając się na łamach zlotowskie.pl musimy liczyć się z tym, że te sympatie i antypatie względem nas znajdą ujście. Co do pani Kasi, można powiedzieć, że pomaga chorym ludziom przy okazji zarabiając pieniądze, bo przecież z czegoś musi żyć. Ja powiedziałabym raczej, że znalazła niszę, na której można zarobić. Nie jest to poświęcenie dla chorych, a po prostu dobry biznes.
Kochani są Złotowianie- jak komuś biznes rozkręci to zmieszają z błotem, zazdrość i nieróbstwo tylko hejtowanie oto dzisiejszy świat a przede wszystkim Złotowiaków ja znam Kaśkę i wiem ile ją to kosztowało i powiem jedno - nie jednemu chłopowi brakuje jaj jakie ma Kaśka nie jedna osoba może pozazdrościć jej uporowi i tego co ciężką pracą zdobyła. Pisząc o NFZ to widać że nie macie zielonego pojęcia o Zabajce więc wiele o was to świadczy. A na koniec wszystkim panom którzy hejtują powiem jedno wiem dlaczego to robicie ponieważ patrząc na Kaśkę tylko się ślinicie bo tylko wam to zostało a panie które hejtują zazdroszczą wyglądu bo nie jedna by tak chciała wyglądać
Pani Kasiu, ta krytyka przez to, że ośmieliła się Pani coś ze swoim życiem zrobić, nieszablonowego, innego i odważnego. Jest Pani osobą ciekawą, ładną i zadbaną kobietą, robi swoje i pewnie marzy o rzeczach, o których ci zazdrośnicy nie mają pojęcia, że istnieją. Sama jestem kobietą i mi się Pani tak po kobiecemu podoba i wiem ile trzeba poświęcić aby teraz w tym miejscu być. Szkoda, że swoje środowisko tego nie docenia.
A z jakiej racji ty się o innych wypowiadasz. Robisz to samo.
Na krzywdzie i ludzikim nieszczęściu.
Racja zazdrość i zawiść w komentarzach jeśli ktoś dorobi się na ludzkiej krzywdzie i ma się za brata Alberta albo siostrę Teresę
Nie znam głębi spraw Zabajki, ale pani Kasia personalnie jest spoko. Szkoda, że nie jest to rodzinne.
Nie daj Boże pojawić się na łamach zlotowskie.pl, bo ludzie Cię zeżrą.... Zawiść aż się im ulewa. Za każdym razem to samo...
Osoby, które mogłyby założyć Zabajkę nie zasilają szeregów bezrobotnych zarejestrowanych w PUP. Obawiam się, że nawet specjalistyczne szkolenie w tym zakresie nic by nie pomogło. A gdyby (daj Boże) pomogło, to z wystartowaniem z biznesem nie byłoby lekko. Kasi (koleżanka ze szkoły :) ) życzę wszystkiego najlepszego, natomiast zawistnym nieudacznikom - dalszego babrania się w jadzie zawiści.
Często wracam na zlotowskie.pl. Jeśli tylko widzę jakiś artykuł o kimś kto w tym mieście cokolwiek robi, gdzieś się wybił... to zaraz przechodzi mnie myśl, że zaraz będzie lawina komentarzy znawców w każdej dziedzinie. Osób, które ego podbijają sobie komentarzami, bardzo często tacy, którzy nie widzieli nic poza Złotowem i Piłą. Zazdrość i zawiść w tym mieście jest straszna.
Niestety ta krowa nie ma tylu cycków.
Powinni w urzędzie pracy uczyć zakładać takie ośrodki i fundacje zamiast zakładać firmę bo to niezła kasa i jeszcze można pomagać innym tylko kto by wtedy pracował. Kazdy bezrobotny założył by zabajke.
Jak wszyscy tacy mądrzy to otwórzcie taki ośrodek i się tym zajmijcie . Gadać każdy potrafi. Kobiety pomagają bardzo chorym osobom . Wiem bardzo dobrze
Szkoda ze nie zapytali jak dyma ludzi na pracy, brała z urzędu pracy na starz ludzi za które oni płacili na 6 miesięcy powinna zatrudnić po tym czasie a dawala kopa i kolejnego darmowego. Wszyscy myślicie że taka wspaniała jest a taka prawda że robi tylko to za gruba kasę. Powodzenia wzbogacania się na ludzkiej krzywdzie
Nic nie stoi Ci na przeszkodzie :) za każdą pracę dostaje się wynagrodzenie, jeśli przy tym się pomaga nie widzę problemu. Idąc tym tokiem żaden nie lekarz nie powinien dostawać pieniądzy za to co robi
Wypowiadasz się na podstawie rozmowy z mamą chorego chłopca, czujesz się dzięki temu znawca? Jestem niepełnosprawna od 10 lat. Państwo nie dołożylo ani złotówki do mojej rehabilitacji w tym ośrodku, ponieważ nie jest to rehabilitacja finansowa z NFZ a z ciężko uzbieranych przeze mnie pieniędzy. Gdybym liczyć miała na to, co daje i finansuje Państwo dzisiaj na pewno nie chodzilabym ponownie po urazie. Biznes owszem, nikt się z tym nie kryje. Ty również nie pracował byś za darmo.
Ja słyszałem ze miesięczny pobyt to kilka tysiecy od pacjenta (oczywiście płaci panstwo) wiec właściciel jest nieźle dobroduszny ja też chciałbym tak pomagać.
Trwa rozbudowa Zabajki 2 wiec właściciel zaciera ręce.
Jeżeli chcesz się dorobić to najlepiej na państwowych pieniądzach każdy kto tak robi wie o tym najlepiej i nie narzeka.
Za rehabilitację chorych w zabajce płaci państwo wiec założyciele nie są tak wspaniałomyslni i robią to dla kasy. Wiem to bo kiedyś rozmawiałem z mama chorego chłopca który przyjechał na rehabilitację "pojeździć na koniku".
Takiemu jak Ty też dałbym kopa.
To prawda, nie można mieć się za "brata Alberta" jeśli dorobiło się na ludzkiej krzywdzie i nieszczęściu. Nie rozumiem niektórych komentarzy.
Każdy z nas ma w swoim otoczeniu zarówno ludzi, którzy nas szanują i kibicują naszym przedsięwzięciom, jak i takich, którzy nas nie lubią, mają o nas złe zdanie. Pojawiając się na łamach zlotowskie.pl musimy liczyć się z tym, że te sympatie i antypatie względem nas znajdą ujście. Co do pani Kasi, można powiedzieć, że pomaga chorym ludziom przy okazji zarabiając pieniądze, bo przecież z czegoś musi żyć. Ja powiedziałabym raczej, że znalazła niszę, na której można zarobić. Nie jest to poświęcenie dla chorych, a po prostu dobry biznes.