Reklama

Ponad 90-letni jubilaci mówią o swoim życiu. Wójt odwiedza ich w urodziny

03/08/2017 18:00
Zakrzewo i Lipka mają ciekawą tradycję – od kilku lat wójtowie odwiedzają ludzi, którzy skończyli 90 lat. – To forma podziękowania za to, co zrobili dla gminy – mówi H. Dobrosielski

Z tej okazji odwiedziliśmy jubilatów i spisaliśmy ich historie. Przed Państwem Sybirak Julian Stec i pełna energii Jadwiga Ciepłuch.

Do Ukraińców mam żal

Pana Juliana wójt Przemysław Kurdzieko odwiedza w południe. O tej porze 90–latek czuje się najlepiej. A jednak spotkania tego senior nie pamięta.

– Coś mi dali. Lekarstwo jakieś i ciemny taki jestem

– mówi o lekarzach.

– Nie mogę zapamiętać drobnych rzeczy. Wszystko mi ginie

– dodaje, a na myśl przychodzą ostatnie dni. Na szczęście dawne wspomnienia są na swoich miejscach. Mocno wryły mu się w pamięć.

Reklama

Julian Stec rodzi się 10 stycznia 1927 roku w powiecie tarnopolskim. Jego rodzice są osadnikami na Ukrainie. Tam też zastaje ich wojna. Pierwsze niemieckie bomby zamykają Juliana w szkole. Dokładniej, robią to nauczyciele. I uciekają.

– Musieliśmy ratować się sami. Chłopcy nie mieli większego problemu, gdyż pozdejmowali paski od spodni i po nich zaczęli uciekać, bo klasa była na pierwszym piętrze. Pomogliśmy także dziewczynkom wydostać się po tej linie. Następnego dnia rodzice nie pozwolili nam już iść do szkoły

Reklama

– wspomina staruszek.

Względny spokój trwa do zimy kolejnego roku. 10 lutego, o czwartej nad ranem do domu Steców przychodzi „władza radziecka” – Rosjanin i kilku Ukraińców. Każą się ubierać, odczytują pismo po rosyjsku i mówią o przesiedleniu.

– Zostaliśmy wysiedleni z tego powodu, że  mój ojciec walczył  w I wojnie światowej przeciwko Rosji

– uważa pan Julian.

Każdy może zabrać pięć kilogramów dobytku. Na Steców to jest trzydzieści kg jedzenia, ubrań, pierzyn. Szybko okaże się, że tam gdzie jadą najcenniejsze są te ostatnie. Ładują ich do wagonów. Po trzydzieści osiem osób. W towarowym jest żelazny piec, a pod ścianami drewniane prycze. To mieszkanie Polaków na najbliższe dni. Ile ich będzie?

Reklama

– Ubikacji nie było wcale, tylko przy tylnych drzwiach wagonu dziura w podłodze, która miała za nią służyć. Zrobiliśmy taką zasłonę z koca, która dawała choć trochę prywatności podczas korzystania z toalety. Z naszej stacji wyjechaliśmy w niedzielę, po dwudziestoczterogodzinnym przebywaniu w wagonach

– opowiada mieszkaniec Lipki. Słowa składa powoli, ale pomocą w rozmowie służy córka, a także wywiad, jakiego kilka lat temu udzielił wnuczce Kasi.

W garnku cieplej

Blisko miesiąc podróży to dość, by poznać smak głodu i pragnienia. Do picia i mycia każdemu przysługuje pół litra wody dziennie. – Dzieci, czyli my lizaliśmy żelazne śruby w wagonach, które były pokryte szronem – w czasie podróży na Syberię Julek ma trzynaście lat. Pamięta, że w Kansku Rosjanie otwierają wagony i już ich tak nie pilnują. Nie ma dokąd uciekać.

Reklama

– Mówiono koniec podróży i koniec życia chyba.

Ale koniec wciąż się przesuwa. Dwie doby później Polacy są na ciężarówkach. Odkrytych. A mróz dobija do – 45ºC. Ludzie zakładają garnki na głowy. I dziękują Bogu, że udało im się zabrać pierzyny. Potem jadą jeszcze furmankami, przez zasypane śniegiem bezdroża.

– Po dotarciu na miejsce dano nam zupę i chleb. Przespaliśmy się i czekaliśmy, co się wydarzy, a tymczasem cała służba wyjechała tymi furmankami, którymi nas przywieźli. Zostali tylko palacze i kucharze, którzy pokazali nam jak palić i także odjechali. Zostawili nas samych, na pastwę losu

Reklama

– wspomina pan Julian. Doskonale pamięta dwie deski, które dostaje. W baraku na siedemdziesiąt osób to cenna rzecz. Na nich się śpi, siedzi, to własny kąt.

Je się na przykład trawę. Czasem Rosjanie przywiozą kaszę, ale tłuszczów i mięsa już nie. Głód jest niewyobrażalny.

– Handlowaliśmy z miejscową ludnością, z kołchoźnikami ubraniami, za które otrzymywaliśmy trochę ziemniaków i kapusty

– J. Stec nie zamierza nikogo oszukiwać, zsyłka na Syberię to straszne przeżycie. Albo okropna śmierć. Jemu umiera najpierw mama (sparaliżowana jeszcze przed wywózką), później tata. Julek pracuje, bo ma już trzynaście lat – taki obowiązek. Latem jest pomocnikiem pastucha, zimą pomaga w oborze.

Reklama

Szef junaków

W 1946 roku Julian Stec wraca do ojczyzny. Transport zatrzymuje się pod Szczecinem, w miasteczku Chociwel. Ci, którzy ocaleli na Syberii odgruzowują Szczecin. Dom jest rzadkością, wszystko jest pokruszone jak ciastka na talerzyku. Robota ciężka, a płaca żadna.

– Dniówka nie starczała na bochenek chleba

– żali się lipczanin. Poza tym wszędzie strach, że Niemcy wrócą. Jak zajmować ich domy?

 

Pan Julian jest jednym z najstarszych mieszkańców Lipki. Tu z rodziną i wójtem Przemysławem Kurdzieko

Z myślenia o przyszłości Juliana zwalnia wojsko. W 1948 trafia do służby zasadniczej, potem chwilę mieszka u siostry. W końcu dołącza do młodzieżowej  organizacji Służba Polsce. Buduje Nową Hutę. Jest nawet szefem kompanii, ma pod sobą około stu osiemdziesięciu junaków.

Reklama

– Po 3–4 miesiącach porzuciłem junactwo i poszedłem do wojska. Najpierw przechodziłem szkolenie w Katowicach, gdzie uczyli nas trochę górnictwa, ponieważ nasze wojsko miało za zadanie wydobycie węgla. Tam byłem również szefem kompanii i miałem pod sobą około 240 osób. Pracowało się na trzy zmiany, często zjeżdżałem na kontrolę do kopalni na dół, gdzie pomagałem także w wydobyciu i pilnowałem. Za każdy zjazd kadra dostawała po 100 złotych, więc trochę pieniędzy się zarobiło

– J. Stec kontynuuje opowieść swojego życia. W roku 1959 zostaje magazynierem w dużej składnicy mundurowej w Oświęcimiu, a po jej likwidacji trafia na lotnisko w Debrznie Wsi, gdzie żona rodzi mu dwie córki.

Reklama

Stamtąd już rzut beretem do Lipki. W 1964 roku Stecowie kupują dom przy Leśnej. W latach 90 – tych na Gajowej. To tu pana Juliana z okazji 90 – tych urodzin odwiedza wójt.

– Nie mogę tego zrozumieć do dziś, że więcej mam jak sto lat

– staruszek wciąż się postarza. Czasami zdaje mu się, że ma tych kresek sto dwadzieścia. Chciałby Pan dożyć setki?

– Na pewno, że lepiej żyć, bo nie wiemy co przed nami będzie

– odpowiada i przypomina, że nie tylko władze gminy o nim myślą. Z dumą pokazuje na medal Polonia Restituta, który córka położyła na stole.

Reklama

– Jakie było to Pańskie życie?

– pytam.

– Ciężkie, przerzucali nas jak nikomu niepotrzebne szmaty. Dużo do tej wojny przyczynili się kierujący państwem, którzy jako pierwsi pouciekali za granicę, a nas zwykłych obywateli zostawili na pastwę losu. Do Rosjan to ja żalu nie mam. Więcej do Ukraińców mam. Oni zamordowali mojego kuzyna, a także przyczynili się do naszego wywiezienia

– wciąż rozpamiętuje dawne czasy. Takich rzeczy się nie zapomina.

Mnie się chce latać

– Gryzą?

– rzucam w kierunku staruszki pokazując na dwa rude kundle obwąchujące samochód.

Reklama

– Ta, chyba kiełbasę... – odpowiada wygładzając fartuch.

– Co pani porabia?

– A, telewizję oglądam.

– Warto? Podobno tam dużo kłamią teraz...

– Religią też się interesuję, ale w religii to samo, a w polityce stale się coś zmienia

– Jadwiga Ciepłuch śmieje się z własnych słów. Siadamy na murku przed domem. Od razu widać, że gości lubi, bo bez zachęcania opowiada.

– Ten pies to mieszczuch taki. Pojechali na wczasy, to go tutaj przywieźli. Wabi się Nuka, czy suka, a idź do lasu...

– kobiecina świdruje oczkami jakby sprawdzała, czy jej słowa robią wrażenie.

– Stale się po mnie wspina, wszystkie kieszenie mam poobrywane

– łapie za fartuch demonstrując poszarpany materiał.

– A jak zdrówko? 91 lat stuknęło.

– 92 już leci. Roboty mam od groma i czasu nie mam na nic. Coś przynieść, porobić, ktoś coś do szycia przyniesie, a ja lubię maszyną szyć. Krawcową nie byłam, ale wszystko umnę

– pani Jadwiga gado po naszemu. Kiedyś więcej, że aż redaktory do niej z Poznania przyjeżdżali, kazali gwarą mówić i ją nagrywali, ale dziś wielu słów nie pamięta. Teraz wszyscy tak samo mówią, a po naszemu ino starsi. Nie ma z kim myśli wymienić. Bo też jej Poborcze w polu leży, mało kto tu zajeżdża.

– Nie mam prawa jazdy, ale samochód jeszcze tak. Fabię mam. Pierwszy samochód kupilim jak mielim 60 lat – dużego fiata. A drugi jak mielim 80 lat. Na stacji jeden mówił: ciekawe jak długo ten staruszek pojedzie tym samochodem. I staruszek przestał jechać, bo niesprawność ma. Chleb mu w kosteczkę pokroję, na stole położę i siedzi tam cały dzień, studiuje, czyta, przekłada kartki na kartki

– gospodyni mówi o mężu Leonardzie. Słychać go jak szura po kuchni. No i ruda Nuka ogłasza każdy jego ruch.

– Słyszałem, że Pani to sobie młodego wzięła za męża – podpuszczam staruszkę.

– E tam, pół roku... Rocznik ten sam. Mielim dwa tygodnie temu diamentowe gody

– odpowiada niewzruszona. A mało co, by tej uroczystości nie było. Bo pani Jadwiga męża chciała się pozbyć. Na 60–te urodziny planowała licytację.

–  A nóż ktoś kupi…

– śmieje się bezzębnie. Szczękę nową owszem, ma, ale w szufladzie. Nie ma potrzeby jej nosić. Aparatu słuchowego też nie. Czasami tylko pochyla się do przodu wołając „co?”

– Muszą mi powtórzyć, a przekręcę, to śmieją się ze mnie. Ha, ha, ha. Jak „bierz” to jeszcze słyszę, jak „daj” to gorzej

– i znowu ten wzrok, sprawdza czy się śmieję.

– E, chyba nie chciałaby Pani męża sprzedać, co?

– Uwiązana przez niego jestem, a bym chciała luzu

– rzuca bez namysłu.

– Jechaliśmy do Poznania, zakluczylim go, nie miał nikomu otwierać. Tam mu posmarowałam chleba, dałam placek, zaparzyłam kakaa, pieski na dworze. I przesiedział cały dzień. Przyjechałam o dziesiątej wieczorem.

– To ma Pani luz.

– Lubię jechać. Kiedyś na wycieczki jeździłam z koła gospodyń. Całą Polskę żeśmy objechali. Teraz jestem za stara, żeby daleko jechać. Rowerem do Zakrzewa nie odważę się.

Ostatni tydzień jest dla Jadwigi Ciepłuch jak pobyt w raju. Anioł w postaci siostrzenicy przyjechał z Poznania i wozi ją po świecie. Samotność przepędza.

– Co dzień czekam aż ktoś przyjdzie, jak nie to dzwonię i siostra mnie odwiedzi. Dwie endoprotezy ma, ale przyjedzie jak perszing rowerem. Rano dzwoniła co dzisiaj mamy w planie. Mówiłam, że Bożena [siostrzenica – red] jedzie do Lipki. „To niech po mnie przyjedzie, zabiorę się”. Już koleżanka z Osowca dzwoniła. „Co robisz?” One wiedzą, że jak ta z Poznania jest, to jest samochód i jest latanie

– śmiejemy się, a ja w duchu dziękuje pani Jance z ośrodka pomocy. To ona mnie na Poborcze wysłała.

Tylko przed Panem Leonardem nie ostrzegła. Gdy na koniec wizyty dowie się, że ja z gazety powie: „Przegonić go!” I puści oko. Widać pasują do siebie z panią Jadwigą. A znaleźli się w sąsiedztwie.

– Krzyż pan zauważył gdzie jest?

– teraz to pani Jadwiga pyta.

– Tak.

– Mąż zaraz zza krzyża tu pochodzi.

– Co się w nim spodobało?

– dociekam.

– Tak nic, ale był z gospodarki

– co odpowiedź, to bardziej zaskakująca.

– To co?

– Z większej jak nasza…

– świdruje...

Pan z hadziajów?

Pani Jadwiga, rocznik 1926, przed wojną zdążyła zaliczyć kilka klas. Najpierw na Trolojtach, czyli w Osowcu (pomieszczenie Niemiec dał), a później u sąsiada, Aleksiewicza.

– Mówił, że buduje dla siebie dom, a dał na szkołę. Jak przyszła wojna, to jego pierwszego wysiudali

– wspomina mieszkanka Poborcza.

– 1 września przyszedł Niemiec i powiedział: koniec z polską szkołą! Do domu! Polska szkoła amen!

– mówi o domu, w którym dzisiaj mieszka Grochowski.

Oj, niedobre były jej młodzieńcze lata. Bez zabaw, bez radości. A i po „Hitler kaput” lepiej od razu nie było.

– Po wojnie przyszli tu z tych ciepłych stron hadziaje. Wie pan co to są hadziaje?

– Wiem.

– Pan też jest hadziaj? Czy pół na pół?

– Nie jestem.

– Całkiem nie?

– Dziadek gdzieś spod Lidzbarku przyszedł, a drugi spod Łodzi, sierotą był.

– Poznań to jeszcze nie są hadziaje, a ci spod Rosji już tak. To ruskie tak ich nazwali. Kuda hadziaj, kuda hadziaj. My wiedzieliśmy kto to jest hadziaj? Ukraińców i Rusków tu było dość we wojnie, bo gospodarka musiała się utrzymać, o to Niemcy dbali. To mieli tych niewolników połapanych, Polaków, Ukraińców każdy Niemiec w gospodarstwie miał

– opowiada ze swadą.

– Taka biedota tu waliła z tego Wschodu! Matka mówiła: Matko Boska, co za Polska, buty podarte, słoma wyłazi, Złotów cały oblężony… To siedziało gdzieś na schodach przy domach. Mama mówiła: ksiądz Domański o tę Polskę walczył? Co za Polska? Widzielim, że to pije, chleje, kradnie. Mielim konia, ukradli. Mama mówiła: idź mi z taką Polską!

– Później lepiej było?

– Lepiej, bo w naszą kulturę trochę weszli

– odpowiada machając ręką.

Po wojnie J. Ciepłuch poszła na uniwersytet. Zakrzewski.

– Uczyli normalnie jak w szkole. Profesory dwa byli i jedna pani. Kuczyński, to panu coś mówi?

– Edmund był dyrektorem szkoły w Zakrzewie.

– To ten młody, a mnie stary uczył. On był taki fajny, pamiętam

– później Jadzia dostała się na kolejny uniwersytet, do Radawnicy. Księgowość robiła, dojeżdżała rowerem. Miała pracować w buchalterii w GS–ie w Zakrzewie, ale wolała  zostać sklepową.

– W biurach cicho siedzieć to nudno. A sklepowa musi chodzić

– twierdzi. Tyle, że gdy jej siostra wyszła za mąż, ojciec wezwał ją na gospodarkę. Tę, na której teraz siedzimy. Dom, stodoła, obora, warsztat. W tym prostokącie zamknął się jej świat na lata (nie licząc wycieczek z KGW). Może część z tych bud, jak mówi pani Jadwiga, stawiał jej ojciec, który był murarzem.

– We wojnie bunkry dla Hitlera w Prusach Wschodnich budował 

mówi.

Podwórko w Poborczu, choć odcięte od świata, zawsze tętniło życiem. Aż dudniło śmiechem dzieci. Cudzych.

– Ja miałam robotę i poronienia. A później mama mówiła: e, po co ci dzieci, nas tu tylu jest. Bo siostra była jedna, druga, trzecia, po co będziesz się starać o dzieci. I tak było. Brat się ożenił, to te dzieci były tu. Nas zawsze było pełno. Siostra się z mężem rozeszła, to te dzieci znowu tu byli. Dzieci nie brakło. Teraz wszystko się rozeszło, trochę poumierało. Zostałam ja i młodsza siostra w Buczku. A pogrzebów w rodzinie mielim teraz pełno. Najpierw siostra, później bratowa, kuzynka, teraz siostrzeniec, ten co się tutaj uchował. Teraz już chyba na mnie kolejka...

– nawet to 91–latka mówi jakby z lekkim uśmiechem.

– Gdzie tam. Pani się dobrze trzyma

– protestuję, że wiek to tylko liczba. Liczy się stan umysłu, a ten Jadwiga Ciepłuch ma żywszy niż niejeden młody.

– No, ja nie mam czasu umrzeć. Ja mam roboty! Śniadanie się zje, to, tamto, pokręci i już się myśli co na obiad. Tak idzie naokoło. Nie ma czasu nawet, żeby kręgosłup wyprostować.

– To co Pani robi?

– Pudło oglądam i coś w domu robię. Od pierwszej do drugiej są sędzie rodzinne, później jest sędzia Anna Maria Wesołowska, od drugiej do trzeciej. Paskudna data, bo akurat obiad w tym czasie… Trochę tu jestem, trochę tam, trochę się przypali…

– To się pani podoba?

– No przecie. Lubię jak przyjdą te świadki. Tamten kręci, nic nie winny, ten kręci. Lubię jak ta prawda wychodzi na jaw.

– Jaka jest pani prawda? O życiu.

– Lubię każdemu pomóc, jak mogę. Żeby nie te plecy…

– staruszka już wcześniej poskarżyła się, że od jesieni dokucza jej kręgosłup. A palić musi, po schodach chodzić. Myślała o pójściu do Domu Seniora, budy już siostrzenicy zapisała, a ziemię  wokół wziął sąsiad.

– Dam se radę. Jak nie, to palnę głupa. Ha, ha

– już nie wiem, czy to poza, czy rzeczywiście tak myśli.

– Pani Jadziu, co jest najważniejszego w życiu?

– I miłość, i pieniądze, i szczęście są ważne. Jak bez tego żyć? Nie da rady

– na chwilę poważnieje.

– Podobno pieniądze szczęścia nie dają

– zobaczymy, czy da się złapać na ten frazes.

– No nie, ale kufereczek stóweczek daj Boże. Zna pan to?

– Nie...

– Nie zna pan piosenek? To co pan w ogóle…

Na zakończenie spotkania gospodyni prowadzi mnie do kuchni, żebym zrobił jej zdjęcie, z mężem. Pan Leonard głowę w kaszkiecie pochyla nad kolorową gazetą.

– Coś ciekawego piszą?

– zagaduję.

– Karol Stockinger będzie dziadkiem!

– odpowiada przerzucając kartkę ręką ukrytą w czarnej rękawiczce. Jego wójt już raz odwiedził, w ubiegłym roku. Teraz przyjdzie po raz drugi.

Nasze wizyty, gratulacje i kwiaty to forma podziękowania dla tych ludzi, za to co przez lata uczynili dla gminy Zakrzewo. Jak już te urodziny się zbliżają, to większość z nich wypatruje nas przez okno. Wcześniej się umawiamy, więc się przygotowują – są odświętnie ubrani, przygotowują ciasta...

– mówi Henryk Dobrosielski. Piękny zwyczaj.

Ale ostatnie słowo musi należeć do pani Jadzi. Ona już się martwi, bo niebo zaraz się skończy.

Ta, jeden tydzień już zeszedł, drugi idzie, zaraz będzie sobota, mąż po siostrzenicę przyjedzie i będzie koniec latania. No i siedź babo w chacie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Karo - niezalogowany 2017-08-03 22:23:23

    100lat

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości