Reklama

Powołana do dzieci

23/08/2016 19:00
Z końcem sierpnia dyrektor zakrzewskiego przedszkola przejdzie na emeryturę. Z Grażyną Rutą rozmawia Piotr Steffen

Nie przypominam sobie, żeby ktoś kiedykolwiek narzekał w mojej obecności na funkcjonowanie zakrzewskiego przedszkola. Ma Pani poczucie, że to najlepsze przedszkole w okolicy?

Każde przedszkole ma w sobie coś innego, chociaż rzeczywiście muszę przyznać, że przez wszystkie lata konfliktów wśród pracowników czy z rodzicami nie mieliśmy. Gdy przez lata służbowo poruszałyśmy się po terenie byłego województwa pilskiego, nasze przedszkole było pozytywnie odbierane. Nie chcę być nieskromna, ale rzeczywiście wielokrotnie odbierałyśmy sygnały takiej sympatii. Przez lata przyjmowałyśmy tutaj wiele delegacji, choćby z Francji, Niemiec czy Ukrainy. Każdy, kto tutaj wchodził, mówił, że to jest przedszkole inne od pozostałych. Miejsce, gdzie czuje się specyficznego ducha. Jak oprowadzałam gości, często się tłumaczyłam, że tutaj coś jest wysłużone i wadliwe, tam coś skrzypi, a ci ludzie mówili mi na to, że to jest właśnie to. Że to tworzy indywidualność tego przedszkola.

Mówi Pani „my”, ale spotkałem się z opiniami, że najbardziej to jednak Pani zbudowała markę tej placówki.

Cieszę się, jeżeli tak jest to odbierane, ale prawda jest taka, że to jest zasługa całego personelu, który przez lata pracował w tym przedszkolu. Sama niczego bym nie zrobiła. Faktem jest, że zawsze, ilekroć wprowadzałam w przedszkolu coś nowego, starałam się robić to pierwsza. Nigdy nie żądałam od pracowników, żeby realizowali coś, czego sama nie rozpoczęłam i nie przekonałam się, że można. W zasadzie wszystko, co wprowadzałyśmy trwało przynajmniej kilka lat, więc chyba były to dobre pomysły. Zawsze lubiłam, gdy coś się działo w naszej pracy. Nie tolerowałam monotonii. Chciałam, żeby dzieci dobrze czuły się w przedszkolu, opowiadały w domu, co tutaj robiły, a następnego dnia chętnie do nas wracały. Czasami koleżanki narzekały, że za dużo jest tego wszystkiego, ale przedszkolu chyba wyszło to na dobre. Swego czasu jeździłam trochę po Polsce, nawet po Europie, żeby szukać, podglądać inne, w tym zagraniczne przedszkola i zobaczyć, co można przeszczepić na nasz grunt. To było jeszcze w czasach „dawnego” systemu oświaty, gdy dyrektorzy i nauczyciele mieli do pomocy doradców metodycznych, którzy wiele podpowiadali w kwestii prowadzenia placówek i pracy z dziećmi. Zbierała się grupa z województwa, nawet z Polski i jeździliśmy podpatrywać i się uczyć. Teraz dyrektorzy pozostawieni są sami sobie. Jest niby internet, porady online, ale prawda jest taka, że nic nie zastąpi osobistych kontaktów.

Reklama

Spokojna, uczynna, oddana pracy, ale niezwykle wymagająca, w pierwszej kolejności od siebie – tak o Pani mówią.

Co do tego spokoju, to rzeczywiście nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek na kogoś krzyczała w przedszkolu. Czy na personel, czy na dzieci. Niektórzy dziwili się nawet czasami, że w określonych sytuacjach potrafiłam zachować zewnętrzny spokój. Bywały przecież sytuacje, że wszystko w człowieku kipiało. Ale to nie jest tak, że nie przeżywałam. Taki ze mnie typ, że to wszystko we mnie się kumulowało i wielokrotnie w sobie musiałam przetrawić pewne sprawy. Moje zdrowie na tym niestety ucierpiało. Czasami, co gorsza, odreagowywałam to też na rodzinie.

Wymagała Pani najpierw od siebie tylko ze względów ambicjonalnych, czy chodziło o to, żeby drugiej stronie nie dać argumentów, pretekstu do wytykania i mówienia, że się nie da?

Dokładnie z tych właśnie obu względów. Chociaż prawda jest taka, że zdyscyplinowana byłam zawsze. Od dziecka było tak, że najpierw obowiązki, później przyjemności.

Reklama

Jaka jest największa Pani zawodowa wada?

To, że za dużo chciałam zrobić sama. Wydawało mi się, błędnie oczywiście, że niemal wszystko potrafię najlepiej i nie dawałam czasami możliwości wykazania się innym. Chociaż na pomysły zawsze byłam otwarta, nie byłam w tym względzie dyktatorem.

Ile dokładnie lat minęło Pani w zawodzie i na dyrektorskiej funkcji?

W zawodzie jestem trzydziesty dziewiąty rok. Z tego okresu tylko pięć lat nie byłam dyrektorem. Przez pierwsze dziesięć lat pracy kierowałam placówką w Głomsku, gdzie przez pierwszy rok tylko ja byłam nauczycielką. Dopiero w kolejnych latach pojawiły się praktykantki, studentki, a później inne nauczycielki, m.in. Mariola Tomke, wtedy jeszcze z panieńskim nazwiskiem Kryszkiewicz. Po dekadzie trafiłam do Zakrzewa, gdzie po pięciu latach pracy, na początku lat 90-tych, zastąpiłam panią Krystynę Kwiecień na stanowisku dyrektora.

Reklama

Dlaczego nigdy nie miała Pani kontrkandydatki do tej funkcji? Nie było szans w rywalizacji z Panią?

(Uśmiech)

Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Raz prawie miałam kontrkandydatkę, ale pani, która chciała wziąć udział w konkursie, gdy dowiedziała się, że ja także będę kandydować, nie wystartowała.

Przez lata zdarzało się Pani usłyszeć zastrzeżenia do swojej pracy ze strony kierownictwa gminy?

Nie przypominam sobie żadnych uwag. Mam nadzieję, że nagrody, jakie nasza kadra otrzymywała przez lata, także potwierdzały, że po prostu dobrze tutaj pracowałyśmy.

Jak wspomina Pani głomski okres?

Zawodowo – chociaż był trudny, bo wszystkiego się uczyłam – to jednak najpiękniejszy czas w moim życiu. Oczywiście w Zakrzewie także było dobrze, ale tamta praca była jednak wyjątkową, bo pierwszą. Trafiłam na wspaniałych ludzi, zarówno personel jak i rodziców. Muszę przyznać, że tam naprawdę czułam się jak w rodzinie. Pomimo tego, że pracowałam od rana do wieczora. O 16.00 wracałam do domu, a o 16.30 ponownie miałam w domu dzieci z przedszkola, bo dalej chciały się ze mną bawić. Z kolei wieczorami przygotowywałam się do pracy na kolejny dzień. Nie wiem, jak to wytrzymywałam. Przyjmowaliśmy tam wszystkie dzieci, czasami w grupie było ich trzydzieści pięć. I jeden nauczyciel sam musiał to ogarnąć.

Reklama

Najgorszy zawodowo czas to...


W płatnej części padną odpowiedzi na między innymi takie pytania:

- Papierologia zabija nauczycielstwo? Jest Pani dzisiaj bardziej administratorem niż pedagogiem?

- Prawdziwa jest opinia, że spośród dyrektorów gminnych placówek oświatowych była Pani przez lata najlepsza w zabieganiu o pieniądze dla swojego przedszkola? Mam na myśli dodatkowe pieniądze z gminy, przedsięwzięcia, które organizowaliście w zarobkowych celach czy pieniądze zdobywane w ramach zewnętrznych projektów.

- Będąc nauczycielem, mając więcej doświadczeń niż inni rodzice, jest Pani lepszą mamą niż przeciętni rodzice?

Reklama

oraz szesnaście innych równie ciekawych. Zachęcamy do lektury

[[pay]]

Pierwszy rok w Zakrzewie jako dyrektor. Nie potrafiłam się odnaleźć. Z jednej strony miałam ogrom pomysłów, z drugiej strony po raz pierwszy miałam do czynienia z dokumentacją na taką skalę. To był bardzo monotonny, ciężki rok. Ostatnie lata są niestety pod tym względem zbliżone. To wynika z faktu narastającej biurokracji. Głównie przez te właśnie sterty papierów i dokumenty tworzone w komputerze oraz przez zmieniające się przepisy chyba nie byłabym w stanie dłużej pracować. W ogóle dzieje się coś niedobrego. Kiedyś było między ludźmi więcej zwykłego zaufania. Dzisiaj, jeżeli coś się w przedszkolu zrobiło, na wszystko trzeba mieć dokumenty. Nie wystarczy fakt organizacji wydarzenia i potwierdzenie dzieci czy rodziców, którzy brali w tym udział. Gdy którekolwiek z instytucji nas kontrolują, chcą biurokratycznych dowodów. Wszędzie papiery.

Reklama

Papierologia zabija nauczycielstwo? Jest Pani dzisiaj bardziej administratorem niż pedagogiem?

Tak. Nauczyciele również o tym często mówią. Tymczasem dobry nauczyciel w przedszkolu czy w szkole nie potrzebuje ton „świadectw”, żeby potwierdzić swoją jakość. Wystarczy wejść do jego grupy, zobaczyć, jak zachowują się dzieci, co potrafią, przez kilka minut poobserwować, co tam się dzieje i już wiadomo, czy jest to dobry pedagog. To, co zawsze w tej pracy najbardziej cieszyło, kręciło, czyli obcowanie z dziećmi, coraz boleśniej spychane jest przez dodatkowe, często zbędne obowiązki. Przez ostatnie lata nieustannie musiałam coś dla kogoś pisać. Gdy zaczynałam pracę w Głomsku, miałam jedną teczkę. Dzisiaj mam szafy pełne segregatorów. Nie zmienia to jednak faktu, że ze względu na dzieci ten zawód wciąż wymaga przede wszystkim powołania.

Pani je miała?

Jestem przekonana, że tak. Również po latach nie wyobrażam sobie innej pracy. Nawet jako nauczyciel w szkole, gdzie pracowałam kiedyś krótki czas na zastępstwie. Gdy trzeba było wystawić ocenę, przeżywałam horror. Miałam oceniać tylko wiedzę, ale od razu widziałam wszystko: dziecko, jego rodzinę, warunki, w jakich mieszka i w jakich się uczy, całą tę otoczkę z tym młodym człowiekiem w środku. I jak tu obiektywnie oceniać? Muszę też przyznać, że przez lata miałam szczęście do dobrych współpracowników, nauczycieli, którzy rzeczywiście sprawdzali się w tym zawodzie.

Reklama

Prawdziwa jest opinia, że spośród dyrektorów gminnych placówek oświatowych była Pani przez lata najlepsza w zabieganiu o pieniądze dla swojego przedszkola? Mam na myśli dodatkowe pieniądze z gminy, przedsięwzięcia, które organizowaliście w zarobkowych celach czy pieniądze zdobywane w ramach zewnętrznych projektów.

Nie chcę nikogo oceniać, nie chcę też porównywać placówek. Faktem jest natomiast, że poprzez różne formy wsparcia sporo zarabialiśmy przez lata dla przedszkola. Niemal każdego roku było to kilkanaście tysięcy, a czasami pieniądze były liczone w dziesiątkach tysięcy złotych rocznie. W gromadzeniu i pozyskiwaniu funduszy pomogło nam reaktywowane przedszkolne koło Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, dzięki któremu nie tylko pomagaliśmy najbardziej potrzebującym maluchom, ale też zdobywaliśmy fundusze na polepszenie warunków pobytu dzieci w przedszkolu . Wszystko wydawaliśmy oczywiście z myślą o dzieciach, na zakup wyposażenia lub remonty. To stary budynek, więc w zasadzie co roku zakres wymaganych prac jest dość spory. Dlatego marzy mi się, że kiedyś również nasza placówka doczeka się jednorazowego, kompleksowego remontu, sfinansowanego przez gminę, podobnie jak teraz dzieje się z zakrzewską szkołą. Zabawy, kiermasze, festyny, a dawniej również występy naszego teatru pozwalały nam zdobywać pieniądze. Z udziałem nauczycieli, ale przede wszystkim rodziców. Nawet na marchew i porzeczki jeździliśmy, żeby obniżyć koszty pobytu dzieci w przedszkolu.

Ile maluchów przewinęło się przez Pani ręce przez te blisko czterdzieści lat?

Nigdy nie liczyłam. Na pewno tysiące. Z pierwszych roczników jest m.in. Arletta Tymińska, obecna dyrektor Szkoły Podstawowej w Zakrzewie.

Reklama

Dzieci i rodzice – czy oni zmienili się przez te cztery dekady?

Tak. Kiedyś dzieci były spokojniejsze, potrafiły same organizować sobie zajęcia, bawić się ze sobą w bardzo prosty sposób. Teraz też potrafią, ale jednak to są inne zabawy. Kiedyś dzieciom wystarczyły zwykłe drewniane klocki, aby bawić się w grupie. Dzisiaj zabawy są głośne, jest przy tym dużo hałasu, takiej wybuchowości. Dzieci generalnie są bardziej nerwowe, nadpobudliwe. Dawniej nie dochodziło do sytuacji, że dziecko denerwowało się na nauczyciela, tupało na niego nogami czy krzyczało. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Z drugiej strony obiektywnie trzeba przyznać, że obecne dzieci są żywsze, bystrzejsze, dociekliwsze, mają większą wiedzę. Nawet te najmłodsze potrafią zaskoczyć nauczycieli wiedzą, także praktyczną. Rodzice też są inni. Bardziej wymagający. Wiele oczekują od przedszkola, ale czasami mniej dają od siebie. Niekiedy to jest zbyt roszczeniowa postawa. Niestety czasami widać, że rodzice mają w domach mniej czasu dla dzieci. Na szczęście wciąż wielu jest takich rodziców, którzy są w pełni zaangażowani. Także w funkcjonowanie przedszkola. Bez nich wielu rzeczy nie bylibyśmy w stanie zrobić.

Co w tej pracy jest najtrudniejsze?

Umieć w grupie indywidualnie dotrzeć do każdego dziecka. To jest sztuka. Żeby mieć rezultaty w tej pracy trzeba poznać każde dziecko. Dlatego nauczyciel powinien pracować z dziećmi od pierwszego do ostatniego roku ich obecności w przedszkolu. Mój mąż czasami żartuje, że ja chodzę do pracy żeby się tylko bawić. Zawsze mu wtedy odpowiadam: przyjdź i się pobaw.

Reklama

Będąc nauczycielem, mając więcej doświadczeń niż inni rodzice, jest Pani lepszą mamą niż przeciętni rodzice?

Zawsze byłam bardzo wyrozumiałą matką, ale czy lepszą? Moja córka miała to nieszczęście, że chodziła w przedszkolu do mojej grupy. To były te czasy, kiedy do pani trzeba było mówić pani, a nie mamo czy ciociu, jeżeli między dzieckiem a nauczycielką zachodziły takie koligacje. W przedszkolu córka nie miała ze mną najlepiej. Nie pytałam jej, a ciągle zgłaszała się do odpowiedzi. Wiedziałam, co wie i chciałam dać szansę innym dzieciom, więc siłą rzeczy spychałam ją nieco w ten sposób na bok, co pewnie było dla niej przykre. Jak to mówią, czasami najciemniej jest pod latarnią. Chyba również dlatego mam poczucie, a może nawet małe wyrzuty sumienia, że przedszkolu poświeciłam zbyt wiele.

Osobny rozdział historii przedszkola to działający przy nim teatr.

To jedno z najpiękniejszych wspomnień. Teraz teatry rodziców są niemal w każdej placówce. Gdy my zaczynaliśmy w latach dziewięćdziesiątych, to była absolutna nowość. Teatr funkcjonował przez kilkanaście cudownych lat. Przygotowywaliśmy przynajmniej jeden spektakl rocznie, premiera zawsze była dla dzieci z naszego przedszkola. Łącznie zagraliśmy kilkaset przedstawień, bywały sezony, że wystawialiśmy je po kilkadziesiąt razy. Nawet kilka tygodniowo. Śp. Teresa Pydyn była naszym nieformalnym prezesem. Łącznie przez lata w działalność teatru była zaangażowana grupa około sześćdziesięciu osób, głównie rodziców i nauczycieli. Braliśmy również udział w konkursie rozpisanym przez telewizję na ciekawe formy współpracy z rodzicami i nasz teatr zdobył uznanie, za co otrzymaliśmy pokaźny karton klocków lego. Wówczas miało to swoją wymowę i wartość. Za pierwszym razem chcieliśmy zrobić tylko jedno przedstawienie, tymczasem projekt w nieoczekiwany sposób wymknął się spod kontroli i tak się rozwinął, że żył już później swoim życiem. Wszyscy byli chętni do pracy, towarzyszyła nam bardzo twórcza atmosfera. Powiem nawet, że odkryliśmy wiele talentów, jak choćby wspomniana Tereska czy śp. Ela Gniot. Ludzie brali urlopy w pracy, żeby jechać i występować. Bywało, że ktoś musiał za nas zostać z dziećmi w przedszkolu. Dzisiaj są to rzeczy nie do pomyślenia. To było nasze dodatkowe życie. Występowaliśmy w przedszkolach, ośrodkach kultury, po okolicznych wioskach, ale również w regionie: Jastrowiu, Krajence, Okonku, Miasteczku Krajeńskim, Czarnkowie, Pile, a także w Poznaniu. Stroje, dekoracje, dojazdy, wszystko robiliśmy i finansowaliśmy sami. To są nieocenione wspomnienia, ponieważ powstały na cudownych międzyludzkich relacjach.

Reklama

Dlaczego coś tak wspaniałego dobiegło końca?

Ponieważ zachorowała i zmarła Tereska Pydyn. Z jej odejściem nie było już tego ducha. Po piętnastu latach ludzie chyba byli też już zmęczeni. Poza tym przyszła pora, kiedy wszędzie zakładano takie teatry i nas już to mniej pociągało. Ale mamy satysfakcję, że w naszym regionie byliśmy w tym względzie prekursorami.

Czy w pracy kiedykolwiek przeszkadzała Pani samorządowa działalność męża? Jest stanowczy, może nawet despotyczny, niekiedy wchodzi w sporne czy wręcz konfliktowe sytuacje z osobami, z którymi Pani współpracuje. Czy przeszkadzało to Pani, rzutowało na Pani pracę? Denerwowała się Pani czasami na męża za te rzeczy?

Gdy dotyczyło to oświaty czasami myślałam sobie, że mógł powiedzieć o jedno czy dwa zdania mniej. Generalnie mąż zawsze starał się dystansować od przedszkola. I uważam, że mu to wychodziło. Niekiedy wręcz sugerowałam, że powinien ingerować w sprawy kierowanej przeze mnie placówki, ale on konsekwentnie raczej unikał takich sytuacji. Muszę szczerze przyznać, że jego działalność nigdy nie wpływała na mnie, na moje relacje z innymi osobami. Nigdy nie miałam z tego powodu kłopotów czy choćby nieprzyjemności. Natomiast w samej pracy mąż niejednokrotnie mi pomagał.

Jeszcze do niedawna prowadził prywatną działalność, od jakiegoś czasu jest kierownikiem biura Związku Gmin Krajny. Pani z kolei jest dyrektorką, więc macie pod dachem dwa silne charaktery. Kto rządzi w domu?

To działa na zasadzie kompromisu. Każdy odpowiada za swoje obowiązki. W każdym razie ja trzymam kasę (śmiech). Oczywiście kluczowe decyzje podejmujemy wspólnie.

Jako rodzic mąż próbował kiedykolwiek równać się z żoną-matką, która z racji wykonywanego zawodu ma tak duże doświadczenie w wychowywaniu dzieci?

Pod tym względem również się uzupełnialiśmy. Mąż jest typowo ścisłym umysłem, więc np. to właśnie on pomagał dzieciom w nauce, zwłaszcza w przygotowaniach do matury czy egzaminów na studia. Przeżywałam wtedy horror (ponownie śmiech), ponieważ mąż nigdy nie praktykował zasad wychowawczych, które przez lata mi wpajano i które stosowałam. Muszę przyznać, że zawsze mnie podziwiał za to, że mam cierpliwość do dzieci i mogę z nimi pracować.

Kiedy będzie już Pani miała więcej czasu na emeryturze, będzie Pani chciała zastąpić go w roli radnego z waszego okręgu?

Absolutnie nie.

Na emeryturę wspólnie z Panią wybiera się inna nauczycielka, Lucyna Komorowska – nie za dużo wasze przedszkole na raz straci na jakości?

Jestem spokojna. Zostają tutaj młode nauczycielki, z dobrym podejściem. Mam zaufanie do tych, którzy tu pracują. Niczego nie mogę być oczywiście pewna, ale argumenty przemawiają za tym, że ta kadra powinna dać radę.

Przez te wszystkie lata miała Pani w swojej kadrze nauczycielkę, która była dla Pani podporą?

Współpracowałam z wieloma znakomitymi nauczycielkami, choćby wspomnianą Lucyną Komorowską czy Bożeną Włodarczyk, ale szczególne miejsce zajmowała z pewnością śp. Ela Gniot, zdecydowanie nauczycielka z prawdziwym powołaniem.

To prawda, że to właśnie pani Ela miała zastąpić Panią na stanowisku dyrektora?

Tak. Jej choroba i śmierć pokrzyżowały te plany. Zanim podjęłam decyzję, że przejdę na emeryturę, mieliśmy rozmowę w gronie rady pedagogicznej. To było już kilka lat temu. Gdyby Ela została dyrektorką, już dawno nie byłoby mnie na tym stanowisku. Zrezygnowałabym wcześniej.

Dlaczego do konkursu wybrałyście ze swojego grona młodą Hannę Lalik, a nie którąś z bardziej doświadczonych nauczycielek?

Kilka nauczycielek rozważało taką możliwość, ale żadna się nie zdecydowała. Zgodziła się jedynie Hania. Żeby mogła zostać dyrektorem, musiała osiągnąć stopień nauczyciela mianowanego i dodatkowe kursy. Kiedy definitywnie określiła się, że przystąpi do konkursu, powiedziałam, że tyle zaczekam jeszcze z przejściem na emeryturę. Dlatego miała czas, żeby się przygotować. Znam Hanię, przyjmowałam ją do pracy. Uważam, że sprawdzi się i spełni na tym stanowisku. Przez kolejny rok będę jeszcze miała w przedszkolu kilka godzin zajęć tygodniowo jako nauczyciel, więc jeśli będzie potrzebowała pomocy, może na mnie liczyć.

Pożegna się Pani z funkcją dyrektora spełniona?

Tak. Wiadomo, że wszystkiego w stu procentach nie dało się zrobić, ale większość zaplanowanych rzeczy dokonałyśmy. Mam poczucie, że zainspirowałam nauczycielki do wielu działań i mam nadzieję, że będą je kontynuować. Pewnie po cichu czasami na mnie narzekały, ale włoskiego strajku nigdy mi nie zrobiły (uśmiech).

Jakie ma Pani plany na emeryturę?

W pierwszej kolejności zabrać się za archiwum rodzinnych zdjęć, a także regularnie nadrabiać książkowe zaległości. Lubię też ruch, dlatego chcę trochę popracować nad sobą także w tym względzie. Byle tylko  zdrowie dopisywało.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    iza - niezalogowany 2016-08-24 17:11:59

    Dobrze byłoby aby Pani założyła prywatne przedszkole w Złotowie ,takie fajne,podobne do tego w Zakrzewie.Niektórzy rodzice nie zdążą odebrać dziecka do 16-tej.Mógłby być czas przedłużony ? lub ruchomy?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości