O wierceniu dziury w brzuchu, planowanej rezygnacji, braku tolerancji dla podziałów i krytyce serwowanej w słusznych sprawach z Adamem Dzbukiem, radnym jastrowskiej rady miejskiej rozmawia Patrycja Kajewska
W radzie miejskiej pracuje Pan po raz pierwszy, ale już wcześniej, jeszcze przed rokiem 1990, angażował się Pan w politykę.
Działałem w strukturach jedynej słusznej wówczas partii, ale ""amatorsko"". Byłem sekretarzem zakładowym. Po roku 1990 nigdzie oficjalnie nie działałem, ale praktycznie przez cały czas uczestniczyłem w życiu gminy.
Więc jest Pan w samorządowej formie?
Owszem, tak jest zawsze, kiedy żyje się wśród ludzi i dla ludzi, a nie dla pieniędzy. One nigdy nie były dla mnie celem, zawsze tylko środkiem do celu. Muszę powiedzieć, że zawsze leżało mi na sercu dobro gminy. Jedyne, z czym mogę nie być na bieżąco, to przepisy, które się nieustannie zmieniają. Troszkę trzeba się w tej materii przystosować.
Panie Adamie, nigdy nie owija Pan w bawełnę. Kiedy niektórzy radni zastanawiają się, czy warto wypowiedzieć kontrowersyjny pogląd, kalkulują, Pan po prostu to robi. Ma Pan ostry język.
Fakt, nie jestem dyplomatą. Moja żona mówi, że raczej paplą. To prawda – powiem wszystko, co pomyślę. Może nie zawsze, ale w sprawach dotyczących gminy nie mam skrupułów. Nie obchodzi mnie to, czy ktoś się będzie na mnie gniewać, czy nie. Sprawy publiczne powinny być ponad znajomościami. To, że poróżnię się z kimś na przykład podczas sesji nie oznacza, że tak będzie również na gruncie prywatnym, bo to źle świadczyłoby o człowieku. Zdaję sobie sprawę z tego, że często mówię rzeczy kontrowersyjne, ale jeśli to służy gminie i obywatelom, to nie mam sobie czego wyrzucać. Działamy dla społeczeństwa, dlatego nie ma się co okopywać w żadnej z grup, w grupie Wojtiuka czy Ludwisiaka. Powtarzam: musimy pracować dla ludzi. Jeśli ma być inaczej, to dajmy sobie spokój.
Pan nie opowiedział się po żadnej stronie.
Bo nie rozumiem i nie toleruję podziałów. Z każdym mogę podyskutować.
I nigdy nie był Pan kuszony, by się zadeklarować po stronie jednej czy drugiej grupy?
A pewnie, że byłem, jeszcze podczas kampanii. Startowałem z listy Antoniewicza, dlatego, że zawsze optowałem za partią będącą pochodną PZPR, czyli za SLD. Do startu zostałem namówiony. W sumie powód był jeden – kanalizacja Samborska. Nie mogłem znieść, że obywateli traktuje się w gminie niejednakowo. Ludzie z Samborska, z bloków, płacą za wywóz szamba 24-25 zł/m³, podczas gdy średnia gminy to 6 zł. Dlatego niektórzy nie płacą, a rzeczka... sama Pani wie. Cuchnie z daleka. Zdecydowałem się na start, żeby dopilnować kanalizacji. I nawet miałem pomysł, że jeśli w tym roku inwestycja się nie zacznie, to na własny koszt najmę kancelarię adwokacką i „wydębimy” z gminy dodatek wyrównawczy dla tych mieszkańców. Nie ma powodów, by byli oni traktowani gorzej. W radzie też nie dałem się zwieść żadnej ze stron. Dla mnie nie ma czegoś takiego jak podział na grupy wpływu, nie chcę nawet o tym słyszeć. Kampania się skończyła, każdy powiedział, co powiedział i tyle.
Mieszka Pan w Jastrowiu, a z Samborskiem wiąże Pana firma, zresztą bardzo dobrze prosperująca – gospodarstwo rolno-przemysłowe o powierzchni blisko tysiąca hektarów. To wystarczy, by reprezentować mieszkańców tej wsi?
Wie Pani, ja w Samborsku zaczynałem. Po stażu, w 1969 roku, zostałem tu agronomem. Potem, kiedy powstały gospodarstwa zbiorcze pracowałem w kombinacie PGR Jastrowie jako zootechnik, ale ostatecznie do Samborska wróciłem. I już zostałem na zawsze. Jak rozwiązali PGR, to w 1993 na wiosnę zaczęliśmy montować spółkę pracowniczą. Nie mieliśmy wyjścia, trzeba było coś robić. Było nas najpierw 16 osób, w końcu 10, bo część się wycofała. Od razu powiedziałem, że będę kierować, zresztą miałem pakiet większościowy. Tak musi być, bo tam gdzie wszyscy mieli po równo spółki szybko się kończyły. Musi być lider z wizją i energią do działania. Wracając do pytania – do domu, zwłaszcza w okresie żniwnym, wracam na nocleg. Zresztą moimi długoletnimi pracownikami są mieszkańcy Samborska, więc znam problemy wsi. Na początku powiedziałem im, że kto chce pracować w Samborsku, znajdzie tu zatrudnienie do emerytury czy – nie daj Boże – renty.
[[reklama]]
To gdzie tu czas na bycie radnym?
W tzw. ""międzyczasie"". Mam nienormowany czas pracy, więc tak nim zarządzam, by znaleźć go na wszystko. Zresztą moi pracownicy wiedzą, co do nich należy, nie trzeba nad nimi stać. Mam też do pomocy syna, który zajmuje się w firmie organizacją pracy, logistyką oraz nadzoruje dział mechaniczny. Jest absolwentem Wydziału Mechanicznego Politechniki Szczecińskiej. Na rzecz firmy poświęca wiele czasu i mogę na niego zawsze liczyć.
Zaskakujące jest, że nie uczestniczył Pan w oficjalnym życiu gminy czy wsi, a wygrał z wieloletnią sołtys Elżbietą Magdą. Po zmianach okręgów wyborczych na bocznym torze znalazł się też Wojciech Sakowicz z Brzeźnicy, wcześniej również reprezentujący w radzie Samborsko. Wydawało się, że on ma pozycję nie do ruszenia.
Nigdy nie pchałem się do rady za wszelką cenę. Niektórzy wydzwaniali do każdego domu, roznosili ulotki, a ja dałem ludziom wolny wybór. Wszyscy mnie tu znają, więc pomyślałem, że jeśli będę im pasować, to mnie po prostu wybiorą. Niektórzy myślą, że jestem bogaty i obawiali się, że będę sobie np. próbował umorzyć podatki. Nie jestem bogaty, choć nie jestem też biedny. Nie mam pieniędzy, bo nie lubię ich odkładać na kupkę. Całe życie inwestuję. Było to o tyle trudne, że ani złotówki nie dostałem z PROW, bo kiedy było to możliwe to nie miałem zdolności kredytowej, a kiedy już ją uzyskałem, to ustawa zabroniła korzystać z nich tym, którzy mają więcej niż 300 ha. Mój majątek mógł komuś przeszkadzać, ale ostatecznie mi zaufano. Wygrałem o włos – Elżbieta Magda miała tylko 6 głosów mniej. Co do Wojtka Sakowicza – on podpadł, bo chciał mieć trochę samodzielności bez konsultacji z mieszkańcami. Poza tym nawet męska przyjaźń z władzami nigdy nie jest dobrze odbierana. Radny będący w opozycji zawsze jest ciut lepiej postrzegany.
Czyli Pan jest na dobrej pozycji.
Nie powiedziałbym, że jestem w opozycji. Jeśli trzeba poprzeć burmistrza, bo ma rację, to robię to. Więcej, uważam, że obecny burmistrz jest dobrym gospodarzem, zwłaszcza w porównaniu do poprzednich władz samorządu. Dla przykładu: upłynęło tyle kadencji, a ponad dwutysięczne Sypniewo do dzisiejszego dnia, nie ma sporządzonego projektu kanalizacji. Myślę, że to jest poważny minus poprzednich władz samorządowych. Obecny burmistrz zaplanował sporo środków na wykonanie projektów ważnych dla społeczności miasta i gminy Jastrowie.
O kanalizację w Samborsku pyta Pan na każdej sesji. To zadanie to był Pański wyborczy cel – on właśnie się ziszcza. Mamy początek kadencji, więc co dalej?
Szybko poszło, bo o tę kanalizację wierciłem władzom dziurę w brzuchu jeszcze nie będąc radnym. Cel udało się osiągnąć, więc po dwóch latach zamierzam zrezygnować z funkcji radnego. Niech ktoś młodszy przyjdzie. Ja już za stary na to jestem, mam 70 lat. Całe szczęście, że opatrzność jeszcze trzyma mnie w zdrowiu. Czasami sam siebie za to podziwiam.
Nie czuje Pan, że zawiedzie tą decyzją swoich wyborców?
Nie, oni o tym wiedzieli od początku. Wiedzieli, że jak wypełnimy plan to zrezygnuję. Zresztą pożyjemy, zobaczymy jakie jeszcze wyzwania życie przyniesie.
Ma Pan kogoś na oku na swoje miejsce?
Może Elżbieta Magda? Ona ma wyższe wykształcenie, jest niezależna, komunikatywna, ma prawo jazdy... Żeby jeszcze miała odwagę ostro się wypowiedzieć. Czasami trzeba krytykować, a nie wiem, czy ona da radę.
Zmieniając temat. Jest Pan naczelnym obrońcą szkoły w Jastrowiu. Wierzy Pan, że uda się zwerbować uczniów do dwóch klas i utrzymać szkołę?
Po wystąpieniach starosty – boję się, że nie. Nie ma jasnego przekazu, uczniowie, ich rodzice nie wiedzą, co będzie. Ale dopóki starczy sił, nie odpuszczę. Z oświatą powinno być jak z gospodarstwem. U mnie też jednego roku świnie drożeją, innego tanieją, ale nie likwiduje się od razu hodowli. Gdybyśmy mieli takie podejście to wszystko trzeba by było zlikwidować. Czasami zły czas trzeba po prostu przeczekać.
Wierzy Pan słowom starosty, który zapewnia, że również nie chciałby likwidacji, ale w jej kierunku pcha m.in. niż demograficzny?
Starostę Powiatu Złotowskiego, Ryszarda Goławskiego, znam od dawna, również na gruncie prywatnym. Jest rolnikiem, a rolnicy dotrzymują słowa. Skoro więc na ostatniej sesji Rady Miejskiej powiedział, że nie dopuści do likwidacji szkoły średniej w Jastrowiu, to nie mam prawa mu nie wierzyć. Wprawdzie w powiecie ma oponentów w postaci skarbnika, który mówi, że nie ma pieniędzy, dyrektora Hencla, który mówi, że nie może dopiąć budżetu, jednak liczę na to, że dotrzyma obietnicy. Oczekuję również poparcia naszych radnych w powiecie, wybranych przez społeczność gminy i miasta Jastrowie, którego do tej pory nie zauważyliśmy. Jedynie pani Monika Król próbuje w tym zakresie coś robić. Broni nas za to bardzo silnie radny Romuald Duszara, radny z Okonka, który chciał debaty na ten temat, ale pomysł został utrącony.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze