Reklama

„Rolniczak” skończył 70-tkę

22/10/2015 06:05
Wyścigi ciągników, walki na ziemniaki i kierownik goniący cię na rowerze. „Rolniczak” zapamiętam na zawsze. Tak jak wiele pokoleń innych jego absolwentów

7 października dawny Zespół Szkół Rolniczych obchodził rocznicę istnienia. Jak powiedział podczas uroczystości emerytowany nauczyciel historii Bolesław Piotrów, „Jesteśmy społeczeństwem – jak chyba żadne inne – zafascynowanym przeszłością. Tą najbliższą i tą bardzo odległą. A jednocześnie rzetelna znajomość historii nie jest najmocniejszą stroną Polaków.” Dlatego nie będę pisać o datach. Czas mija, a w pamięci najmocniej zapisują się osoby i sytuacje. O ludziach „Rolniczaka” będzie więc ten tekst.

Siłą „Rolniczaka” były hektary. Po wojnie miał ich ponad 500, gdy ja poszedłem na pierwszą praktykę było ich niespełna 30. Czuwał nad nimi Jan Ceranowski. Były ciężarowiec trzymał się prosto i twardą ręką zarządzał warsztatami. Formalnie był kierownikiem, ale wiedzieliśmy, że jeśli chce się z nim coś załatwić (np. zwolnienie z części praktyki), trzeba zwracać się do niego Panie Dyrektorze. Mówiliśmy: panie kierowniku, a on sucho: słucham. Poprawialiśmy się: Panie Dyrektorze, a on z uśmiechem: tak chłopcy? Działało zawsze.

Reklama

Jan Ceranowski był postrachem uczniów, ale my wiedzieliśmy, że nie taki diabeł straszny. Kiedyś jechaliśmy z kolegą „ciapkiem”. Adam za kierownicą, ja na błotniku (ach, ta młodość, BHP miała w pogardzie), a pan Jan za nami na swojej „ukrainie”. Stój! Stój! My gaz. Dopadł nas na zakręcie i zdyszany wydusił: Nie gazuj tyle, nie gazuj...

Innym razem zapędził moją klasę do roboty. Mieliśmy ładować obornik na rozrzutnik. Ustawiał nas w rzędzie, gdy ktoś zapytał: a dostaniemy ładowacz?(wiedzieliśmy, że jest do dyspozycji). Co na to J. Ceranowski? Tak. Ładowacz – szybko nas policzył – ładowacz, sztuk dwanaście.

Reklama

Skoro mowa o nauce sadzenia, siania i pielenia, nie sposób nie wspomnieć o efekcie echa. Jan Ceranowski przydzielał każdemu uczniowi grządki marchwi do pielenia. Odliczał: raz, dwa, trzy, cztery. Za nim szli Jan Okarma i Medard Kajewski, i każdy odliczał tak samo. Panowie słynęli z powtarzania, stąd pseudonim tego ostatniego - „Echo”.

Kaganek oświaty

Jedną z ikon „Rolniczaka” jest świętej pamięci Tadeusz Wójcik. Historyk z zamiłowania, nieco ekscentryczny, ale bardzo lubiany. Miłośnik map. Gdy tylko któraś z nich pokazywała wyszczerbiony koniec, on szukał sposobu, by ją naprawić. Tu pomocni byliśmy my. Za naprawienie mapy można było dostać trójkę, dwóch - czwórkę. Jednego z moich kolegów ratowała tylko piątka. Po pytaniu, ile zrobi map, zapadła długa cisza, a potem on (nieco flegmatyczny i skryty) wypalił: pięć. Jak on zawiódł profesora, gdy przeniósł się do innej szkoły, a mapy zostawił rozdarte...

Reklama

Konikiem T. Wójcika były starocie – tak my je nazywaliśmy, nie doceniając ich wartości. Żelazka z duszą i lampy naftowe gromadził bez opamiętania. No i wspaniale opowiadał kawały tłumaczone naprędce z niemieckiego, który profesor znał perfekcyjnie.

Pamiętam nauczycielkę jednego z przedmiotów ścisłych. Nie podam nazwiska, bo ta mierna naprawdę się koledze nie należała. Pani pytała ucznia na koniec roku – taki nieformalny „komis”. Ostatnia szansa. Pytania były coraz łatwiejsze, a on nic. W końcu nauczycielka stwierdziła: I co ja mam teraz z tobą zrobić? Postawię ci jedynkę, ale za tydzień wyjeżdżam do sanatorium, a ty napiszesz podanie o „komisa” i będę musiała z sanatorium przyjechać... Masz ten mierny.

Reklama

Trzyj znaki, ruszaj wajchą

W „Rolniczaku” było najtańsze prawo jazdy w mieście. Za darmo był instruktor, paliwo, auto, plac manewrowy, nauka teorii – my musieliśmy tylko zapłacić za egzamin. Pamiętam jak dziś – 85 złotych za auto i ciągnik (dyrektor Krystianiak straszył nas, że kto nie zdobędzie prawka na ciągnik, ten nie zda do następnej klasy). Wystarczyło więc słuchać instruktorów. A rady były przednie. Koleżanka, która nie zauważyła znaku, musiała wysiąść, wziąć szmatkę i go wypucować. Następnym razem go nie przeoczy. Kolega, który regularnie i niemiłosiernie skrzypiał skrzynią biegów dostał radę, by w domu potrenował sobie swoją wajchą...

Z bólem brzucha

Wspominając lata spędzone w „Rolasie” nie mogę nie wspomnieć mojej klasy – ludzi, przez których codziennie bolał mnie brzuch. Każda okazja do żartu i wygłupów została wykorzystana. Walka na ziemniaki z „tiśimką” (oczywiście zawsze zwycięska), przepychanie się ciągnikami, gdy Pan Dyrektor wyjechał, gra w błocie plastikową butelką w piłkę – wszystko to chwile niezapomniane.

Reklama

Kiedyś bliska mi osoba powiedziała, że żałowała zawsze, że nie trafiła do „Rolniczaka”, bo tam było najweselej. Święta prawda. Ta szkoła zawsze będzie we mnie budzić uśmiech.

Więcej zdjęć z wydarzenia w galerii:

[[gal=11727]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości