
Długo nie mogłem uwierzyć, że blond aniołek na tym zdjęciu to pan Zbigniew w dzieciństwie
Gdy miał trzy latka był dziewczynką. Długie blond loki i oczy w ciemnej oprawie mogły zmylić każdego. - Mamusia chciała mieć córeczkę – Zbigniew Niewiadomski pokazuje swoje pierwsze zdjęcie. Wykonał je fotograf Bolesław Goszczyński, który mieszkał, tak jak rodzina Niewiadomskich, przy placu Wolności. Na szczęście na kolejnym zdjęciu, z początku lat 60-tych, pan Zbigniew nie pozostawia złudzeń co do płci. - Obejmuję na nim Terenię Mikołajczyk, moją sąsiadkę. Już wtedy ją podrywałem – śmieje się 62-latek.
Jedna z najstarszych rodzinnych fotografii przedstawia ojca naszego rozmówcy – Czesława. - Był ułanem, brał udział w bitwie nad Bzurą – chwali rodziciela pan Zbigniew. - A tu rok 1961. Przeskakuję przez płot, prawie jak Wałęsa – zdjęcie to wykonano pierwszym aparatem Z. Niewiadomskiego – Druhem. Zbyszek zbierał na niego przy pomocy Szkolnej Kasy Oszczędności. Uciułał 105 zł i od razu wydał je na polski aparat. - Nie miałem do fotografii zacięcia. Pobawiłem się i aparat poszedł w kąt – pan Zbigniew zaskakuje mnie po raz pierwszy.
By dojść do pracowni trzeba pokonać dwa rzędy schodów i masę staroci. Marmurowego francuza, czyli zegar z Belgii i jednowskazówkowy czasomierz szwarcwaldzki z... [[pay]] drewnianymi trybami. Na półpiętrze kusi czarnym błyskiem maszyna do szycia Stoewer, a obok niej odpoczywa żelazko z duszą. A pracownia? Od progu upaja zapachem terpentyny. - Taka woń artystyczna. To jest moja dziupla, nawet tu posypiam – mówi gospodarz, otwierając przed nami duszę zbieracza.

Jedno z pierwszych rodzinnych zdjęć wykonanych Druhem. Rodzina Niewiadomskich w ogrodzie
Rzeczywiście suka Kaja od razu zajmuje miejsce na łóżku pod skośną ścianą. Może liczy na sen? - Czasami postawię sobie aparat przy łóżku, obiektywem do mnie i wtedy śnią mi się różne dziwne rzeczy. Aparaty przekazują mi to, co widziały – twierdzi właściciel kolekcji składającej się z ponad stu marzeń fotografików z przestrzeni blisko 150 lat. - Jednego aparatu nie cierpię, bo prawdopodobnie był świadkiem zdarzeń wojennych. Śnią mi się przy nim koszmary, leje się krew. Schowałem go na półkę – Z. Niewiadomski wyjaśnia, dlaczego wspomniany egzemplarz nie leży na stole pod dekoracją ze starej trąbki i drewnianych łyżew. - A niektóre aparaty dają sny bardzo przyjemne. Przy jednym z tych skrzynkowych śnią mi się nawet sny erotyczne – 62-latek ścisza głos, jakby wyjawiał największy sekret.
- Musieli tym jakieś pornosy robić... - chichocze.
Zanim odkryjemy tajemnice aparatów stojących na stole, musimy rozwikłać zagadkę trójnogu wyglądającego zza drzwi. - To okaz z 1880 roku, bez migawki, jednosoczewkowy, na szklaną płytę. Odsłaniało się obiektyw, robiło trala la la – kolekcjoner przesuwa dłonią po zdjęciu zaślepki - i już – przy okazji dowiadujemy się, że model ten działał też jak pomniejszalnik. - Nieraz stare fotografie mają niesamowitą ostrość. To dlatego, że robiono duże zdjęcia, a później je pomniejszano – uważa złotowianin, który niedawno wykonywał slajdy przy użyciu skrzynkowego Baldura Zeissa, należącego niegdyś do jego wuja. Z dumą pokazuje uwiecznione nim: Górę Wilhelma, nasturcje, jezioro w Kujanie. - Ładne kolory, prawda? - upewnia się.
Na koniec opowieści o trójnogu pan Zbigniew zdradza jeszcze jego cenę. Ale zastrzega: ani słowa żonie. Obiecuję słowa dotrzymać.

- Takiej kolekcji ze świecą szukać - czyżby to chciał pan powiedzieć
Kolekcjoner jest ostrożny, bo od pięciu lat, kiedy to zachorował na aparaty fotograficzne, regularnie wydaje na nie spore pieniądze. Od dziesięciu do kilkuset złotych za sztukę. - Znajomy przywiózł mi kiedyś cztery aparaty z flohmarku, a ja połknąłem je jak okoń – mówi, ściskając w ręku agfę z początku XX wieku. Płaskie pudełko otwiera się z jednej strony, a pokrętłem wysuwa się obiektyw. Rozkłada się niczym miech akordeonu. Pięknie. - Pachnie starzyzną – Z. Niewiadomski podsuwa eksponat do powąchania. Zrobi tak dziś jeszcze nie raz. - Ta Agfa jest w pięknym stanie. Dorobiłem do niej części i pstrykałem nią zdjęcia – panoramy z wąskiej kliszy – złotowianin próbuje pokazać wnętrze aparatu. Przez chwilę walczy z blokadą. - Za każdym razem to samo, nie pamiętam, jak się nimi obsługiwać – mężczyzna pokazuje na bogatą kolekcję. Problemy techniczne ma też przy szpiegowskim Kijewie. 3,5 na 6 cm, bierze się w dłonie i szybko przesuwa obudową, zsuwając ją z urządzenia i wsuwając z powrotem. Pstryka niczym Hans Kloss w „Stawce większej niż życie”.
Perłą w zbiorze Zbigniewa Niewiadomskiego jest aparat z napisem Waltz i Werner Leipzig. Drewniany, wysuwany pokrętłem, wygląda jak mała kamera z początków kinematografii. Brak mu tylko stojaka.
- Tu wkłada się kasetę z materiałem światłoczułym. Można naraz użyć dwóch płytek – jedno zdjęcie na jednej, drugie na drugiej – mężczyzna chwali się jedną z najnowszych zdobyczy i każe zajrzeć do środka. Obraz widać oczywiście do góry nogami. - Można było tym aparatem robić sztuczki, np. ustawić go pod kątem – pan Zbigniew przesuwa całą harmonijkę i tłumaczy, że przydaje się to przy fotografowaniu budynków. Wie, co mówi, jest architektem. I bardzo sentymentalnym człowiekiem. - Widzi pan, ja tym aparatom przywracam życie, naprawiam je, dorabiam części, kompletuję. Bo w aparacie jest jakaś magia. I choć mój kolega Wacek dziwi mi się i mówi „Przecież one są martwe. Zegar to chodzi, bije, ma duszę, a aparat...”, to odpowiadam mu, że moje aparaty też dusze mają. Każdy z nich do kogoś należał, ktoś nim robił zdjęcia...

Każdy aparat ma mieć duszę. W końcu był cześcią czyjegoś świata
Pracownię Zbigniewa Niewiadomskiego zdobią nie tylko maszynki do zatrzymywania chwil. Są tu i skrzypce z napisem stradivarius (polska podróbka), i wykopany z ziemi kolt, a także przepięknie zdobiony, a znaleziony przypadkiem lichtarz. - W 1988 roku żona była z nowo narodzonym dzieckiem w Margoninie, a ja się nudziłem i chodziłem po śmietnikach... - na moje zdziwienie miłośnik staroci reaguje śmiechem. Każdy poszukiwacz skarbów wie, że wysypisko potrafi kryć niesamowite okazy. - To było w lesie. Znalazłem tam m.in. tę lampę od powozu – gospodarz pokazuje na okaz na półce. - O, jaki fajny talerzyk, może mi się do czegoś przyda. Kręciłem się jak ta sroka i nagle znalazłem taką tuleję. To może jest od tego... - mężczyzna opowiada zdarzenie sprzed 27 lat. - W domu zlutowałem je razem i mam komplet. Tego lichtarza używam cały czas jak światło zgaśnie – pan Zbigniew śmieje się szczerze niczym dziecko. - Obok starocia obojętnie nie przejdę. Mam je we krwi – przyznaje absolwent szkół plastycznych.
W pokoiku na piętrze obok przedmiotów z przeszłości są też rzeczy nowe – wytwory wyobraźni i talentu Zbigniewa Niewiadomskiego. - Należę do Salonu Pilskiego, ale wystaw raczej nie robię. Kiedyś pracownicy Muzeum Ziemi Złotowskiej namawiali mnie na wystawę obrazów, ale mam ich za mało. Może na emeryturze... - zastanawia się 62-latek. Dziś maluje głównie dla znajomych. Ma grono odbiorców, którzy chcą mieć jego prace. - Kolega Stanisław lubi, jak mu zabytki Złotowa namaluję – stwierdza skromnie. A może w takim razie zrobi wystawę aparatów? - Miałem kiedyś wystawę obrazków, ale dwa mi ukradli. Niby artysta powinien się cieszyć, że jego prace cieszą się powodzeniem, ale na razie niczego nie planuję – odpowiada pan Zbigniew.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Aparat fotograficzny kosztował wtedy nie 105 złotych, lecz 150. Do tego istniała możliwość dokupienia futerału, kosztował równe 50 zł. Było to w roku 1962, więc kupywaliśmy te "Druhy" z Panem Niewiadomskim mniej więcej w tym samym czasie. W moim przypadku za pieniądze pierwszokomunijne.
Aparat fotograficzny kosztował wtedy nie 105 złotych, lecz 150. Do tego istniała możliwość dokupienia futerału, kosztował równe 50 zł. Było to w roku 1962, więc kupywaliśmy te "Druhy" z Panem Niewiadomskim mniej więcej w tym samym czasie. W moim przypadku za pieniądze pierwszokomunijne.