Jednym z miejsc gminy Lipka, gdzie tej niebezpiecznej rośliny jest najwięcej, jest sołectwo Łąkie, a konkretnie Huta. Mieszkańcy wioski zmagają się ponoć z barszczem od lat. Pojechaliśmy na działkę Marii Kowalczyk, gdzie przy plantacji porzeczek rośnie mały lasek charakterystycznej, wysokiej rośliny. Niektóre „okazy” barszczu osiągają ponad cztery metry wysokości! – Po drugiej stronie drzew, przemieszczając się w kierunku jeziora, jest tego jeszcze więcej – mówi kobieta, przyznając, że dla bezpieczeństwa lepiej w ogóle się tam nie zapuszczać. Ale nawet ta ilość, która rośnie po stronie ich działki, daje się od lat ostro we znaki. Co gorsze, roślina wyraźnie poszerza obszar swojego występowania. W kierunku drogi asfaltowej, na odcinku kilkudziesięciu metrów wzdłuż krzaków porzeczek, rosną już setki, jeśli nie tysiące nowych sztuk tej wyjątkowo odpornej na niszczenie rośliny.
Pani Maria przyznaje, że miejscowi, na ile mogą, od lat sami walczą z rośliną. Najbezpieczniej jest przy użyciu zwykłej kosy, bo żyłkowa kosiarka sprawia, że naokoło pryska groźna substancja kryjąca się we wnętrzu barszczu. Mieszkańcy stosują też randap, ale wszystkie te zabiegi skuteczne są tylko na chwilę. Z kolejnym rokiem rośliny odrasta coraz więcej. Poza tym koszenie na własną rękę jest niebezpieczne, nawet stosując podstawowe zasady bezpieczeństwa. Niejeden mieszkaniec Huty poczuł już, co znaczą poparzenia barszczem. Na szczęście przez lata obyło się bez poważniejszych skutków, antybiotyki wystarczyły w zwalczaniu rezultatów zbyt bliskiego kontaktu z rośliną. – Ale u niektórych plamy zostały na skórze do dzisiaj – podkreśla nasza rozmówczyni. – Te pałąki to w zeszłym tygodniu kosiliśmy – pokazuje pani Maria. Sołtys Łąkie Bernadeta Lach przyznaje, że rośliny widać w okolicy coraz więcej. Niektóre sztuki rosną bezpośrednio przy drodze asfaltowej w kierunku Łąkie.
Wójt zapewnia, że Zakład Gospodarki Komunalnej będzie likwidować barszcz na działkach należących do gminy Lipka. Jedną z takich lokacji jest graniczny obszar między gminami Lipka i Debrzno, w okolicach rzeki Dobrzynki. Przemysław Kurdzieko deklaruje też, że jeśli mieszkańcy zwrócą się o pomoc do gminy w zwalczaniu barszczu rosnącego na prywatnych działkach, ZGK będzie służył wsparciem. – Chcemy pomóc mieszkańcom, którzy mają ten problem na prywatnym gruncie – mówi Kurdzieko, dodając, że na wspomnianym pasie granicznym między gminami samorządy Lipki i Debrzna nawiązały nawet współpracę w kwestii zarówno mechanicznego, jak i chemicznego zwalczania rośliny. Tak ma też być w przyszłości. – Czekamy na odpowiednią aurę – szef ZGK Bartosz Sadowski odpowiada na pytanie, kiedy zakład ruszy w teren.
Dlatego wójt apeluje o to, żeby mieszkańcy, choćby poprzez sołtysów, zgłaszali do gminy te miejsca, gdzie występuje barszcz. W tym roku samorząd musi sobie radzić z problemem sam, ale w przyszłym chce pozyskać na ten cel zewnętrzne środki. – Przez lata ten problem był w Polsce marginalizowany. Do tej pory nie było nawet wiadomo, kto ma się tym zająć: urzędy, straż czy inne instytucje. Ogólnopolskie media nagłośniły problem i rząd zaczął coś z tym robić – mówi Kurdzieko, podkreślając, że choćby Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Poznaniu ma przeznaczyć na walkę z barszczem kilka milionów złotych. Wnioski mają być jednak przyjmowane dopiero we wrześniu, co praktyczne działanie umożliwi dopiero w przyszłym roku. – Określimy nasze zapotrzebowanie i będziemy składać taki wniosek – deklaruje wójt. Działania w zakresie zwalczania barszczu podjęło także Nadleśnictwo Lipka.
Ogólnopolskie medialne zainteresowanie barszczem Sosnowskiego pojawiło się na początku czerwca, po tym jak w siemianowickim Centrum Leczenia Oparzeń z powodu kontaktu z tą toksyczną rośliną zmarła cierpiąca na szereg różnych dolegliwości 67-letnia kobieta. Na terenie wielu samorządów, w tym gminy Złotów, na kontakt z nią mieszkańcy narażeni są jednak od lat. W sumie, jak podaje Mateusz Marciniak, pracownik urzędu, porasta ona około pół hektara gminnych i prywatnych gruntów. Zgłoszenia co do jej występowania napłynęły z Zalesia i ze Stawnicy. Problem dotyczy głównie drugiej z miejscowości, gdzie roślina ta w dużych skupiskach występuje przynajmniej w dwóch miejscach – wzdłuż drogi prowadzącej do stawnickiego młyna oraz na obrzeżach tej miejscowości od strony Dzierzążenka. Urzędnicy walczą z barszczem od roku. W 2014 po raz pierwszy przeprowadzano akcję wykaszania oraz pryskania środkiem chwastobójczym, obecnie jest ona kontynuowana. Na gminnych gruntach. Właściciele prywatnych sami muszą sobie radzić z problemem. W zasadzie to mogą, bo – jak wynika z pisma nadesłanego do gminy Złotów z poznańskiego Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Roślin i Nasiennictwa, nie muszą. „Barszcz nie jest rośliną kwarantannową i w związku z tym nie podlega urzędowemu obowiązkowi zwalczania. Oznacza to, że działania związane ze zwalczaniem tej rośliny nie mogą być narzucone przez PIORiN posiadaczom danego gruntu”. Odmienne stanowisko prezentuje Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska. Michał Kiesznia uważa, że lokalne populacje powinny być kontrolowane na poziomie gmin, do czego – jak pisze – zobowiązane są samorządy lokalne. „[...] Istotne jest systematyczne, planowane zwalczanie tych roślin wszędzie tam, gdzie one występują” – stanowisko dyrektora wójt Piotr Lach przedstawił radnym Rady Gminy Złotów.
Właściciele, zarządcy, użytkownicy terenów muszą radzić sobie z barszczem wyłącznie swoimi siłami. Państwowa Straż Pożarna, jak informuje oficer prasowy złotowskiej Komendy Kazimierz Wiebskowski, nie podejmuje interwencji związanych z usuwaniem tej rośliny. Mimo że takie zgłoszenia pojawiały się już kilkakrotnie. - Informacja o potencjalnym miejscu jej występowania zostaje przyjęta przez Stanowisko Kierowania Komendanta Powiatowego. Następnie dyżurny przekazuje swoją wiedzę, niezbędną do ewentualnej likwidacji barszczu Sosnowskiego, właścicielowi poszczególnych gruntów lub pracownikom samorządu gminnego na terenie którego roślina ta występuje – strażak wskazuje ścieżkę postępowania. Przy okazji daje też kilka wskazówek pomocnych w walce z tą rośliną. Po pierwsze – przestrzega przed pozostawianiem jej po skoszeniu do wyschnięcia, bo – jak mówi – proces ten, dzięki temu, że z baldachów usypują się nasiona, tylko sprzyja eskalacji problemu. Jedyną skuteczną metodą pozbycia się barszczu jest jego spalenie. Dobrze byłoby również teren, na którym rósł, przeorać, ponieważ głęboko w ziemi znajdują się jego kłącza, z których łatwo i szybko odrastają nowe rośliny. Teren, z którego chce się wyplenić roślinę, co najmniej cztery razy w sezonie powinno się też spryskać środkiem chwastobójczym. Przy wszystkich opisanych wyżej zabiegach trzeba zachować ostrożność. - Na terenie Złotowszczyzny występuje również barszcz olbrzymi i barszcz polski, laikowi niełatwo jest więc rozpoznać roślinę stwarzającą potencjalne zagrożenie – uzupełnia Kazimierz Wiebskowski, dodając, że w związku z tym niektóre ze zgłoszeń mogą nie dotyczyć barszczu Sosnowskiego, a co za tym idzie – nie rodzić potrzeby interwencji. - Ze wszystkimi wyżej wymienionymi roślinami społeczeństwo naszego kraju żyje już od co najmniej 60-ciu lat – przypomina strażak.
Piotr Steffen
Patrycja Kajewska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze