Umierał w Afryce, rodził się w Lizbonie przy muzyce fado, w gabinecie ojca pobierał obowiązkowe lekcje muzyki, zmienił historię National Geographic. Marcin Kydryński – człowiek wielu pasji
Rozpoznaje Pan to: Trrrr... Chodź kotku.. Trrrr... Ha, ha!
Trrrr... ...wściekle w tan! Trrrr... Ha, ha! I potem: La, la, la, la, la, la...
Może jest to tłumaczenie utworu Africa Simone, sądząc po tym trrr. Mając lat siedem byłem wielkim entuzjastą tego artysty, ujmowała mnie zmysłowość i jasność jego muzyki. Nie mogłem mieć świadomości, że zaważy ona na całym moim życiu, bo z jednej strony skieruje mnie do Afryki, a z drugiej, że mnie jakoś zwiąże z muzyką luzofońską.
W jaki sposób Pana ojciec, znany prezenter i dziennikarz Lucjan Kydryński, wprowadzał Pana w świat muzyki?
Pamiętam, że szantażowałem, błagałem ojca, by zabrał mnie na koncert Africa Simone do Sali Kongresowej. On bowiem wprowadzał mnie w świat muzyki w sposób zgoła odmienny. Spotykaliśmy się w jego gabinecie, gdzie puszczał mi muzykę klasyczną. Co najmniej raz w tygodniu. Miałem zeszyt pt. koncerty u taty. Opowiadał mi o Mozarcie, Chopinie, Bizecie.
To autentycznie Pana interesowało?
Nie sądzę, wolałbym wtedy z chłopakami po parku hasać. Ale ponieważ byłem dzieckiem wyjątkowo grzecznym, to uznałem, że tak ma być. Później wielokrotnie chodziłem z tatą do filharmonii, raz nawet byłem na balecie, którego nijak nie mogłem zrozumieć. Do dziś wydaje mi się to sztuką zgoła obłąkaną. Mając lat dziewięć skłaniałem się w stronę Beatlesów, za moment miałem zostać maniakalnym wyznawcą Queen i Rolling Stonesów.
Ojciec pokazywał Panu różne muzyczne światy, ale pominął jazz.
Sam od niego nie stronił, bo gdy przyjeżdżała do Polski Ella Fitzgerald, to był jej tłumaczem i prezenterem na koncertach. Teraz, gdy rozmawiamy, pierwszy raz zwróciłem uwagę, że wiele gatunków muzyki tata przede mną otworzył, ale jazzu nie. Może sądził, że sam do niego dojdę – i tak się stało.
Pański ojciec był po czterdziestce, gdy Pan się urodził. Jak ta przepaść czasowa wpływała na Panów rozmowy?
Tata był osobą niesłychanie wręcz dyskretną, skrytą w jakimś sensie. Był wobec mnie bardzo czuły (to, że bywał cholerykiem to osobny temat) i był najlepszym tatą, ale był też między nami pewien dystans. Może przez aurę, którą wytwarzał. Chyba nigdy nie padały między nami trudne pytania. Ale też one jakoś mnie nie uwierały. Nie miałem potrzeby takiej rozmowy.
Nie pytał Pan: tato, jak żyć?
To pojawiało się po drodze. W naszym domu obowiązkowe były wspólne obiady o 15:00, podczas których rozmawialiśmy. Mimochodem rodzice opowiadali mi o życiu. Poza tym swoim przykładem dawali mi znakomite wzorce.
Szybko Pan wyfrunął z rodzinnego gniazda, bo w wieku 21 lat. Wiedział Pan, dokąd chce uciec?
To nie była ucieczka, raczej podekscytowanie wolnością, że nikt nie będzie mnie rozliczał z tego gdzie, o której i w czyim towarzystwie poszedłem spać. Było to zachłyśniecie się, ale też ogromna ilość kłopotów związanych z prowadzeniem domu.
Gdy można było dostać paszport, a Polska zaczęła się otwierać, ruszyłem w świat, żeby go poznawać i chłonąć. Żeby dotknąć tego, co znałem tylko z literatury. Byłem dzieckiem czytającym, głównie pozycje okołopodróżnicze. Proszę też pamiętać, że moi rodzice byli bardzo popularni i jeździli na koncerty do Polonii w niesłychanie wprost atrakcyjne miejsca. Dostawałem pocztówki z Hawajów, z Australii, z Bangkoku. Ich opowieści były szalenie inspirujące.
Perfect śpiewa: spytaj siebie czego pragniesz... Pan zadał sobie to pytanie, ruszając w świat?
Pragnąłem silnych wrażeń, ekstremalnych doznań. Dziś żałuję, że do pierwszych wypraw nie byłem lepiej przygotowany pod względem intelektualnym, a raczej byłem w nich szalenie zmysłowy. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że było to trochę stracone. Mówię o dwóch – trzech pierwszych wielkich podróżach.
Swoje wojaże po świecie, te 25 lat z okładem w Afryce, podsumował Pan w książce „Biel”. Książce – albumie, bo znajdują się w niej Pańskie zdjęcia z czarnego lądu.
Kolejne moje podróże były bardziej świadome i z tego czasu mam do siebie znacznie więcej szacunku. Porwałem się na książkę, bo sądziłem, że po tych latach mam coś do powiedzenia o tym, jak tam jest naprawdę.
W książce mówi Pan nie tylko o faktach i miejscach, lecz mocno skupia się Pan na własnych przeżyciach. Wszystko to ma formę reportażu.
Ma to formę namysłu, proszę wybaczyć górnolotność, nad życiem. Fundamentalne doświadczenia spotkały mnie właśnie tam. W Afryce rozmyślałem nad sobą, nad istotą człowieczeństwa, granicą życia i śmierci. Ta książka to pretekst do rozmowy o sprawach dotyczących nas wszystkich. Równie dobrze moglibyśmy o nich mówić mając za dekorację Złotów.
Afryka to nie jest łatwy kontynent. Sam Pan wyniósł z podróży po nim wiele trudnych doświadczeń, prawda?
Dużo podróżowałem też po Dalekim Wschodzie, zjechałem całą Amerykę Północną, śmignąłem po Ameryce Południowej, ale na ich tle Afryka wydaje mi się wciąż bezlitosna i brutalna. W Afryce, leżącej na równiku, wszystko skupia się jak w soczewce i jest jakby trochę bardziej. Klimat, mikroby wydają się tam bardziej przerażające. Nie przypadkiem do późnego XVII wieku biały człowiek znał tylko wąski pas wybrzeża. Nadal są tam regiony, które, choćby Chińczycy nie wiem jak starali się tam drogi budować, są dla człowieka bezlitosne. Nie da się tam żyć, co mnie jakoś pociesza, bo w ciągu 27 lat mojej wędrówki Afryka się ogromnie zmieniła. Została zadeptana, skomercjalizowana. Została zgwałcona przez masową turystykę.
Miejsca, do których kiedyś docierało się po wielu dniach szalenie niebezpiecznej i wyczerpującej podróży, dziś są odwiedzane przez autobusy japońskich czy nawet polskich turystów z koszulkach z różowymi cekinami. Ja wówczas kompletnie głupieję, bo nie tak to miało być.
Jacek Walkiewicz, mówca motywacyjny i gość Miejskiej Biblioteki Publicznej w Złotowie mówił o turystach w Egipcie. Staje taki pod piramidą, puszcza dymka i mówi: piramida jak piramida, w telewizji na wyższą wyglądała...
Kiedy byłem pod piramidami w 1992 roku, to był mój pierwszy dzień w Afryce w ogóle, to piramidy leżały daleko za miastem. Myśmy tam, z moją przyjaciółką archeolożką, jeździli na wielbłądach i czuli się jak, nie przymierzając, pierwsi odkrywcy. A gdy wróciłem tam w roku 2000 robić materiał dla National Geographic, to piramidy były już w mieście. Dziś pewnie stoją na jakimś rondzie!
Rozumiem Pańską fascynację Afryką, ale zastanawiam się, dlaczego wracał Pan do miejsc, w których nieomal Pan zginął.
Wracałem tam naumyślnie, żeby oswoić demony. Żeby odczarować te miejsca. W jednym mieliśmy z przyjacielem ciężki wypadek, w drugim chorowałem na malarię. Myślałem, że jeśli tam nie wrócę, to te punkty na mapie zaczną rosnąć w mojej wyobraźni do jakichś przeogromnych rozmiarów i mnie pochłoną.
Odkąd skończyłem książkę „Biel” to nie wędruję po Afryce. Uznałem, że z tak wielu niebezpiecznych zakrętów afrykańskiego życia udało mi się wyjść obronną ręką, że może nie warto już ryzykować. Teraz czasami prowadzę tam warsztaty fotograficzne, opowiadam o Afryce i swoich przygodach, ale to nijak się ma do podróżowania, jakie przez lata uprawiałem.
Z tego co wiem, Panu samotność absolutnie nie przeszkadza.
Nie, ja samotność bardzo lubię. Spędzanie życia we własnym towarzystwie to moja największa pasja. W dużym gronie ludzi czuję się nieswojo, jestem speszony. A kiedy człowiek jest sam, to nieuchronnie musi się otwierać na tego „innego”, którego spotyka na swojej drodze. Kiedy jest nas dwóch albo troje, to tworzymy społeczność, która może nie dopuszczać do siebie tubylców, a podróż traci wtedy kompletnie sens.
To umiłowanie samotności jest zaskakujące, bo wychował się Pan w domu prowadzonym przez znanych i lubianych w kraju Lucjana Kydryńskiego i Halinę Kunicką, w którym to bywali ludzie z kulturalnej elity kraju. I z takiego otwartego domu wychodzi samotnik?
To mi się w ogóle nie kłóci. Po pierwsze byłem jedynakiem, który we własnym pokoju miał bogate życie wewnętrzne. Po drugie spotkania z Wojciechem Młynarskim, Wojciechem Pszoniakiem, Stanisławem Tymem czy Danielem Olbrychskim ustawiły mnie w sytuacji człowieka aspirującego do ich towarzystwa, ale też, siłą rzeczy, czułem się przy nich pionkiem. To spowodowało we mnie wycofanie. Spotykanie od najmłodszych lat ludzi wyłącznie wybitnych bardzo mnie zasupłało.
W późniejszym życiu także miał Pan kontakt z ludźmi wielkimi, jak Sting.
Dlatego mam wobec nich za dużo, zdaniem niektórych, przesadnej atencji, takiego nadmiaru szacunku, co blokuje jakiekolwiek partnerstwo. Bo jakim mogę być partnerem dla Branforda Marsalisa, Patha Metheny, z którymi robiłem płyty. Mogę być tylko dla nich zakochanym petentem, żeby byli łaskawi na mnie spojrzeć.
Kryguje się Pan, bo przecież tworzyliście razem i na tych krążkach widnieje również Pańskie nazwisko.
Tak, tyle że nie postrzegam tego na zasadach partnerskich. Raczej było mi dane, trochę przez przypadek, dotknąć czegoś naprawdę wielkiego. Na zasadach partnerskich zrobiła to Ania [Anna Maria Jopek, żona M. Kydryńskiego – red.], natomiast ja, który nie mam wykształcenia muzycznego, nijak partnerem dla nich być nie mogłem. Cieszę się natomiast, że choć przez moment mogłem się pogrzać w ich blasku.
Pierwszy płomyk, przy którym Pan się grzał, zapłonął dzięki temu, że był Pan synem znanych rodziców, czy tak?
Byłem sąsiadem Grzegorza Ciechowskiego, lidera grupy Republika. Grzegorz w 1988 roku był szefem muzycznym koncertu „Debiuty” w Opolu. Wymyślił sobie, że to mógłby być fajny greps, gdyby syn Lucjana Kydryńskiego, który był przez lata z tym festiwalem związany, zadebiutował w tym jubileuszowym koncercie jako prezenter. Gdybym nie był synem Lucjana Kydryńskiego i Haliny Kunickiej, to bym tam nie zadebiutował. Gdybym nie zadebiutował, to bym nie udzielił wywiadu, w którym powiedziałem, że najbardziej interesuje mnie jazz. Ten wywiad przeczytał szef pisma „Jazz Forum”, który zaproponował, żebym sprawdził się jako ktoś, kto pisze życzliwie o muzyce. Moje artykuły sprawiły, że Paweł Sztompke zaprosił mnie do „Trójki”...
Skoro mowa o „Trójce”, to powiedzmy, że jest Pan szczęściarzem, bo praca w niej jest Pańską pasją. Mam na myśli choćby autorską audycję „Siesta”.
Mam z tego wyłącznie frajdę i pracą tego nigdy nie nazywam. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że jest ona mało płatna...
Propaguje Pan tam muzykę fado, szerzej mówiąc luzofońską, co, jak sam Pan powiedział, jest rodzajem misji.
W maju minie mi 30 lat w „Trójce” i wiele osób mówiło mi, że byłem ich przewodnikiem. Zwłaszcza teraz, gdy wszystkiego, w tym muzyki, jest tak dużo, potrzeba kogoś, kto nas przez gąszcz tych ścieżek poprowadzi za rękę. Dla paru osób mogłem być kimś takim, co jest dla mnie niesłychanie wielką radością.
Cieszyć może się Pan z tego, że zmienił National Geographic. Pan był autorem reportażu, który ukazał się na okładce tego pisma. Pisma, które nie dopuszczało myśli, że wydania w poszczególnych krajach mogą robić coś własnego.
Ta okładka w tym momencie była dla mnie przełomem.
Po tym sukcesie poczuł Pan, że dotarł do granicy swoich możliwości jako fotograf?
Cóż mogłem zrobić więcej? Mieć okładkę w wydaniu amerykańskim NG? Trochę poszedłem swoją drogą i największym sukcesem jest książka „Biel”, która powstała wyłącznie na moich warunkach. To, że mogłem opowiedzieć o swoim życiu w tak bezkompromisowy sposób było dla mnie ostatecznym spełnieniem. Teraz jest moment, żeby zadać sobie pytanie, co dalej? Mam fajny projekt, o którym porozmawiamy może w przyszłym roku, jak się spotkamy.
Rozmawiał Łukasz Opłatek
Spotkanie z Marcinem Kydryńskim zorganizowała Miejska Biblioteka Publiczna w Złotowie. Zdjęcia z jego wizyty do zobaczenia na zlotowskie.pl
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Jedynacy tacy są ,lubią być sami ze sobą czyli w doborowym towarzystwie,dużo czytają ,uczą się długie lata i dlatego są bardzo wartościowymi ludźmi. Mają dużą wiedzę,ponad przeciętną i dużo robią dla innych ludzi. Jedynacy są bardzo elokwentni tak jak Pan Marcin Kydryński i słuchać ich można godzinami i lubią muzykę.Ci co lubią muzykę są dobrymi,wartościowymi Ludźmi.
Jedynacy tacy są ,lubią być sami ze sobą czyli w doborowym towarzystwie,dużo czytają ,uczą się długie lata i dlatego są bardzo wartościowymi ludźmi. Mają dużą wiedzę,ponad przeciętną i dużo robią dla innych ludzi. Jedynacy są bardzo elokwentni tak jak Pan Marcin Kydryński i słuchać ich można godzinami i lubią muzykę.Ci co lubią muzykę są dobrymi,wartościowymi Ludźmi.