- Drugie danie klient dostaje pół godziny po zupie i już ma trzęsiawę. I się drze, bo siedzi głodny. A przecież my je robimy świeże – Daniel Telesz wie, że karmienie ludzi nie jest łatwe. Siedzi za stołem w Cechowym Barze i uśmiecha się do szefowej. Pewnie widzi ją z garem rosołu między nogami. - Targam go dwoma rękami, bo klient mówi, że zupa jest z kostki. Pan sobie kpi! Proszę zobaczyć ile jest kur w rosole – osiem. I do tego jest wołowina jeszcze... - Klaudia Chamarczuk czasami, jak sama mówi „nokautuje klientów”. Bo aby pracować w gastronomii trzeba być twardym. I kochliwym też.

Pani Joli nie zdarzyło się, by klient narzekał na jej wyczucie smaku
Jolę do garów ciągnęło od zawsze. Urodziła się do gotowania. - Gdy miałam 10-12 lat, tatuś chwalił mnie, że robię najlepsze sosy. Mamusia aż była o to zazdrosna, gdy wróciła z sanatorium – Jolanta Budzińska krząta się po kuchni w Domu Polskim.
- Urodziłam się do gotowania – śmieje się wyciągając w piekarnika ulubione danie – kaczkę. Pani Jola skończyła szkołę rolniczą.
Wykształceniem gastronomicznym pochwalić się może za to Gabriela Lewicka, której pierwszym samodzielnym daniem była zupa mleczna. - Zrobiłam ją jako dziecko według wskazówek mamy. Musiała się udać – twierdzi kucharka z restauracji Millenium i była uczennica mistrzyni złotowskiej kuchni, Elżbiety Gmurczyk. - Zawsze chciałam gotować dla ludzi – mówi złotowianka. Pani Gabriela jest wielozawodowa. Zanim trafiła do garów była m.in. stolarzem maszynowym i nitowaczem.
- Coś zamieszać, upichcić, coś spalić... - Klaudia Chamarczuk od najmłodszych lat marzyła o gotowaniu. - Chciałem być cukiernikiem i piekarzem. Chodziłem pomagać w pracy panu Stachnikowi. Pieniędzy za to nie miałem, ale za to dostawałem szneki z glancem i amerykanki, które dzieliłem między dzieciaki - Daniel Telesz zdradza, że kucharzami byli jego dziadek (miał bar pod Wrocławiem) i ojciec (z wykształcenia był architektem, ale we Frankfurcie nad Menem przyrządzał gościom wołowinę). On sam gotuje dla ludzi od ponad dwudziestu lat. Swoim smakiem dzielił się z pilanami i złotowianami. - Sam tworzę dania w głowie i przerzucam je na talerz...
Kucharz kląć musi. Nie ma towaru na czas? Ja pier... Warzywa są nieświeże? No kur... Jolanta Budzińska jest perfekcjonistką. Po wejściu do pracy lustruje lodówki i robi zamówienia. - Zabieram się do tego, czego nie ma. Bo jak przyjdzie klient, to danie z karty musi być na kuchni – twierdzi była szefowa stołówki w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Górznej.
W kuchni najważniejszy jest prep, czyli przygotowanie do serwisu. Od rana kucharze skrobią, myją i gotują. Wróć, rano kucharze palą. - Palim i się bierzem – tak mówimy po przyjściu do restauracji. Nie matka? Tak synek – Klaudia i Daniel przekomarzają się. Widać, że tworzą dobry zespół. A to on jest w lokalu najważniejszy. - W kuchni nie ma biegania i pokazywania palcem kto co ma zrobić. Każdy zna swoje zadanie – zapewnia G. Lewicka, która gotuje wraz z dwoma innymi osobami. Ona właśnie smaży kotlety, a jej gadatliwy kolega ozdabia warzywami kolejną pizzę.
Dobry kucharz zna smak potrawy zanim ona powstanie. Czuje go w warzywach, widzi w starannie dobranym mięsie. - Wystarczy, że widzę ile rodzajów mięs ktoś używa do zrobienia rosołu. A jak kucharz nie daje przypalonej cebuli, to już nie jest to – Daniel Telesz ma wyrobiony smak, dlatego krzywi się na wspomnienie kuchennych barbarzyńców. - Czasem klient prosi o vegetę (nie używamy jej, ale mamy ją na kuchni), ale jak można posypywać mięso suszonymi warzywami?! Idiotyzm.
- Nie jest łatwo znaleźć smak dla danych składników potraw i klienta – przekonuje z kolei pani Gebriela. - Mam tutaj testerów, którzy sprawdzają, czy smak jest odpowiedni. Przed podaniem zwykle jest konsultacja – kucharka Michała Wawrzyniaka raz po raz spogląda w stronę patelni. Przyrządzanie mięs jest jej konikiem, wolałaby więc uniknąć wstydu spalenizny.
Mistrzynią smaku zdaje się kucharka z Domu Polskiego. Choć przypisywanie jej do jednej restauracji to błąd, gdyż pracowała w wielu złotowskich lokalach. Ostatnio chciano ją nawet podkupić. - Mówili, że niby będę więcej zarabiać. Na razie trzymam się tutaj – zapewnia pani Jola. - Ja już mam wszystko sprawdzone. Mam swój smak (lubię pikantne rzeczy) i nie spotkałam się, by komuś coś nie smakowało. Znana jestem z tego. Mogą szef i szefowa potwierdzić – złotowianka wierci się na krześle w sali Domu Polskiego jakby własna pochwała ją uwierała. Ale co zrobić, skoro po imprezach klienci wkładają głowy do kuchni i dziękują? - No i wracają... - podkreśla kucharka.

Mięso, mięso i jeszcze raz mięso - to specjalność pani Gabrieli
Bycze jądra są pyszne. Wołowy penis to przysmak, ale wszystko na głowę bije jajecznica z móżdżkami. - Tutaj takie rzeczy by się na co dzień nie sprzedawały. Choć pewnie znaleźliby się koneserzy – Klaudia Chamarczuk w Hells Kitchen jadła przedziwne rzeczy. Złotowianom ich jednak nie poda. - Tutaj nie ma klientów, którzy chcieliby próbować nowych rzeczy. Gdzie się nie wejdzie, wszędzie jest schabowy – Daniel Telesz delikatnie przebąkuje o kuchni fusion i o tym, że comber z sarny marynowany w winie się nie przyjął. Podobnie dziczyzna. - Może kiedyś... - ma nadzieję.
Pewnie wielu młodych miałoby nudności na myśl o spożyciu krwi, ale starsi mieszkańcy miasta wprost się nią zajadają. - Czarnina, kaczki, czerwona kapustka... Nowoczesności nie wymyślamy, bo w Złotowie ludzie wolą staropolską kuchnię – Jolanta Budzińska twierdzi, że nikomu nie udało się jej zaskoczyć. Co klient wymyślił, ona podała. Doświadczona kucharka to musi być skarb. - No ponoć – kobieta wzrusza ramionami.
Nieznacznie porusza się też Gabriela Lewicka, gdy pytam o innowacje w kuchni. Jest wyraźnie stremowana. - Często oglądam programy kulinarne Kuchni tv, Tomasza Jakubiaka i Karola Okrasy. Czasami w trakcie gotowania przychodzi mi do głowy pomysł – jej specjalnością są mięsa, a daniem popisowym roladki z różnorakim nadzieniem. Nie lubi za to kuchni azjatyckiej. Ostatnio natomiast przerzuca się na gotowanie dietetyczne – dania w Millenium zamawiają osoby dbające o sylwetkę i zdrowie.
Eksperymenty w kuchni najczęściej przeprowadza Daniel. Jeździ na szkolenia i przywozi nowości. No i sam kombinuje jak połączyć smaki. - Karkówkę np. marynuję w sokach z owoców lub ostrych pastach i potem grilluję – zdradza kucharz, który zapowiedział, że swoją przygodę z karmieniem ludzi za pieniądze skończy w Cechowym Barze.
Przy placku po węgiersku Klaudia i Daniel ścierają palce i nawzajem je bandażują. Przy zrazach pani Gabriela rozmasowuje bolące ręce. - Trzeba się naklepać – mówi. A pani Jola w końcu przekonuje się do klejenia pierogów. Praca w kuchni jest ciężka, czasem też nerwowa i frustrująca. Gdy jest pełna sala i klienci się niecierpliwią kucharzowi mogą puścić nerwy. Wtedy warto wspomnieć zabawne sytuacje.
- Podczas wesela szef wiózł na wózku tort, który zsunął się na podłogę. Szok. Tragedia. Goście narobili zdjęć, ubawili się, a my szybko podaliśmy lody, bitą śmietanę i już – śmieje się J. Budzińska.
Najważniejsze jednak co trzyma naszych bohaterów w kuchni to miłość i pasja do gotowania.
- Nawet to sobie wytatuowałam – mówi K. Chamarczuk. - Chodzi o to, by podając komuś danie nie czekać z drżącym sercem, czy mu zasmakuje. To musi smakować. Gotowanie ma być położeniem komuś serca na talerzu.
- Gotowanie jest moim spełnieniem i pasją – twierdzi G. Lewicka.
- Gotuję, bo lubię. Jetem zadowolona, gdy klienci chwalą moje dania. Był tu ostatnio pan, zamawiał na luty imprezkę, ale pd warunkiem, że ja będę gotować. To cieszy.
Artykuł powstał z okazji Międzynarodowego Dnia Szefa Kuchni przypadającego na 20 października.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze