Pracy poświęcili całe zawodowe życie. Znają z imienia niemal każdego klienta, dokładnie wiedzą, po co przyszedł do sklepu
„Stój Kliencie Lub Ewentualnie Poproś”– to według Bohdana Smolenia i Zenona Laskowika oznaczał „SKLEP” w kabaretowym skeczu, wykonywanym w minionym ustroju. Problemy z dostawami, puste półki, awanturujący się klienci i handlowa kreatywność zaprezentowana w przerysowany sposób pokazywały, z jakimi problemami zmagała się ta branża. Tak to wyglądało na scenie. Jak natomiast było w rzeczywistości, zwłaszcza w małych, wiejskich sklepikach, które działają po dziś dzień?
Pani Mirosława Kulpa nie zakładała, że trafi za sklepową ladę.
– Z wykształcenia jestem technologiem żywienia zbiorowego. To oznacza, że mogłabym śmiało pracować w gastronomii, stało się jednak inaczej – wspomina. Pracę jako sklepowa rozpoczęła 8 września 1980 roku, w punkcie handlowym w Buntowie Wsi. Potem trafiła do Bługowa, Buntowa – Zakładu Rolnego, Skica i wreszcie Sławianowa. Przez siedem lat prowadziła też własny sklep.
– Chciałam pracować, a pracy nie było. W tamtym czasie z tego sklepu w Buntowie Wsi odchodziła jedna z pań, zwolniło się miejsce. Postanowiłam spróbować, spodobało mi się i tak już zostałam. Dzisiaj śmieję się, że wzięłam wtedy ślub z GS–em, bo ta przygoda trwa prawie 40 lat! – mówi. Na początku jej zawodowej kariery pojawiła się też możliwość pracy w banku.
– To jednak nie byłoby dla mnie. Praca za biurkiem, w papierach. W sklepie jest ruch. Chociaż mam problemy ze zdrowiem, to tutaj dostaję jakby innych, nowych sił. No i ten kontakt z ludźmi też jest chyba bardziej bezpośredni niż ma to miejsce w banku – ocenia kobieta.
Początek jej pracy przypadł na trudny czas jeżeli chodzi o branżę handlową.
– Pamiętam, że w wakacje 80. roku byłam u rodziny nad morzem. Wtedy zaczynały się protesty. Puste półki to była codzienność. Często brakowało nawet octu i musztardy, które stały się symbolem tej epoki. Niestety ten fakt klienci często odreagowywali na nas, sprzedawcach. Powstawały komitety kolejkowe, które kontrolowały dostawy. Były ciągłe podejrzenia, że my, sklepowe, coś dla siebie podbieramy. Tak nie było. Wstydziłabym się coś takiego zrobić. Zdarzało się na przykład, że zimą, kiedy te były obfite w śnieg, chleb przyjeżdżał dopiero około 18.00, bo nie szło dojechać i ludzie czekali. Sama brnęłam kiedyś pieszo w zaspach niemal po szyję, jeszcze przed świtem, by otworzyć sklep. Dziwnym zbiegiem okoliczności bardzo rzadko zdarzało się, by brakowało dostaw podłej jakości piwa i wina patykiem pisanego. To jakoś zawsze było – śmieje się kobieta.
Ustrojowe przemiany nie od razu zapełniły półki.
– Trwało to trochę, jednak wtedy można było zaobserwować, jak wielki wpływ na klientów ma reklama. To trwa do dzisiaj. Wystarczy, że np. w telewizji pojawi się spot jakichś nowych cukierków, już na drugi dzień ktoś o to pyta – mówi pani Mirosława. Jako handlowiec z wieloletnim doświadczeniem od razu potrafi ocenić jego jakość.
– Klientów kuszą kolorowe opakowania, ale jako technolog żywienia zerkam czasem na opisy na etykietach, gdzie roi się od różnych „E”. Odnoszę wrażenie, że choć dawniej tego produktu brakowało, był on licho zapakowany i w ogóle nie reklamowany, to jednak wydawał się uczciwszy, zrobiony tak bardziej po domowemu – dodaje kobieta.
Do emerytury brakuje jej niewiele. Choć ma już plan, co będzie robiła, gdy zakończy pracę w sklepie, to jednak stwierdza, że tego miejsca będzie jej brakowało.
– Uwielbiam gotować i chcę się temu poświęcić zawodowo. Sklep to całe moje zawodowe życie. Znam tu całe pokolenia i oni znają mnie. Gdy klient wchodzi do sklepu czasem zrobi tylko gest, a już wiem, co mu podać. W dyskoncie tego nie ma – śmieje się pani Mirka.
Niewiele krótszy staż w handlu mają Maryla i Sławomir Czyżykowie.
– Zaczynałam w 1982 roku, jeszcze na starym sklepie GS–u, przed blaszakiem w Świętej. Nigdy w życiu nie zakładałam, że trafię do handlu. Stało się tak za namową mojego ojca, który w GS–ie pracował jako murarz. Bałam się, że sobie nie poradzę, postanowiłam jednak spróbować. Sławek zaczął rok później, w 1983 roku w Świętej – wspomina pani Maryla. Także oni mierzyli się z PRL–owską rzeczywistością wszechobecnego braku czegokolwiek.
– Od początku zastały nas kartki, o których młode pokolenie może słyszało, a może nie. Na szarych – długich rolkach papieru robiło się rozliczenia, przyklejało te kartki i wywieszało. Kto ile dostał mąki, cukru, mięsa, czekolady... Ciekawie wyglądały zamówienia. Zgłaszaliśmy to, co potrzeba, a przyjeżdżało to, co było. Kolejka stała nawet na wsi. Wtedy zapas czegokolwiek w domu był na wagę złota. A gdy miała przyjść kawa, zawiązywał się komitet, który ją dzielił – 5 kilogramów na kilkadziesiąt osób. Rzecz jasna komisja nadzorcza komitetu brała udział w tym podziale, by nikt nie dostał za dużo albo za mało. Rarytasem była kiełbasa z koniny. Zbliżające się święta Bożego Narodzenia sygnalizował intensywny zapach cytrusów, zwłaszcza pomarańczy. Schodziły na pniu, teraz czasami leżą tak długo, aż trzeba je wyrzucić, bo się zepsują. Cokolwiek by wtedy nie przywieziono, ustawiała się kolejka. Hasło, że coś rzucono do sklepu działało jak magnes. To był zupełnie inny handel – wspomina pani Maryla.

Pani Mirka żartuje, że z GS wzięła ślub. W tej branży pracuje już prawie 40 lat
Początek lat 90–tych to już sklep GS w Skicu, gdzie Czyżykowie pracują do dzisiaj.
– Wszyscy mieli głodowe pensje. Trochę się to odwróciło. Wcześniej ludzie mieli jakieś pieniądze, ale nic nie szło za nie kupić. Po upadku komuny towaru przybywało, także tego zachodniego, jednak był bardzo drogi i niewielu mogło sobie pozwolić na markowe produkty. Płace były liche, denominacja nie pomagała, bo zwłaszcza starszym, przyzwyczajonym do starej waluty, trudno było się połapać w tych zmianach – mówi pani Maryla. Sytuacja zaczęła się zmieniać w połowie lat 90–tych. Wtedy pojawił się jednak inny problem – konkurencja w postaci marketów i dyskontów.
– Jest grupa klientów, która odeszła natychmiast i odwiedza nas okazjonalnie. Sporo jest jednak i takich, którym ten model starego sklepu, gdzie mówi się, co potrzeba, a my podajemy, nadal odpowiada. Może wynika to z tego, że ludzie nas znają, ufają, doradzają się. Pytają, czy dana kiełbasa jest dobra – chcąc handlować musimy mieć wiedzę o produkcie. W końcu sami go zamawiamy, żeby go sprzedać. Musi być dobry. Naszą przewagą jest też mimo wszystko to, że zwłaszcza pieczywo czy wędliny bądź wyroby mleczarskie pochodzą od małych, lokalnych wytwórców. Ludzie coraz częściej chcą właśnie takich produktów – mówi kobieta. Specyfika sklepu na wsi polega też na tym, że muszą być w nim rzeczy, których próżno szukać w podobnych mu placówkach w mieście.
– W sezonie grzewczym mamy na stanie np. pellet. Sporo osób z okolicy poprzerabiało piece na to paliwo, nie chcą gdzieś jeździć i go szukać. Pytali nas, więc zareagowaliśmy na te pytania – dodaje pani Maryla. Czy widziałaby siebie w innej branży? – Chyba nie, choć pewnie poradziłabym sobie. Taki już mam charakter. Jeżeli chodzi o Sławka, to on reprezentuje już trzecie pokolenie handlowców w swojej rodzinie, więc pewnie też ma to we krwi – stwierdza Maryla Czyżyk.
Barbara Wrzeszcz i Dorota Mróz pracują w GS–owskim sklepie w Kleszczynie od początku lat 90–tych. Nieco większy staż ma pani Barbara.
– Początek lat 90–tych to też zupełnie różny od dzisiejszego handel. Z jednej strony asortyment robił się coraz bogatszy, z drugiej do nas też dojeżdżał np. cukier czy mąka w 50–kilogramowych workach i trzeba to było dzielić, porcjować – mówi pani Barbara. Sklep na wsi był wtedy centrum okolicznego życia.
– Wówczas sklep miał klasyczny układ, to znaczy, że stałyśmy za ladą i podawałyśmy klientom towar – produkty spożywcze, a z tyłu, za sklepem, były magazyny. Tam można było kupić rzeczy potrzebne w gospodarstwie: pasze, nawozy, lizawki czy szpadle – wspomina kobieta. Godziny otwarcia regulował rytm pracy w polu. Gdy były żniwa, pracowało się dłużej.

Kleszczyna – tu spotkać można dwie siostry panią Basię (na zdjęciu) oraz panią Dorotę (obecnie na urlopie)
Kilka lat temu sklep przeszedł gruntowną modernizację – stał się minimarketem.
– Bałyśmy się tej zmiany. Razem jesteśmy tylko między godziną 10.00 a 14.00. Były obawy, że jak będziemy w pojedynkę przyjmować dostawę na zapleczu, ktoś może tu wejść, wziąć z półki, co chce, i wyjść. Nie odnotowałyśmy na szczęście takich przypadków. Inna sprawa, że bywały tu nocne włamania. Najczęściej ginęły alkohol i papierosy. Wracając jednak do naszego „marketu”. Klienci też się tego obawiali. Wcześniej podchodzili do lady i często z naszej strony padało pytanie: „To co zawsze?”. Skinienie głową było potwierdzeniem. Teraz radzić trzeba sobie samemu. Początkowo nieco spadły przez to nawet obroty, teraz jest w miarę normalnie, choć odczuwamy konkurencję ze strony dyskontów – mówi pani Barbara. Co ciekawe, klienci, podobnie jak w przypadku dużych marketów, śledzą promocje, które pojawiają się w sklepie.
– Mają rozeznanie i uwzględniają to w swoich zakupach. Wielu z nich zaopatruje się tu od a do z – mówi kobieta. Jak pracuje się jej razem z siostrą? – Bardzo dobrze. Uzupełniamy się. Jedna ufa drugiej bezgranicznie – stwierdza pani Barbara.
Sz. Chwaliszewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Sklep w Kleszczynie powinien być dawno zamknięty. Przez ostatni czas czynny do 14 i to w sezonie przed świętami , z powodu choroby jednej z ekspedientek. Co z ludźmi pracującymi, gdzie mają zrobić zakupy? Jadą do Dino... tam można spotkać pół Kleszczyny. Rolnik sam sobie szkodzi... szkoda pieniędzy na nowych jak i starych pracowników...Ciekawe jak długo...
Gościu trochę wyrozumiałości, nie każdy ma zdrowie ze stali i powinieneś życzyć tej pani dużo zdrowia, aby mogła spokojnie pracować.
Sklep w Kleszczynie i Skicu są najlepszymi sklepami co prawda są to sklepy "starego" typu ale obsługa pierwsza klasa.
Nie wiadomo dla kogo ten śpiew bo mieszkańcy tych wiosek z powodu drożyzny jeżdżą do Marketu w Złotowie a ci biedniejsi to jadą w mrozie i deszczu aby kupić więcej i taniej. Nie wszystkie sprzedawczyni w sklepach GSu mają taki pęd radości i chęć utrzymywania klanu zarządzających GSem. Wiele setek sklepowych zmieniło pracę z powodu niskich plac, na dzisiejsze czasy można powiedzieć płac głodowych. Oczywiście jak się nie ma gdzie to i z obawy przed jej utratą można udawać że się jest zadowolonym. Oj gdyby ich chronił związek ZNP to dopiero prawda o płacy sprzedawcy w GS wyszła by na jaw i wtedy było by widać różnicę pomiędzy zadowolonymi sprzedawcami i niezadowolonymi nauczycielami. Być może się mylę i nie wiem że docelowym działaniem prezesa GS jest to aby i te sklepowe też zarabiały 8000zł i stąd ta radość.
Nauczyciele zarabiają po 8tyś miesiecznie tak jak twierdzą nasze jedyne słuszne naukochańsze piorące mózg media. Kto w to wierzy ? wystarczy sprawdzić jak wyliczyli te 8 tysięcy. Wszystkie dodatki razem, a więszkośc dodatków można otrzymac raz w karierze, a nagroda jest raz w roku a nie co miesiąc ! co za bzdura !
i do tego podają kwoty brutto, które i tak są wirtualne
Nie chodzi o to że zarabiają ale o to że mówi się ile powinni zarabiać. Nie ma nauczyciela który p 30tu latach zarabia najniższą krajową a w GSie to 90% pracowników. Niby nic a jaka różnica.
Mam w rodzinie nauczycielkę,że stażem 18 lat w szkole podstawowej,Nie narzeka i zarabia na rękę 3,900 złotych,To jest bardzo dużo,którzy mają oni rozmaite przywileje finansowe z Karty nauczyciela,nie mówiąc że mają blisko 3 miesiące urlopu płatnego.Współczuję wszystkim innym pracownikom,takim jak sklepowe,które mogą pomarzyć o takich zarobkach a pracują dużo więcej godzin niż nauczyciel.
Sklep w Kleszczynie powinien być dawno zamknięty. Przez ostatni czas czynny do 14 i to w sezonie przed świętami , z powodu choroby jednej z ekspedientek. Co z ludźmi pracującymi, gdzie mają zrobić zakupy? Jadą do Dino... tam można spotkać pół Kleszczyny. Rolnik sam sobie szkodzi... szkoda pieniędzy na nowych jak i starych pracowników...Ciekawe jak długo...
Gościu trochę wyrozumiałości, nie każdy ma zdrowie ze stali i powinieneś życzyć tej pani dużo zdrowia, aby mogła spokojnie pracować.
Sklep w Kleszczynie i Skicu są najlepszymi sklepami co prawda są to sklepy "starego" typu ale obsługa pierwsza klasa.