Reklama

Spłacam dług u polskiego społeczeństwa

22/11/2017 11:00
Zdobył szczyt w korporacji i zrezygnował. Szukał korzeni we Francji, która w jego oczach marnieje, a dziś sam wspiera pisarzy. I tworzy. Tomasz Kaźmierowski jest jak wino, które kocha – im starszy, tym lepszy

Zanim przejdziemy do podróży po świecie zapytam o podróże w głąb siebie. One są najciekawsze?

Często tak bywa. Dlatego moje powroty do Złotowa są coraz bardziej świadome. Uczę się wielu rzeczy o swojej rodzinie, jej otoczeniu, o Krajnie i siłą rzeczy dowiaduję się tego jak sam zostałem ukształtowany.
Bardzo długo nie miałem ochoty, a może potrzeby podróżować w głąb siebie. Zwykle młodym ludziom wydaje się, że o sobie wiedzą wszystko, a interesuje ich jedynie przyszłość i to, co dzieje się na świecie. Z czasem jednak niektórzy z nas mają ochotę zajrzeć w siebie i dostrzec nie tylko rzeczy, z których są dumni, ale też swoje deficyty, słabości, i zrozumieć skąd się biorą.

Reklama

Bywa, że ludzie boją się zostać ze sobą sam na sam. Obawiają się tego, co mogą odkryć.

Nie jest to łatwe,  niewiele osób stać na rozmowę ze sobą bez osłonek. Atrakcyjniejsze, nawet jeśli powierzchowne jest to co na zewnątrz, u innych, w komunikatorze, w mediach, w wirtualnej rzeczywistości. Dygresja: najlepsze książki jakie czytamy, to właśnie te, w których autor sięga w głąb siebie. Inna sprawa, że jest to najbardziej kosztowne.

Kosztowne emocjonalnie.

Mieszkam z przerwami od 26 lat w Warszawie i zauważam zmiany jakie zachodzą wśród ludzi mojego pokolenia i młodszych. Jeśli chodzi o bycie z samym sobą, umiejętność bycia w ciszy to oczywiście nie trudno zauważyć, że dzisiaj to coraz większe wyzwanie. Zagłuszają tę ciszę łatwo dostępnymi didaskaliami elektronicznymi.
Natomiast w Złotowie próby konfrontowania się z własnymi i rodzinnymi tajemnicami, tabu, „demonami” są bardzo trudne. Ktoś opowiadał się w 1919 roku za Polską, działał w Związku Polaków w Niemczech, prześladowano go, a jego czy jej syn był w Wehrmachcie – to zawiłe historie, których rodzice często nie przekazywali swoim dzieciom. Ja także wielu faktów o swojej rodzinie dowiaduję się dzisiaj, mając blisko pięćdziesiątkę.
Wielu z nas woli szukać łatwych, powierzchownych, chociaż może przyjemnych zajęć. Możemy przeżyć całe życie w błogiej nieświadomości.

Reklama

Na ile tę chęć szukania dawnych prawd determinował fakt, że nigdy nie poznał Pan swojego dziadka? Był nim francuski żołnierz osadzony w obozie w Złotowie.

W liceum, gdy miałem szczęście być uczniem pana Czesława Buchwalda i pokochałem język i kulturę francuską, dowiedziałem się od mamy o pochodzeniu dziadka. Próbowaliśmy go szukać przez Czerwony Krzyż, ale bezskutecznie. Może to skłoniło mnie do tych poszukiwań tożsamości w tym wąskim, rodzinnym sensie i w tym szerszym, kulturowym, zapewne trochę wcześniej niż moich rówieśników.

Po ukończeniu LO w Złotowie skończył Pan prawo na UAM w Poznaniu, a potem École Supérieure de Commerce we francuskim Breście. Kraj ten wybrał Pan licząc, że tam łatwiej zapełni dziurę w drzewie genealogicznym rodziny?[[pay]]

To przełożenie nie było tak proste, choć pewnie było w tle. Bardziej jednak byłem niepoprawnym frankofilem, bardzo często bywałem we Francji. Dziś z tej ślepej miłości już się wyleczyłem. Bo kultura we Francji się zapada. Przez 200-300 lat  Francja była „producentem” idei, nowych trendów, standardów w sztuce i wszelkich dyscyplinach użytkowych, a przy tym utrzymywała mocno swoją tożsamość. A dzisiaj jej kultura jest w regresie. Totalnym. Mecenat państwa i establishmentu ma wszystko co jest inne: arabskie, nie- lub anty-narodowe czy w ogóle mniejszościowe.

Reklama

To przez poprawność polityczną władz i elit?

Proszę spojrzeć na Houellebecq’a, który od kilku lat jest wyklęty przez francuski establishment liberalno-lewicowy, bo w książkach dramatycznie mocno zwrócił się przeciwko ustępliwej pozycji Francji wobec dominacji kulturowej innych cywilizacji. Przy tym państwo wypycha z przestrzeni publicznej chrześcijaństwo, a zezwala, by pod wieżą Eiffela modliły się tysiące ludzi zwróconych twarzami do Mekki. Te podwójne standardy niszczą rdzeń kultury francuskiej. Francuzi są dziś mało pewni siebie. Francja 20 lat temu i dzisiaj to są diametralnie różne kraje. Dlatego unikam jej aglomeracji, za wyjątkiem muzeów i galerii, wolę prowincję.

Przez blisko dwadzieścia lat pracował Pan w korporacjach - francuskich, amerykańskich, szwajcarskiej i rosyjskiej. Naprawdę są one polami do wyścigu szczurów?

Zdecydowanie tak. Choć są różne kultury korporacyjne. Amerykańska (pracowałem w Pepsi i Citibanku) wydaje mi się  najbardziej uczciwa. Brutalna, ale o jasnych zasadach gry. Amerykanie mają we krwi rywalizację, ale fair. Tyle, że nikt w Europie nie jest w stanie pojąć, że amerykański menadżer spędza na wakacjach maksimum dziesięć dni w roku, a i tak czuje się nieszczęśliwy, a przynajmniej ma poczucie winy. Coś na podobieństwo Koreańczyka czy Japończyka.

Reklama

A europejski?

Tu, zwłaszcza w Niemczech, Szwajcarii czy Francji znacznie szerszy jest wachlarz zachować niebiznesowych, koteryjnych, towarzyskich, związanych z małą lub wielką polityką. Mogą one wpłynąć na sytuację i awanse danej osoby. Korporacje europejskie, to, rzecz jasna, generalizacja,  nie dają według mnie pracownikom na tyle równych szans co korporacje amerykańskie.

Pan robił karierę we wszystkich.

Miałem to szczęście, że mówiłem dobrze po francusku, prędko nauczyłem się angielskiego i bardzo szybko awansowałem. Miałem też szczęście do dobrych szefów, cudzoziemców. Zaraz po trzydziestce byłem z zarządzie kilku banków i prezesem jednego z nich. Nie ze względu na ponadprzeciętne umiejętności, ale raczej na  umiejętność znalezienia porozumienia z ludźmi z innych kultur, na fakt iż należałem do pierwszego pokolenia mentalnie gotowego w Polsce do pracy w korporacyjnych warunkach.

Reklama

Zakładam, że zarabiał Pan bardzo dobrze, a jednak Pan zrezygnował z tego zajęcia.

To nigdy nie było moje powołanie. Zacząłem tam pracować, bo w latach dziewięćdziesiątych, gdy zaczynałem dorosłe życie, nie było wyboru. Dziś pewnie trafiłbym nie na prawo, lecz na historię sztuki czy polonistykę. Choć prawa nie żałuję, bo wykładana tam logika jest dobrą podstawą do życia w ogóle.
Moim celem pracy w korporacjach było zabezpieczenie podstaw finansowych rodziny. Nie samo gromadzenie majątku. Kiedy uznałem, że zrealizowałem cel, to odpuściłem.

Trudno było to zrobić? Pieniądze przywiązują.

Na koniec pracy byłem w zarządzie dużej rosyjskiej korporacji, która, podobnie jak wiele zachodnich, motywuje menedżerów programem rozmaitych opcji: za pierwszy rok 5% bardzo dużego pakietu, za drugi 15%, za trzeci 45%, a za 4 150%. Co roku pakiet się odnawia i działa niczym śnieżna kula. Ogromnie ciężko jest więc powiedzieć „odchodzę”. Ja to zrobiłem, a moi koledzy pewnie zostaną w korporacji do końca swojej kariery. Tyle, że oni chcieli życia w korporacji i emerytury na Florydzie.

Reklama

Po podróżach w głąb siebie zapragnął Pan poznać otaczający świat.

Podróżuję od dawna. Moje książki są reportersko – podróżnicze, ale to są moje uboczne zajęcia. Piszę regularnie lekkie, kulturowo-winiarkso-podróżnicze felietony, jednak moim głównym zajęciem jest praca nad studium pamięci Niemców, jej ewolucji, a szczególnie interesuje mnie ich widzenie Wschodu. I co to z kolei znaczy dla nas. Pracuję nad nim od jedenastu lat i myślę, że w przyszłym roku je wydam. Dlatego czasami trudno mi odnaleźć się w rozmowie o podróżach jako poważnym zagadnieniu.

Po kilku podróżach myślimy „wow, jaki ten świat i zamieszkujący go ludzie są różni”, a co myśli człowiek, który odwiedził wszystkie kontynenty poza Australią?

Jestem zwolennikiem ostrożnego niwelowania różnic między ludźmi i kulturami, nie podobają mi się ci, którzy chcą immanentyzować eschaton, sprowadzać idealny świat na ziemię już dziś. Zbyt drastyczne próby kończą się niebezpiecznymi tarciami, frustracją.

Reklama

Różnie nie są złe.

Odpowiadając na pytanie - coraz mniej chce mi się wyjeżdżać daleko. Kiedyś ciągnęła mnie egzotyka np. trzy tygodnie w Mongolii, kiedy to nie widziałem innego człowieka, tylko jaki i konie, a jadłem baraninę bez soli. Świetnie. Ale dziś ta egzotyka jest tłem dla tego, czego rzeczywiście szukam. Skupiam się na kulturach europejskich, bo one nas, mnie ukształtowały i łatwiej świadomie mi z nich czerpać. O wiele lepiej rozumiem wytwory kultury rosyjskiej, niemieckiej czy francuskiej niż koreańskiej czy tybetańskiej. A niestety dzisiaj ludzie w Europie, szczególnie zachodniej, skażeni przeświadczeniem o winie za kolonializm, drastycznie nie doceniają wytworów kultury europejskiej.  

Pana to denerwuje?

Tak, ponieważ gdy rozmawiam ze znajomymi z Francji, to oni nie widzą problemu, że ich kraj za dwa pokolenia może być krajem muzułmańskim. Nie chcę, by to brzmiało antyimigrancko, jestem daleki od takich postaw, jednak oni nie mają problemu z powiedzeniem „dobrze, niech nasza kultura zniknie”.

Reklama

Wracając do meritum – jesteśmy tacy sami, niezależnie od miejsca, w którym mieszkamy?

Na tym bazowym poziomie sądzę, że jesteśmy identyczni. Na podstawowych poziomach motywacji wewnętrznej mamy, jak się zdaje, podobną hierarchię, a więc fizjologię, bezpieczeństwo, potrzebę przynależności i miłości. Wyżej wszystko się nieco komplikuje. Różnią nas w końcu budowane przez tysiąclecia kultury. Ciekawostka. Antropolodzy badali niedawno szkielety znalezione w Mezopotamii. Porównali szczątki pierwszych rolników i żyjących równolegle z nimi myśliwych. Okazało się, że rolnicy żyli 30-40 lat i mieli sporo potomstwa, a myśliwi polowali, żywili się głównie mięsem, byli silni i często ginęli w sposób tragiczny, ale też niektórzy dożywali nawet 80 lat. Tyle, że ci drudzy mieli mniej potomstwa, bo się przemieszczali, uciekali, prowadzili niebezpieczny tryb życia. Krótko mówiąc, kultura rolników przetrwała, bo dała wystarczającą średnią jakość życia masom. Świat niekoniecznie należy do najsilniejszych i najkulturalniejszych.

Reklama

Pomagając pisarzom pan Tomasz spłaca dług, jaki zaciągnął u polskiego społeczeństwa

Poza Polską pomieszkiwał Pan w Bretanii, Paryżu, Szwajcarii, Holandii i Moskwie. A teraz odwiedził Pan Złotów. Miasto dzieciństwa ma nieodpartą moc przyciągania?

Bardzo silną. Kiedy myślę o sobie, to wiem, że tutaj mam podstawy. Określam się w znacznym stopniu według rzeczy, które przeżyłem w dzieciństwie. W Europie toczy się wielka debata o tożsamości. Proszę zauważyć, że silne cywilizacje, przewodzące dziś Europie, jak Niemcy mają silne, bardzo głęboko przepracowane poczucie tożsamości. Niemiec jest najpierw mieszkańcem swojej wioski, potem Saksonii, a na końcu RFN.

Pan jest przede wszystkim złotowianinem?

Oj, złapał mnie Pan za słowo. Proszę spojrzeć szerzej, na to jak Europa próbuje poganiać Polskę, Czechy czy Węgry do integracji. Tyle, że nasze narody rozwijały się nieco inaczej, szczególnie przez  tę komunistyczną dziurę w historii. I nie miały czasu na komfort przerobienia wymuszonych zresztą zmian w swojej tożsamości. Kiedy to określimy, możemy myśleć o łączeniu się i szukaniu wspólnych wartości. Wie pan, że z wyjazdem np. do Anglii lepiej radzą sobie Wielkopolanie, czy Ślązacy niż mieszkańcy Warszawy czy Trójmiasta? Ci pierwsi mają zazwyczaj silne korzenie. W dużych miastach Anglii są już polskie ulice, a na nich sklepy śląskie, góralskie i wielkopolskie.

Reklama

Blogów i książek podróżniczych jest na rynku wydawniczym od zatrzęsienia. Pan swe wojaże opisuje oryginalnie - atramentem z wina.

Wino jest wytworem europejskiej kultury, który jest bardzo wdzięczny do myślenia o sobie i innych. Wino jest tasiemką, po której można iść i prowadzić swoje obserwacje. Natomiast nie przeceniałbym jego roli w historiach, które próbuję opowiedzieć.

Jest Pan znawcą win?

Amatorem – znawcą. Szanuję profesjonalistów, a jest ich w Polsce już kilkudziesięciu. Z winem jest tak, że aby je dobrze poznawać trzeba mieć, oprócz zainteresowań, pewne cechy anatomiczne (ja mam niezłe kubki smakowe, ale gorsze powonienie). O winie w sposób kompetentny może się wypowiadać ktoś, kto go wypił bardzo dużo. To jak trening. Winiarstwo wygląda na zamknięty klub raczej starszych ludzi, ale to dlatego, że ci starsi przeszli kilkadziesiąt lat takich treningów. Chętnie ich słucham, choć pilnuję się, by dla mnie to była przyjemność.

O swojej książce, wyborze felietonów „Winnik. Krople z podróży”  mówił Pan w TVP Kultura (Studio Kultura Rozmowy) i Polsacie (Prawy do Lewego). Można powiedzieć, że jest Pan autorem uznanym?

Ledwie, gdzieniegdzie znanym... Polski rynek wydawniczy ma dużą lukę jeśli idzie o literaturę łączącą kulturę i wino czy sztukę, czyli to czym próbuję się zajmować. Troszkę na tym bezrybiu moje dwie książki zostały zauważone. Tym bardziej podchodziłbym do tego skromnie.

Ale jest Pan autorem popularnym? Regularnie publikuje Pan felietony w Public Relations, a okazjonalnie w tygodniku Do Rzeczy i miesięczniku WINO.

Te tytuły docierają może do 100 tys. czytelników, to już jest jakaś liczba. Pamiętajmy jednak, że jeśli ktoś dzisiaj chce dotrzeć do szerokiej rzeszy odbiorców, musi być obecny w mediach społecznościowych.

Pan prowadzi bloga „Krople z podróży”.

Nie koncentrowałem się jednak na promocji książek, bo skupiam się na studium o Niemcach, o którym wspominałem. Poza tym nie bardzo umiem ocenić ten pęd na budowanie followersów przez wydawnictwa czy autorów. To trend komercyjny, który rozjeżdża się z jakością. Dzisiaj wszyscy mają na ustach panią Bondę, która publikuje kryminały (niczego jej nie ujmując), a mało kto słyszał na przykład o Dakowiczu – bardzo wartościowym poecie. I kiedyś proporcje literatury popularnej i tej „wyższej” były podobne, jednak obserwujemy geometryczny postęp w poszerzaniu tego rozziewu.  

Treści udostępniane w Internecie są często lakoniczne, sensacyjne, a przez to mniej wartościowe.

Profesjonalni ludzie i technologie pracują nad tym, by komercyjny przekaz w sieci uprościć sprowadzając go do czegoś w rodzaju ogni sztucznych – zauważymy, ale na chwilę, bez żadnego głębszego kontekstu. Ten przekaz jest płytki i wcale ludzi nie ubogaca. A przy tym czytelnictwo książek, które tę pogłębioną wiedzę często oferują, spada. Mam córki w wieku 12 i 15 lat, które co prawda czytają, ale wolą komunikatory elektroniczne. Wielu ich rówieśników nie bierze książek do ręki w ogóle. A przecież te osoby za 20-30 lat będą decydować o naszym świecie. Nie mając niestety pogłębionej wiedzy na temat etyki, moralności, historii materialnej, ogólnie o świecie.

Ludzie słowa, pisarze często są zazdrośni o sukcesy innych. Tymczasem Pan założył Fundację Identitas, która nagradza pisarzy oraz wspiera stypendiami talenty literackie. Jednym z laureatów Nagrody Identitas był Jarosław Marek Rymkiewicz.

Nie mam potrzeby bycia najważniejszym. Pomagam innym dlatego, że część moich kolegów od dawna starała się coś publikować, w bardzo ciężkich warunkach lat 90- tych, podczas gdy ja wybrałem trochę bardziej praktyczne zajęcia. Miałem trochę szczęścia w życiu zawodowym i teraz staram się spłacać długi. Bo każdy, kto kończył uczelnie państwowe był kształcony przez podatników. Ktoś wyjedzie do Norwegii pracować za lepsze pieniądze, rozumiem go, a ja mogę coś z tego długu społecznego zwrócić. Robię to w fundacji.
Jeśli zaś chodzi o zazdrość, to próbą dla mnie będzie wydanie książki, nad którą pracuję ponad dekadę. Wkładam w nią wiele energii, uczuć i pieniędzy, więc pewnie będę miał cienką skórą czytając jej recenzje. Nie dziwię się więc pisarzom z dorobkiem, że są tak wrażliwi. Kiedy efekt ich długiej pracy w samotności wykwita wreszcie w postaci książki, która zawiera często znaczne stężenie ich własnych, głębokich uczuć, myśli, obserwacji, to nie sposób dziwić się napięciu, choć przecież widzimy to tylko w niektórych wypadkach...

Podróże, wina, szukanie siebie – wszystko to brzmi romantycznie. Taką ma Pan duszę?

Bardziej refleksyjną. W felietonach zachęcam, byśmy patrzyli na siebie, na to jak reagujemy na innych, jakie postawy u nich wywołujemy, wówczas więcej dowiemy się o sobie.

Romawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości