Reklama

Strach mam we krwi

28/07/2013 00:00
Powiem jak Ojciec Święty: Przebaczyć trzeba, ale zapomnieć nie wolno. Za to, co nam zrobili, żeśmy byli Polakami. Wołali nas Lachy. Lachów trzeba wyrżnąć

Zdarzyło się w sobotę. Piękna noc była, taka jasna i księżycowa. Z pierwszym maja przyszli, krew rozlali.

To są super przyjaciele - tydzień wcześniej powiedziałby Antoni Gajewski. Powiedziałby tak i dziś, gdyby nie te siekiery. – Ja w domu nie byłem, ale rodzice wchodzili i mówili, że krew na suficie była. Psa mieli takiego malutkiego, to ten pies wbiegał do domu, wybiegał i tak w powietrze wył, że rozpacz była – łzy rozpaczy i teraz po policzkach lecą. Pan Antoni pamięć ma dobrą, to i czemu lecieć by nie miały.

Antoni Gajewski, rocznik 1930. Siedzi w mieszkaniu z wielkiej płyty, w rękach książkę o Tajkurach trzyma.

„10 kilometrów na wschód od Zdołbunowa Tajkury, wieś położona w okolicy czarnoziemnej, z podkładami kredy i wapna... Na wzgórzu stał czworoboczny zamek Wiśniowieckich, z basztami, który w 1825 r. spłonął. W 1875 hr. Aleksander Iliński sprzedał żydom na rozbiórkę. Zachowały się jedynie niewielkie resztki, do niedawna własność Hulanickich, obecnie państwowa. U stóp góry zamkowej barokowy kościół z roku 1710 fundacji wojewody podolskiego Wawrzyńca Pepłowskiego, którego portret znajduje się w kościele. (…) Na drugim wzgórzu murowana cerkiew, również fundacji Pepłowskich z r. 1731. 1 km na północ od wsi około 200 mogił, zarośniętych sosenkami i brzozami, gdzie wedle podania rozgromiono Tatarów” - podaje „Ilustrowany przewodnik po Wołyniu” doktora Mieczysława Orłowicza, Łuck, 1929 rok.

Pan Antoni przewodnika nie szuka. Przeszklonymi oczami widzi trakt z gliny i czarnoziemu ubity, kościół, co w nim tata ślub brał i on sam Boga pierwszy raz spotkał. I gdzie go postradał.
Bo sąsiedzi sąsiadów pomordowali.

Zaświeca się i gaśnie

Z 30 kwietnia na 1 maja 1943 roku trzynastoletni Antoś z ojcami u muzykanta nocował. Wujek Ogrodniczuk u Ukraińców na chrzcinach, weselach grał, to i go szanowali. Dom miał murowany z kamienia, kryty porządnie, puścić z dymem by go było trudno. – Podpalić go nie mogli, bo obok zaraz mieszkali Ukraińcy, przez drogę taką wąską jak ten pokój – A. Gajewski ledwo rusza drewnianą laską. Odkąd usiadł w fotelu najczęściej przebiera powiekami. Oczy zwilża.

- Moja mama czuła, że coś jest nie tak w tę noc. Było gdzieś po dwunastej, ona w tym okienku siedzi i mówi: coś u Kikinderów się dzieje. Do nich było jakieś pięćdziesiąt metrów. Tam tak światło zaświeca się i gaśnie, zaświeca i gaśnie. Tam ich mordują chyba.

A wujek mówi: a tam, mordują. Może Niemcy przyjechali, bo syn Kikindera był zatrudniony jako goniec w gminie ukraińskiej – następnego dnia trzynastolatek przekona się, że to nie Niemcy zabijali ostrzem siekiery.

- Nie minęły jakieś dobre dwie godziny – idą. Stryjek, mama i tata patrzą przez tę szparkę w oknie, no idą blisko, widać ich jak nie wiem. Wujek miał psa złego, ten zaczął szczekać.
Niemcy, Ukraińce?
Pies leciał do nich, to jeden złapał kamień i powiedział: paszoł won ty sukinsynu.
Ukraińce.
Tata patrzył na nasze mieszkanie. Widać było, bo piękna noc była, śliczna, księżycowa taka. Podleciał jeden z ulicy, pomacał za zamek i słychać było: job ich mać, nie ma ich w domu. Uszli.
[[reklama]]
To piękna para była

Gajewcy tydzień przed majem zginąć mieli. Ukraińcy dom im okradali, jeden między nich stopę wstawił i za zamek pociągnął. Słowo palec z cyngla cofnęło. - Dość, dość, starczy – powiedział krewny leżących na śmierć. - Tata, kuzyn nas uratował – mówił później Antoni. - Poznałem tego chama po głosie – odpowiadał ojciec. Tak Gajewscy mordów dożyli.

1 maja trupy Polaków w Tajkurach w powiecie wołyńskim rozsiane były po całej wiosce. Podobnie jak 13 listopada 1942 roku, gdy Ukraińcy wymordowali pięćdziesięciu Polaków we wsi Obórki z powiecie łuckim. I jak w lutym 1943 roku, gdy wymordowali sto siedemdziesiąt trzy osoby we wsi Parośla.

- U Kikinderów była piątka. Przyjechała do nich siostra z Równego pomóc im przy sadzeniu ziemniaków, bo to był akurat czas.
Masakra.
Wskoczyli do domu. Wyprowadzali ich z takiego pokoiku małego do dużego. Najpierw ojca położyli, przykryli jakimiś kołdrami i w głowę siekierą. A tamci czekali na swoją kolej.
Później matkę. Po matce siostrę, tę co przyjechała pomóc im. Po siostrze tego syna, co był gońcem w biurze ukraińskim. Później była córka – piękna dziewczyna, Lucyna. Był też syn z mojego rocznika, miał 13 lat.

Poszli kawałek dalej, zabili Ukraińca. Piękny chłopak był – grał na gitarze, śpiewał. Chodził do tej Lucyny Kikinderów. Kochali się po prostu. Przed wojną brali Polaki Ukrainki, Ukraińcy Polki i była zgoda.
Polecieli na dół na Podzamcze. Tam mieszkał Janusz, miał dwie córki. Nie wpuszczał ich. Podpalili mieszkanie, córki bały się, że się spalą. Uciekły, to je zastrzelili. A on, syn i matka zostali żywi.

Na dole też Ogrodniczuk mieszkał. Na oknach takie skrzynie z flancami pomidorów stały. Rzucał w nich co miał w domu. Zmęczony był, usta miał otwarte, to kula mu trafiła prosto w zęby i wyszła koło ucha. Wparowali do domu. Żona była i syn. Syn był młodszy dwa, trzy lata ode mnie, wskoczył pod stół, a oni do matki dopadli. Matkę w głowę siekierą, zakryła głowę, to odciął jej dłoń, ale została przy życiu. A ten chłopak był pod kołdrami, łachmanami. Pomyliło im się, ile tych osób.
Ogrodniczuk skoczył przez okno i uciekł. Strzelali za nim. Bali się, bo niedaleko było do Zdołbunowa, że powie Niemcom i Węgrom. A Węgry byli za nami bardzo.
[[nowa_strona]]
Tak po sześćdziesięciu siedmiu rodzinach chodzili. Robili to wtedy jeszcze wybiórczo. Szukali najbardziej zatwardziałych, uczciwych Polaków – pan Antoni dopiero teraz podnosi spuchnięte zasłony z oczy. Ściska w ręku książkę „Tajkury wioska która była miastem” (pisownia oryginalna) Romualda Wernika. Jest dla niego jak biblia. Ukraiński autor napisał w niej, że wstydzi się za swoich rodaków. Dlatego też z polskim wojskiem poszedł na wojnę.

W kajdanach u Polaków

W Tajkurach wojna była jedna, ale kilka razy. Najpierw byli Ruscy. W niedzielę przyszli tym traktem jak asfalt, co wił się od Ostroga po Równe. - Ukrainiec jeden przyjechał na rowerze (Krawczuk się nazywał), w butach oficerkach, czarnych z cholewami, w krawacie. „Towarysz, myśmy byli 25 lat w niewoli. Kajdany nam Polaki założyli.” A ten oficer Ruski tak patrzy na niego: „dobra, dobra, haraszo.” A do oficerów powiedział: „Popatrz, buty na nim aż się święcą, przyjechał na rowerze, krawat, koszulka, garnitur i on mówi, że on był w niewoli 25 lat. On sukinsyn teraz zobaczy niewolę dopiero.”

Romuald Wernik w „Tajkury...” napisał: „W pierwszym okresie okupacji sowieckiej miały miejsce mordy Polaków przez Ukraińców, ale były one przeważnie o podłożu bądź rabunkowym, bądź porachunków. Mordowano w pierwszym rzędzie policjantów, czasami wraz z ich rodzinami. Powtarzają się pogłoski, wymagające rozpracowania, że władze sowieckie dały Ukraińcom wolną rękę, by w ciągu kilku dni mogli rozprawić się z polskimi „panami”.”

Potem przyszli Niemcy i Węgrzy. 1 maja 1943 roku wieś odwiedzili, zobaczyli, jak sąsiedzi porachunki stalą załatwili. – Węgrzy ustawili Ukraińców jednego przy drugim, karabin przed nimi postawili. Co z nimi zrobicie? – pytaliśmy. „A to, co oni z wami zrobili – pociągniemy za cyngiel i będzie po krzyku.”

Ale za jakieś pół godziny przyjechała żandarmeria niemiecka. Wysiadł taki grubas z tego samochodu, popatrzył, coś z tym węgierskim oficerem pogadał i puścili tych Ukraińców – złotowianin wbił wzrok w sufit. Może o pomstę woła.

Na końcu polskie wojsko szło, ale z Rosjanami. - Polacy chcieli, żeby stary dał im dwie doby wolności tam na Ukrainie. Wtedy byłaby czystka. Byliby ich wycharatali tych Ukraińców większość. A ci tak patrzyli: Polaki idą. Chowali się, nie stali na drogach. Polacy wiedzieli, że patrzą na nich.
[[reklama]]
Kulturalni ci Polacy

Boisko na zamku w Tajkurach trudno było wzrokiem ogarnąć. Dzieci też rozróżnić nie szło. Bo i po co. Ukraińskie czy polskie – tak samo piłkę kopały, jednakowo płakały, gdy kolanem natarły na kamienną podłogę. - Dzieci chodzili do szkoły, mieli swój język ukraiński. Kto z Polaków chciał chodzić na język ukraiński, to chodzili dzieciaki (bardzo mało).

Czesi też tam byli (Czechów nie mordowali Ukraińce), niemieckie kolonie były. Sobota – niedziela było tam pełno luda – 83-latek znowu zamknął oczy, ruchem warg cierpienie odmierza. Tolik Siemieńczuk mu się przypomniał – Ukrainiec, który Polaków wolał. 1 maja 43’ śmiercią to zaświadczył. Gajewcy jego matkę odwiedzili, a ta plecami do nich odwrócona mówiła: „Toluś, synu kochany, twoi przyjaciele przyszli cię pożegnać. Zawsze mówiłam: nie idź do Polaków. A ty mówiłeś: mama, to są bardzo kulturalni ludzie, a Ukraińce to są nic nie warci. Ja do nich chodziłem i chodzić będę. I widzisz co ci zrobiono.

Do rodziny Antoniego: „Uciekajcie kochani, bo was tak samo załatwią.”
- To była godzina dziewiąta. O jedenastej przyszliśmy jeszcze raz do nich i moja mama mówiła: Siemieńczukowa, powiedzcie, poznali wy ich czy nie? Kto to mógł być?
A usta były zaszyte. Nic, ani słowa nie powiedziała. Czyli ostrzegli ją widocznie, że jak będzie nam coś mówić, to załatwią ją jak jej syna – ciężar tamtego milczenia złotowianin nosi do dziś.
- I dzisiaj nasz Sejm śmie to nazwać czystką etniczną. To było normalne ludobójstwo. Sąsiady mordowali Polaków, z którymi 25 lat żyli. Dziecko złapał za nogi, walnął o taką betonowa studnię i rzucił na bok, a matka piszczała jak nie wiem, to wziął ją zastrzelił. No po prostu się znęcali, nie mordowali, znęcali się najpierw. Rąbali ręce, nogi, wykłuwali oczy, księdza potrafili rozebrać do naga, związać, położyć na takim koziołku co się rżnie drzewo i rżnęli go tą piłą żywcem – Antoni Gajewski opiera się także na wspomnieniach innych świadków masakry, które przeczytał.

Te dumki ładne mają

Wspomnień podobnych do tych Antoniego Gajewskiego są setki. W wyniku eksterminacji Polaków przez Ukraińców zginęło nawet sto tysięcy naszych rodaków (historycy nie są zgodni co do liczby). O powodach rzezi na Wołyniu w artykule „Pierwszoprzyczyna mordów ukraińskich” (Orzeł Biały – Londyn, czerwiec-lipiec 1996) pisał ukraiński politolog W. Poliszczuk. Doszedł on do wniosku, że tkwiła ona w „nacjonalizmie ukraińskim, w jego ruchu zorganizowanym w postaci powstałej w 1929 roku Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz ideologii ukraińskiego nacjonalizmu”. UON i UPA rzuciły hasło: Niemców przepędzimy, Sowietów nie wpuścimy, Polaków wyrżniemy. Nie mając siły, by wprowadzić w życie dwa pierwsze zadania, współpracując zresztą z Niemcami, zaczęły wyrzynać masowo ludność polską.
[[nowa_strona]]
Pan Antoni, choć wychował się wśród Ukraińców, nie potrafi wytłumaczyć sobie ani innym, dlaczego sąsiedzi sąsiadom zgotowali ten los. - To byli super przyjaciele, razem się bawili za okresów II Rzeczpospolitej. Polacy nie chodzili na zabawy ukraińskie, oni przychodzili do nas. Polacy ich chętnie przyjmowali pod warunkiem, że miało być spokojnie. Kowal Saszka grał na harmonii, wujek na skrzypcach. Ukraińce z Polakami śpiewali razem pieśni polskie, ukraińskie. Te dumki mają bardzo ładne. To trzeba przyznać, że bardzo ładnie śpiewają.

Wszystko było dobrze. Co się stało? Nienawiść jakaś. Nienawiść po prostu, nic więcej. Bandera namieszał, a oni nie mieli sumienia. Nie wiem…
[[reklama]]
A. Gajewski przeżył, bo uciekł z rodziną wraz z węgierskim wojskiem do Zdołbunowa. W mieście bezpieczniej było, choć Ukraińcy dwa razy próbowali je zdobyć. Węgrzy ich nie dopuścili. – Dopóki my tu jesteśmy, będziemy was bronić - mówili – staruszek wspomina wizyty węgierskich żołnierzy w domu wujka, u którego się schronili. - Przychodzili do ojca, bo ojciec umiał takie pierścionki robić. Węgrzy to jakiś cygański naród, lubią te błyskotki na rękach nosić. Przynosili pieniądze srebrne i ojciec robił im takie plecionki. Co tak strzelali w nocy? pytał. „A, Ukraińce chcieli was załatwić.”

A potem Rosjanie kazali Polakom jechać do Polszy. Tajkur pan Antoni nigdy już nie widział. Chyba że na szarych zdjęciach w tej książce Wernika. Bo Tajkury kocha, ale i się ich stracha. - Ja bym się bał tam jechać w tej chwili też. Chyba z jakimś wojskiem – mówi mężczyzna i ściska jasną rękojeść laski. Czego by się obawiał? - A ich jeszcze. Ja mam we krwi ten strach. Na noc bym tam nie został. Pieszo bym zasuwał dwadzieścia kilometrów do miasta. Jak cholery Ukraińce to przeczytają, to mnie zaszlachtują. Jest ich tu pełno, ja się ich boję.

Łukasz Opłatek

Pisząc artykuł korzystałem z książki Romualda Wernika „Tajkury wioska która była miastem” – egzemplarza podarowanego Antoniemu Gajewskiemu przez księdza Romana Podhorodeckiego. „Kochanemu Antosiowi Gajewskiemu ciotecznemu bratu z Wołynia... z prośbą aby pomodlił się za tych, którzy zginęli i za tych, których Opatrzność Boża zachowała, aby świadczyli.”

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości