Trzy lata temu Tomasz wrócił z pracy i planował jeszcze jechać do lasu „robić” drewno. Dzień wcześniej będący u nich w domu pod opieką teściu miał amputowaną nogę. Zamiast do lasu Tomasz Krajniak trafił jednak do szpitala, gdyż doznał rozległego udaru. Gdyby to spotkało go w lesie, pewnie już by go nie uratowano. Sam nie pamięta, jak do tego doszło, po prostu obudził się w obcym dla siebie miejscu, które okazało się oddziałem intensywnej terapii w Pile. Do Poznania go nie transportowano, gdyż nie wierzono, że przeżyje.
Gdy mąż trafił na oddział intensywnej terapii w Pile to pani ordynator spytała tylko, czy jesteśmy wierzący, bo jeśli tak, to mam szukać księdza, bo tu nic innego nie pomoże
Reklama
– opowiada żona Tomasza, Ania. Był w śpiączce, sztucznie podtrzymywano go przy życiu. Kiedy się wybudził przeniesiono go na neurologię, ale nadal był sparaliżowany.
Pani doktor powiedziała mi, abym modliła się, żeby umarł, bo będzie już tylko roślinką
– wspomina pani Ania. W takim stanie miała zabrać go do domu.
Pani to weźmie
– usłyszała od lekarki. To TO to był człowiek, jej mąż. W poniedziałek miał jechać do domu, ale w sobotę doszło u niego do rozdwojenia aorty. Wtedy żona Tomasza otrzymała telefon, żeby przyjechać się pożegnać – przekazano jej informację, że jeśli mąż przeżyje do poniedziałku to zawiozą go do Poznania. Na szczęście przeżył i przeszedł zabieg wstawienia stena w Poznaniu, po czym wrócił do Piły, tym razem w stanie śpiączki farmakologicznej. Nadal nie dawano mu szans na przeżycie. Mózg miał cały zalany krwią. Został zresztą przeniesiony na oddział paliatywny. Paradoksalnie tam właśnie ożył.
Na paliatywnym się obudził, ale to, co zobaczył, nie było budującym widokiem.
Pamiętam jak do południa umarł pacjent po jednej mojej stronie, a po południu ten po drugiej. To było straszne
– przypomina sobie Tomasz. On sam nigdy nie pomyślał o tym, że może umrzeć. Opowiada, że był już u bram św. Piotra, ale ten go odesłał, bo ma jeszcze rolę do spełnienia na ziemi, ma tu przecież dwójkę dzieci i żonę. Zaczął więc walczyć. Nadal jednak nie mógł się ruszać i sam jeść, więc był karmiony prosto do żołądka. Pielęgniarki podawały mu w ten sposób zblendowane zupki, ale pewnego dnia, gdy siostra na chwilę wyszła do sali obok, po powrocie zorientowała się, że kubek z zupką jest już pusty. Ku jej niedowierzaniu Tomasz sam ją zjadł, bo był głodny i nie chciał czekać.
Gdyby mąż tej zupki sam nie zjadł, to pewnie do dzisiaj by był karmiony
– gorzko żartuje żona. Ciągle zmagał się też z wysoką gorączką i zapaleniem płuc, a jego stan to była przez pierwsze siedem miesięcy huśtawka. Tego, czego wtedy bardzo brakowało choremu i rodzinie, to wsparcie psychologa. Z takim specjalistą nie mieli styczności w Pile.
Brakowało lekarza, który dałby nam wsparcie w tych trudnych chwilach
– z żalem opowiada Magda. Niemniej stan zdrowia Tomasz się poprawiał i przeniesiono go do Białogardu.
Tam miał się rehabilitować, ale na początku był praktycznie pozostawiony sam sobie.
Posadzono mnie w kącie i kazano coś tam ćwiczyć, ale praktycznie byłem sam
– dziwi się takiej sytuacji mieszkaniec Jastrowia. Ciągle jednak mówił, że chce chodzić i wreszcie doczekał się rehabilitanta. Współpraca z Marcinem przyniosła rezultaty i po miesiącu Tomasz zaczął się poruszać, niepewnie i przy pomocy chodzika, ale zawsze. Miał też kontakt z psychologiem, z którego z chęcią korzystał.
Dobrze jest się tak komuś wyżalić i wysłuchać cennych porad
Reklama
– komentuje Tomasz. Pamięta też, że ciągle dopominał się o więcej jedzenia, chociaż te dwie kromki chleba, parę ziemniaczków. Po tych przejściach ważył około 65 kg, a jest wysokim mężczyzną (190 cm wzrostu). Dzisiaj waży już 100 kg i widać po nim, że jest to jego normalna waga, więc trudno sobie wyobrazić go aż 35 kg chudszego. Z Białogardu wrócił do domu z rozległą i mocno doskwierającą odleżyną na plecach.
Cudownego powrotu do zdrowia nie byłoby pewnie gdyby nie wsparcie rodziny i innych osób dobrej woli. Żona czuwała przy mężu i dopingowała go do rehabilitacji, przyjeżdżając pociągiem do Piły i Białogardu. Co tydzień dzwonił także wujek z Lublina.
Bądź silny, nie poddawaj się
– powtarzał. Ogromną motywację dla niego stanowiła także dwójka dzieci: siedmioletni wówczas syn i trzynastoletnia córka. Na początku nie byli w pełni świadomi tego, co się stało, ale przyszedł czas, kiedy po raz pierwszy odwiedzili tatę w szpitalu. Na taki widok nie dało się ich przygotować. Gdy zobaczyły Tomasza w takim stanie długo nie dało się ich uspokoić. Zresztą przez cały ten czas dotkliwy był dla nich brak ojca. Mimo to wszyscy razem sobie jakoś radzili, choć nie było łatwo także ze względów finansowych. Tomasz rok czekał na przyznanie renty, a jego żona nie zawsze mogła liczyć na zasiłek opiekuńczy. W wielu sytuacjach pomocni byli jednak bliscy oraz sąsiedzi. Można było na nich liczyć i są wsparciem do dzisiaj. Od sąsiadki Tomasz dostał rower stacjonarny, na którym zawzięcie ćwiczył od rana do wieczora, aby tylko odzyskać formę, a sąsiad zawsze służy pomocą jako kierowca. Nie można także pominąć roli domowego pieska, który jest pupilem Tomasza. Podobno nawet w szpitalu po przebudzeniu pierwszą rzeczą, o jaką zapytał chory, był właśnie ukochany zwierzak. Teraz co rano przychodzi i budzi Tomasza, wyciąga go na dwór. Dzięki temu zapewnia mu rehabilitację.
Tomasz Krajniak jest już w domu z rodziną, porusza się wciąż przy pomocy chodzika i dalej marzy o tym, żeby chodzić samodzielnie.
Dla niektórych może to mało, ale dla mnie to, że jest on już w stanie sam zjeść czy pójść do łazienki to bardzo dużo
– mówi jego żona. Od kiedy wyszedł ze szpitala nie miał styczności z fachową rehabilitacją i sam walczy o swoją sprawność. Dopiero sąsiadka Kasia Bożek pracująca w Zabajce skierowała nas do fundacji Złotowianka.
Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy, że można uzyskać tego rodzaju pomoc, mało się o tym mówi, że są tu takie organizacje, które mogą pomóc
Reklama
– opowiadają Krajniakowie. Wierzą, że dalsza rehabilitacja pozwoli Tomaszowi samodzielnie chodzić.
Nie zależy nam na pieniądzach, bo choć nasza sytuacja finansowa nie jest super, to byliśmy w gorszej i jakoś przeżyliśmy, więc i teraz damy radę. Chcemy tylko rehabilitacji dla męża
– o największej potrzebie opowiada Anna Krajniak.
Moim marzeniem jest pójść na grzyby z synem i pieskiem
– dodaje Tomasz, który co jakiś czas powtarza, że najważniejsza jest silna wola, nie wolno się poddawać. Nigdy. Dla niego nagrodą było to, jak ostatnio udało mu się chodzikiem dotrzeć na pobliski orlik i zobaczyć, jak jego syn gra w piłkę.
Dawał sobie radę ze starszymi, twardy zawodnik
– mówi z dumą ojciec.
Jednak nie tylko chodzenie pozostaje problemem Tomasza. Musi cały czas kontrolować swój stan zdrowia i chodzić na badania, bo jest spore prawdopodobieństwo, że sytuacja może się powtórzyć. Dlatego w tak upalne dni, jakie mieliśmy ostatnio, woli zostawać w domu.
Państwo Krajniakowie, dzieląc się swoją historią chcą, aby była ona nadzieją dla innych, pocieszeniem dla ludzi i rodzin, które znalazły się w takiej sytuacji, w jakiej byli oni.
Oglądam czasem „Sprawę dla reportera” i mam ochotę chwycić za telefon i zadzwonić do tych ludzi, tragicznie przez los doświadczanych, aby się nie poddawali. My też przez to przeszliśmy i się udało
– opowiada o swoich uczuciach Ania.
Niech więc los Tomasza Krajniaka i to, co przeszła jego rodzina będą nadzieją i pocieszeniem dla innych, ale warto by było, aby takie historie brali sobie do serca także lekarze i osoby odpowiedzialne za służbę zdrowia. Może dostrzegą, jak ważne jest nastawienie psychiczne pacjenta, jaką rolę odgrywa pomoc rodziny i wyjdą temu naprzeciw.
Pomóc Tomaszowi Krajniakowi w rehabilitacji można dokonując przelewu na konto fundacji „Złotowianka” o numerze SBL Zakrzewo 25 8944 0003 0002 7430 2000 0010
z dopiskiem w tytule przelewu:
darowizna dla Tomasz Krajniak K/176
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
"Pani doktor" widzę pełna profeska... Czy ona w ogóle umie rozmawiać z pacjentami? Z całej tej historii nasuwa się jedna konkluzja.. Gdyby sprawniej działała służba zdrowia, Pan Tomasz byłby prawdopodobnie już w pełni sprawny. Wyszedł ze szpitala z odleżynami?? No proszę... Sam miał się rehabilitować? A teraz na własną rękę szukać? Oj... Kiedy coś się zmieni w naszym kraju w tej dziedzinie...? Panu Tomaszowi życzę powrotu do zdrowia, spacerów w lesie z synem, a Jego żonie dużo siły i wytrwałości w opiece nad mężem.
Szanowna Redakcjo, może by jednak poprawić ten błąd w tytule?
Najwidoczniej według autora on był za światami... ;) Pozdrawiam.
"Zza światów". Czy Wy nie macie tam nikogo, kto zna język polski? Mówi się o zaświatach, więc "wrócił z zaświatów" jeżeli już, panie Guhs.
Ty i ten św.Piotr...
Żenadą jest Twój wpis, ludzie którzy nie otarli się o śmierć mogą tylko tak myśleć, trzeba mieć siłę aby otworzyć się i innym przekazać dramatyczne przeżycia jakie doświadczyła ta rodzina, sama to przeszłam, aby mieć siłę i walczyć z chorobą trzeba o tym mówić nie zamykać się, no cóż w takich sytuacjach pieniądze też są potrzebne. Warto pomagać innym, którzy oczekują pomocy. Ile serca oddasz innemu tyle wróci do Ciebie gdy Ty będziesz w potrzebie.
To kronika szpitalna czy gazeta a po za tym to oni chyba tylko to opisali bo kasy potrzebują żenada
Witam też jestem po udarze niedokrwienny chociaż mam tylko 36 lat i minęło juz 19 miesięcy od tego feralnego dnia i życzę Panu dużo wiary w siebie i w swoje możliwości i co najważniejsze nie bać się ze to dziadostwo wruci wiem ze nie jest to nic prostego Trzymam kciuki Zdrowia i siły życzę
"Pani doktor" widzę pełna profeska... Czy ona w ogóle umie rozmawiać z pacjentami? Z całej tej historii nasuwa się jedna konkluzja.. Gdyby sprawniej działała służba zdrowia, Pan Tomasz byłby prawdopodobnie już w pełni sprawny. Wyszedł ze szpitala z odleżynami?? No proszę... Sam miał się rehabilitować? A teraz na własną rękę szukać? Oj... Kiedy coś się zmieni w naszym kraju w tej dziedzinie...? Panu Tomaszowi życzę powrotu do zdrowia, spacerów w lesie z synem, a Jego żonie dużo siły i wytrwałości w opiece nad mężem.
Błąd usunięty. Dziękujemy za czujność.
Szanowna Redakcjo, może by jednak poprawić ten błąd w tytule?