Dlaczego lider klubu radnych ''Wspólna sprawa'' nie wystartował na wójta? Jakie zastrzeżenia ma do jakości pracy w Radzie Gminy Zakrzewo? Z Krzysztofem Doroszukiem rozmawia Piotr Steffen
Co połączyło Pana z Czesławem Greczyło, Januszem Zawadzkim i Stanisławem Pasiszem, że założyliście klub radnych? Dlaczego on powstał?
Z potrzeby. Gdy osiem lat temu byłem w Radzie Gminy Zakrzewo, to po wyborach usiedliśmy do stołu całą piętnastką i podzieliliśmy pewne kwestie w radzie. Nie patrząc na to, kto z jakiego startował komitetu, a bardziej oceniając sytuację pod kątem tego, kto co potrafi i gdzie może się przydać. Po ostatnich wyborach sytuacja była diametralnie różna. Radni z komitetu wójta, który wprowadził do rady większość, razem z komitetem Andrzeja Ruty i Tadeusza Drobczyńskiego sami rozdzielili funkcje w radzie. Pozostałych radnych jedynie poinformowano, kto jakie będzie zajmował stanowiska. Oczywiście wspomniana grupa obsadziła wszelkie możliwe funkcje. Nawet komisję rewizyjną w komplecie obsadzono członkami tamtych komitetów, podczas gdy jest przyjęte, że właśnie tę komisję oddaje się radnym spoza zwycięskiej grupy, pokazując w ten sposób, że nie ma się zamiaru niczego chować. Tutaj wzięto wszystko, co było możliwe. Zostało nas czterech, trzech z komitetu ""Wspólna sprawa"" i ja (przypomnę, że startowałem z własnego komitetu). Poza tym niedawno zmienił się statut rady gminy. Kiedyś każdy radny miał możliwość zgłaszania projektów uchwał, obecnie inicjatorami podjęcia uchwały musi być minimum trzech radnych. Wyszliśmy z założenia, że jeśli w tej sytuacji cokolwiek chcemy zdziałać w radzie, powinniśmy założyć klub. W tej czwórce jest aż trzech doświadczonych radnych – ale nie chciano skorzystać z naszej wiedzy i naszych usług – jedynie Stanisław Pasisz jest radnym pierwszą kadencję.
Rozumiem, że to Pan zainicjował powstanie klubu i jest jego liderem?
Nie ukrywam, że trochę znam się na samorządzie, nawet studia podyplomowe robiłem z prawa lokalnego, a konkretnie ze stanowienia prawa w gminach – choć, jak widać, dla niektórych nie jest to argument przemawiający za możliwością podjęcia współpracy z osobami, które posiadają określoną wiedzę czy doświadczenie. Dlatego postanowiliśmy powołać koło radnych.
To ma być opozycja tylko względem większości radnych, czy również wobec wójta?
Nie chodzi nam o tworzenie personalnej opozycji względem nikogo. Chcemy mieć głos w tej radzie i to wszystko. Gdy konstytuowała się rada i startowałem na przewodniczącego powiedziałem wyraźnie, że będę pilnował jakości stanowienia prawa, ale to absolutnie nie oznacza, że jestem przeciwko komuś. Choć kilka drobnych sukcesów jako klub osiągnęliśmy, np. to, że będzie w radzie jeden wiceprzewodniczący, a nie dwóch, jak wstępnie proponowano – to jest inicjatywa radnego Greczyły. To, że wszystkie uchwały trafiają teraz do radnych z uzasadnieniem, czego wcześniej czasami nie było, to też jest nasz sukces. Bo nawet najprostsza uchwała, czysto techniczna, musi mieć uzasadnienie, co jest kwestią pewnej kultury prawnej i zasad budowy tych aktów.
Podczas ostatnich obrad komisji oświaty zaliczyliście z radnym Tadeuszem Drobczyńskim, który jest szefem komisji, dość zdecydowaną wymianę argumentów. Dało się wyczuć w Pana wypowiedziach próbę pokazania Drobczyńskiemu, że nie do końca jest przygotowany do sprawowania tej funkcji. Zwłaszcza, że w komisji są inni doświadczeni radni. Chociażby Pan – osoba mająca spore rozeznanie w tematach oświaty.
Przewodniczący powinien poczuwać się do odpowiedzialności. Wziął na siebie obowiązek i ma kierować zespołem ludzkim, bo jest nas przecież czterech w komisji. Musi sprawować wśród nas wiodącą rolę. Jako przewodniczący komisji bierze podwójną dietę, ale nie za to, że jest piękny i młody, tylko za to, że ma więcej pracy. Dodam przy okazji, że osiem lat temu, gdy byłem przewodniczącym rady, przez pierwsze trzy miesiące chodziłem na wszystkie komisje i pomagałem nowym radnym, pokazywałem i tłumaczyłem, jak prowadzić posiedzenia. Widać, że niektórym też by się przydała taka lekcja.
Rozumiem, że również wobec Antoniego Łososia ma Pan przekonanie, że merytorycznie mógłby staranniej kierować pracami rady gminy?
Oczywiście. I wcale tego nie ukrywam. Przecież to, co pierwotnie stało się w sytuacji wyboru przewodniczącego komisji rewizyjnej i drugiego wiceprzewodniczącego rady, gdy niezgodnie z prawem te funkcje powierzono Henrykowi Dorszowi, to była wręcz kompromitacja. Wystarczyło obrócić kartkę i przeczytać to, co było napisane na drugiej stronie projektu uchwały. Radca prawny wyraźnie tam napisał, że nie można łączyć funkcji wiceprzewodniczącego rady z funkcją szefa komisji rewizyjnej. Powiem więcej – jakbym był złośliwy, to przemilczałbym tę sprawę. Uchwała by przeszła i to byłaby jeszcze większa kompromitacja, bo wojewoda, z racji swojego nadzoru prawnego, najzwyczajniej by nas wyśmiał. Wolałem tego uniknąć i dlatego zwróciłem uwagę.
Zdaje Pan sobie sprawę, że Antoni Łosoś podobną sytuację przerabiał już cztery lata temu – wtedy Andrzej Ruta przy każdej okazji wyliczał mu potknięcia. Przewodniczący jednak to ""przeżył"", dalej sprawuje funkcję i zakładam, że teraz też pewnie niewiele Pan tym wskóra.
Jasne, że tak, bo przewodniczący ma jedenaście szabel w radzie i to jest poza dyskusją. Ale to, że ktoś ma większość w radzie, nie zwalnia go z tego, żeby starać się należycie wypełniać swoje obowiązki. Gdy będzie taka potrzeba, będę o tym przypominał.
Gdy proponował Pan swoją kandydaturę na stanowisko przewodniczącego rady widział Pan dla siebie choćby odrobinę szansy?
Nie, ale chciałem dać alternatywę radnym, żeby nikt nie zarzucał kiedyś, że nie było wyboru.
Głosowanie na przewodniczącego było tajne, otrzymał Pan zaledwie dwa głosy. Swój i zakładam, że Czesława Greczyło, z którym chyba najlepiej się Panu współpracuje. Wychodzi na to, że nie poparli Pana nawet obecni sprzymierzeńcy z waszego klubu. Proszę szczerze przyznać, liczył Pan na więcej głosów?
W zasadzie nie, bo sądziłem, że maksymalnie będą to trzy głosy. Wtedy nie wiedziałem jednak jeszcze o układzie Andrzeja Ruty i Tadeusza Drobczyńskiego, którzy dogadali się z większością radnych z komitetu wójta.
Jak to możliwe, że Ruta, który był w poprzedniej kadencji jednym z największych oponentów Antoniego Łososia, dzisiaj zasiada w radzie po jego prawicy jako wiceprzewodniczący? Ich porozumienie zbudowano jedynie na bazie kilkuset złotych miesięcznie więcej dla niego z tytułu funkcyjnego czy może była jakaś głębsza tego przyczyna?
To nie pierwszy podobny, dziwny przypadek w tej gminie z ostatnich lat, bo cztery lata temu Antoni Łosoś był przecież w komitecie Marka Buławy i uważał, że to będzie najlepszy wójt w gminie. Przez te cztery lata nic wielkiego w sumie się nie wydarzyło, ale nagle okazało się, że Antoni Łosoś poszedł do kolejnych wyborów z komitetu Henryka Dobrosielskiego. Co do zachowania Andrzeja Ruty – nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. Wolałbym nie oceniać takich zachowań, niech zainteresowani biorą je na barki własnego sumienia.
[[reklama]]
Dlaczego ponownie nie wystartował Pan w wyborach na wójta?
Gdy byłem kandydatem cztery lata temu liczyłem się z oceną wyborców, a nawet ich krytyką. Ale nie sądziłem, że dotknie to moją rodzinę, która bardzo źle to wtedy przeżyła. Ilość błota, jakie na mnie wtedy wylano, była porażająca. Żona zapytała mnie w końcu – ileś ty krzywdy ludziom wyrządził, że nagle okazuje się, jaki ty jesteś podły? Nie wiem. Mam nawet przekonanie, że gdybym pokusił się o rachunek sumienia raczej szybciej wyszłoby, ilu osobom pomogłem, zrobiłem coś dobrego. Całkiem przyzwoity wynik wyborczy pozwala mi sądzić, że jest mimo wszystko duża grupa ludzi, która docenia moje działania i darzy mnie zaufaniem. Serdecznie im za to dziękuję. Poza tym sądzę, że gdyby ludzie chcieli mnie wybrać na wójta, zrobiliby to cztery lata temu.
Wtedy zabrakło Panu zaledwie kilka głosów do drugiej tury, więc wygląda na to, że również w wyborach 2014 roku byłby Pan poważnym kandydatem.
Być może, ale jednak jestem mocno przekonany, że zarówno przed czterema laty w drugiej turze, jak i w ostatnich wyborach i tak ostatecznie bym przegrał.
Z każdym z dwójki: Dobrosielski, Buława?
Z Markiem Buławą na pewno bym przegrał, ale nie pod kątem merytorycznym, a ze względu na to, że to rodowity zakrzewiak, mocno związany z kościołem, a takie kwestie mają dla większości mieszkańców duże znaczenie. Choć z drugiej strony warto podkreślić, że w ostatnich wyborach do rady gminy w swoim okręgu wygrałem właśnie z Markiem Buławą. Z tym że to nie to samo co wybory na wójta.
Jak wyglądałaby ewentualna rywalizacja z Henrykiem Dobrosielskim?
Trudno mi oceniać. Mimo wszystko nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, dlatego wybory na wójta odpuściłem. Cieszę się, że udzielono mi na tyle silnego poparcia, że mogę pracować w radzie gminy.
Na kogo z nich głosował Pan w wyborach?
Pozostawię to swojej wiedzy i nie będę opowiadać się teraz po stronie żadnego z nich. A w sumie mogłem, bo otrzymałem propozycję startu do rady z komitetu obecnego wójta. Nie zgodziłem się, bo w radzie chciałem być głosem niezależnym, co teraz z czystym sumieniem mogę realizować. Ja mam pewną wizję rozwoju, wyglądu i funkcjonowania gminy Zakrzewo i gdybym był wójtem na pewno bym ją realizował. Mam wrażenie, że ani Marek Buława, ani Henryk Dobrosielski nie mają do końca takiej samej wizji tej gminy.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze