Runmageddon to wyzwanie rzucone, sile, wytrzymałości i odporności psychicznej. Musisz być gotów dotrzeć do granicy swoich możliwości i ją przesunąć, zapewniają jego twórcy, którzy tym razem wpadli na iście szatańską ideę. Pomysłodawcy pustynnego piekła na co dzień zajmują się organizowaniem biegów OCR (skrót od Obstacle Course Racing, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „wyścigi z przeszkodami”) na terenie naszego kraju. Runmageddon od dawna marzył o zorganizowaniu wymagającej imprezy, gdzieś poza granicami Polski, w końcu wybór padł na pustynne Maroko. W ruch poszły chartery, helikopter, dwa tiry z przeszkodami, quady i mnóstwo innego sprzętu, potrzebnego do przeniesienia imprezy na teren Afryki. Po przyjeździe na miejsce śmiałków z Polski przywitał lekki chłodek i padający deszcz, potem było już tylko goręcej, za dnia temperatury wahały się w granicach 32–36 stopni Celsjusza. Do Maroka wybrała się grupa blisko 50 ludzi z całej Polski. Zapisało się więcej osób, ale ostatecznie wystartowała 44–osobowa grupa biegowych szaleńców.

Czyste szaleństwo
To największe świry w Polsce, raczej zaawansowani niż początkujący biegacze. Bo to była wariacka przygoda, nie ma co ukrywać. Jak tylko dowiedziałem się o zapisach od razu wiedziałem, że muszę tam być, choćby nie wiem co. Gdybym miał jeszcze raz podjąć taką decyzję, to była by ona taka sama
– mówi nam mocno niewyspany Roman Radowski.
Jak na taki entuzjazm zareagowała żona?
Na początku popukała się w głowę i powątpiewała czy jestem na to przygotowany. Powiedziałem jej: Potrenujemy, zobaczymy, przecież trochę tych długich biegów już w życiu zaliczyłem. Nikomu nic nie mówiłem. Długo była to tajemnica, bo koniec końców nie wiedziałem czy to wypali. Mogli by zdjąć mnie z trasy, mogła przytrafić się jakaś kontuzja, mogło się wydarzyć mnóstwo innych rzeczy. Tylko o poddawaniu się nie mogło być mowy, bo to nie w moim stylu. Wolałem zachować to dla siebie tak długo, jak się tylko dało. Dopiero jak już byłem na miejscu, cyk, wrzuciłem zdjęcie na Facebooka i miałem to za sobą
Reklama
– wspomina swój pustynny epizod Roman. Jak łatwo się domyśleć udział w takiej imprezie nie należał do tanich.

Trzy pustynne etapy dały w kość uczestnikom Runmageddon Sahara (fot. arch. Roman Radowski)
Dzięki znajomości z szefem Runmageddonu dostałem bardzo korzystną zniżkę, taką, że po prostu musiałem z niej skorzystać. Dopiero potem zacząłem się zastanawiać skąd wytrzasnąć na to fundusze, wyciągnąłem jakieś pieniądze ze skarpety i się udało.
Runmageddon International to wieloetapowy bieg terenowy, którego trasy wytyczone zostały na bezludnych terenach pustynnych. Podstawowym formatem biegu była formuła SAHARA 50, w ramach której w trakcie trzech etapów uczestnicy mieli do pokonania dystans o długości co najmniej 50 kilometrów. Opcjonalnym formatem biegu była SAHARA 100, w której dzienny dystans liczył co najmniej 30 kilometrów. Biegacze mogli podjąć decyzję o starcie w formule SAHARA 100 przed startem do każdego etapu. Pustynia nie była jedyna przeszkodą. Czas umilały uczestnikom dobrze znane z polskich tras elementy klasycznego Runmageddonu. W trakcie biegu każdy miał obowiązek podążać oznakowaną trasą, dla zapewnienia bezpieczeństwa co 300 metrów stały orientacyjne chorągiewki. Na trasie pojawiło się też kilka naturalnych punktów orientacyjnych, które posłużyły jako dodatkowe punkty odniesienia.
Dodatkowo po trasie cały czas jeździły quady organizatora, każdy miał też telefon, pod względem bezpieczeństwa impreza była naprawdę profesjonalnie przygotowana. Dokładna trasa biegów objęta została tajemnicą, tuż przed startem udostępniono ją nam w formie drukowanej broszury, zwanej Roadbookiem. W poradniku z praktycznymi poradami znalazły się najpotrzebniejsze informacje na danym odcinku trasy, dodatkowo start do każdego etapu poprzedziła odprawa. Poza tym obowiązywała podstawowa zasada biegów przeszkodowych: Uważamy na siebie nawzajem.
Pierwszego dnia organizatorzy puścili swoje harty kamienistą pustynią, która zahaczała aż o góry Atlas.
Zrobiłem ok. 21 km (3,2 h), drugiego dnia tylko 15 km w dobre cztery godziny, bo nogi zapadały się po łydki. Piasek był wszędobylski, zimą trenowałem trochę na polskich plażach, ale nie da się tego ze sobą porównać. Na trzecim etapie po wydmach Sahary przebiegłem 23 km w 4,13 h. – Wiedziałem, że na 100 nie mam się co porywać, wciąż zmagam się z kontuzją kolana, liczyłem na 60–70 km i dałem radę. 50–tkę wygrał dyrektor i pomysłodawca Runmageddonu Jaro Bieniecki, ale on jest zawodowym biegaczem, ja byłem 9
– przyznaje zmęczony i zadowolony złotowianin.
Urzekała sceneria pustynnych terenów południowego Maroka. Mijaliśmy oazy i osady tubylców, aczkolwiek któregoś razu trafiliśmy nawet na ekipę filmową, która ponoć kręciła kolejne ujęcia do Gwiezdnych Wojen. Niesamowity był etap nocny, pobudka i start o 5:30 w trzech falach, żeby się nie pogubić. Mieliśmy oczywiście GPS trackery, ale jak się okazało, tam gdzie byliśmy, czasami nie można było na nich polegać, po prostu znikaliśmy momentami „z radaru”. Niektórym udało się zgubić, ale na szczęście nie na długo. Kilka osób zdyskwalifikowano, kilka odpuściło ze względu na kontuzje. Biegł ze mną chłopak, który poddał się po przebiegnięciu w sumie ponad 50 km, coś chrupnęło w kolanie i szybko trafił do jeepa z sanitariuszami
– wspomina Roman.
Nie było wiele czasu na regenerację, o zabawie nie wspominając. Tylko bieg, sen, bieg i sen. Ale każdy z nas dobrze wiedział na co się piszę. Każdy z nas chciał po prostu dostać porządny łomot. Zawsze, kiedy przychodzą chwile zwątpienia, kiedy wydaje się, że już dalej nie można, coś zaczyna przeraźliwie boleć, sam zadaję sobie to samo pytanie: Znowu to zrobiłeś. Dlaczego? Dlaczego znowu się gdzieś zapisałeś? Mogłeś siedzieć w domu.
– mówi Roman, którego z takich wewnętrznych dialogów do rzeczywistości przywraca świadomość celu, jaki czeka na końcu takiej gehenny, ale też wsparcie najwierniejszej kibicki – córki Zuzi.

Sahara to już tylko wspomnienie. Czas rzucić się w wir przygotowań do kolejnego Biegu Spartakusa (fot. arch. Roman Radowski)
Na odpoczynek i odrobinę zwiedzania pozostały ostatnie dwa dni. Nasz obóz namiotowy był wyposażony w polowe umywalnie, toalety oraz pełną infrastrukturę. Panował tam mega klimat, Marokańczycy z bębnami, tamtejsze jedzenie, coś wspaniałego. W niedzielę zrobiliśmy sobie dodatkowy Bieg Pokoju po plaży Atlantyku, 8 km też z przeszkodami, ale wszyscy mieliśmy na twarzach przysłowiowe banany. Wyjątkową ”atrakcją” Runmageddon Sahara był natomiast… Jerzy Dudek, który okazał się zapowiadanym wcześniej gościem specjalnym. Utalentowany golkiper i tancerz nie był tylko maskotką, sam brał udział w biegu (5 w klasyfikacji Sahara 50).
Bardzo skromny, stonowany facet, taki drugi Kuba Wawrzyniak. Spał z nami, biegł i jak było trzeba, to pił piwo
– opisuje swoje wrażenia Roman Radowski.
Świetny był pakiet startowy, dwie kurtki, bluza, legginsy do biegania, koszulki, buty, torba. Nie ukrywam, że w przyszłym roku chciałbym się porwać na 100
– przyznaje be wahania pomysłodawca Biegu Spartakusa, który po drodze planuje jeszcze październikowy bieg na górzystym wschodzie Gruzji. Zegar odmierzający czas do kolejnej edycji Runmageddon Sahara już ruszył, na przyszły rok zapisało się już kilkanaście osób.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ach Roman, a mogłam być Twoją żoną. Najszczersze gratulacje.
Na tym grupowym zdjęciu to nie są darmozjady?
Brawo Roman! Teraz czekamy na Bieg Spartakusa.
Ach Roman, a mogłam być Twoją żoną. Najszczersze gratulacje.
Na tym grupowym zdjęciu to nie są darmozjady?
Brawo Roman! Teraz czekamy na Bieg Spartakusa.