Reklama

Tu ból jest niewidoczny

15/03/2015 00:00
- Chcę mieć raka, a nie chorobę psychiczną, bo raka chociaż widać - pani Monika ma 31 lat, męża i 12-letniego syna. I dwie próby samobójcze na koncie

Pierwszy raz pani Monika, jak mówi, rozpadła się w 2006 roku. Śmierć ojca, wyrzucenie przez matkę z domu, wczesne rodzicielstwo. Brak łez. - Nie wypłakałam się, nie przeżyłam jak należy żałoby po tacie – złotowianka rozsiada się na kanapie w Oddziale Psychiatrycznym Szpitala Powiatowego im. Alfreda Sokołowskiego w Złotowie. Od stycznia choruje na pół etatu. Przychodzi do oddziału dziennego na ósmą i wychodzi o czternastej. Ale o swobodzie leczenia opowie później. Brak snu, apatia, strach dopadły ją za granicą. Pojechała po pieniądze, a wróciła przed czasem z depresją. - Ani jeść, ani spać. Brak chęci wstania z łóżka, wszechogarniający smutek. Nie czułam nic do męża, do syna. Nic nie miało znaczenia – opowiada z delikatnym uśmiechem przemykającym przez dziewczęcą twarz. Trafiła do psychiatry, ale ciągle się bała. Mimo zażywanych leków. Wujek Google nie podpowiedział jej, jak ze sobą skończyć. - Zrobiłam to lewą ręką i tępym nożem. Odczekałam, aż wszyscy zasną, zamknęłam się w łazience. Nie wiedziałam, jak to zrobić, taka świeżynka, w ogóle nieoczytana... - na prawym przegubie pani Monika ma dwie niewielkie blizny poprowadzone w poprzek. Najczęstszy błąd niedoszłych samobójców. Po godzinie od próby odebrania sobie życia kobieta obudziła się w manii – mogła przenosić góry. Tak objawia się choroba afektywna dwubiegunowa. Raz górka, raz dół.

Sanitariuszowi w czapę

Gdy trafiła na oddział zamknięty w ""psychiatryku"", Grzegorz był tam już ze trzydzieści razy. Pierwszy w 1987 roku. Po niespełnionej miłości. - Rodzina bała się mnie w domu trzymać, bo byłem agresywny – przyznaje 49-latek z Gromadna. Na leczeniu jest chyba po raz czterdziesty. W sumie na oddziałach psychiatrycznych spędził siedem i pół roku życia. - Z sanitariuszami się pobiłem. Dostali taki wpier..., że głowa boli. Bo ja byłem bardzo silny. Z rolnictwa pochodzę – podopieczny doktora Andrzeja Tandecka wspomina pierwszą wizytę w Złotowie. - Pielęgniarz to dobrze się musi do mnie odzywać, bo w czapę może dostać. Kiedyś, teraz panuję nad sobą – mówi poważnie pan Grzegorz. Teraz personel chwali: że dobre odżywki mają, że mili są. Łatwo w to uwierzyć, gdy spędzi się chwilę na korytarzach oddziału. Przy stolikach pacjenci raczą się specjałami ze słoików przyniesionych przez odwiedzających. Chorzy w ciszy wchodzą za pielęgniarzem do windy, która zawiezie ich na terapię. Sennego obrazu dopełnia martwa natura patrząca ze wszystkich niemal ścian i cichy głos kierującego oddziałem. Andrzej Tandeck zarządza nim od ponad trzydziestu lat. O swoich pacjentach wie wszystko, z łatwością wyszukuje takich, którzy zechcą odsłonić dusze. Tych, którzy zrobią to świadomie. Jak mieszkaniec Gromadna. - Tandeck mi dwa lata temu powiedział, że się ogarnę i będę wielki człowiek. Tandeck to jest dla mnie dobry znak – pan Grzegorz wpatrzony jest w lekarza jak w obrazek. Pani Monika dostrzega na tej laurce rysy. Ją z dołka wyciągnięto nie w Złotowie, lecz w Poznaniu.

Jestem bogiem

Pierwsze leczenie pani Moniki trwało kilka miesięcy. Oddział zamknięty, rehabilitacyjny, dom. I wciąż pigułki. Nie wierzyła w zaleczenie choroby. - Nie wiedziałam, że długotrwały stres może poczynić takie spustoszenie w mózgu – zauważa kobieta, która po powrocie ze szpitala postanowiła obrócić życie w nicość. Wybrała Środę Popielcową. - Widziałam, że w szpitalu wszyscy dostają to samo, choć mają różne choroby. Skoro to nie pomaga, to po co żyć? - pytała sama siebie. - Syn miał trzy lata, był w przedszkolu. Miałam go odebrać, ale w depresji człowiek ma problemy z najprostszymi rzeczami. Nawet z umyciem się. Nałykałam się prochów. Wiedziałam, że zrobią mi płukankę i to nic nie da. Rozrobiłam kreta z wodą i wypiłam. Jeden łyk, bo więcej się nie dało – pani Monika wie, jak opowiadać. Robiła to już w klinice w Poznaniu m.in. w obecności anglojęzycznych studentów. Wie, że pauza robi wrażenie. Spalonymi ustami wezwała na pomoc męża. Obudziła się na intensywnej terapii w Pile. Żałowała, że żyje. Pan Grzegorz wie, co czuła młodsza koleżanka. On próbował ""prochów"" i linki. Nieskutecznie, bo bał się piekła. Na strach przed karą powołuje się także złotowianka. Oboje noszą na szyjach krzyżyki. Dotykają ich, gdy rozmawiamy. - W chorobie widziałam rzeczy, których nie chciałam widzieć i słyszałam rzeczy, których nie chciałam słyszeć – pani Monika mówi o zapachu trupów nad Jeziorem Miejskim i ludziach w obozowych pasiakach spacerujących po promenadzie. - Jak już nie znalazłam racjonalnych wytłumaczeń, to pomyślałam o opętaniu. Stąd te próby samobójcze. Wierzę jednak, że jest drugi świat i jak sobie coś zrobię, to tam nikt mi nie pomoże.
- Mój znajomy ksiądz mówi: Grzegorz, ty trzymaj się Boga, to daleko zajdziesz. Jak Bóg będzie na pierwszym miejscu, to reszta będzie na właściwym. Ja Bogu oddałem swoje jestestwo, swoją duszę – mnie nic nie grozi. Za każdym pobytem tutaj miałem ze sobą różaniec i Pismo Święte. Dlatego za każdym razem jestem wyleczony. Mój przyjaciel ksiądz egzorcysta z Górki Klasztornej mówi: Grzegorz, bierz leki i dużo się módl, to wszystko puści – podopiecznego oddziału ""puszcza"" regularnie od dwudziestu ośmiu lat. Niezmiennie. Podobnie jak niezmienny jest strach pana Grzegorza przed piekłem.

Po co te łzy?

Wariat, świr, psychol - takich epitetów nasz rozmówca usłyszał w życiu mnóstwo. Z ust sąsiadów, znajomych, może i rodziny. W końcu to najbliżsi przez lata przywozili go do ""psychiatryka"" w Złotowie. Dopiero od kilku lat przyjeżdża tu na własne życzenie. Podleczy się, pobędzie wśród ludzi (bo w domu to tylko cztery ściany) i wraca ""do chóru, do ping ponga, do pielgrzymek"". Rodzinę stracił sześć lat temu. Od czterech nie widział ani córki, ani syna. Mieszkają z jego byłą żoną w Anglii. - Rodzinę założyłem, gdy byłem dwanaście lat zdrowy – mówi mężczyzna, chowając za koszulę pidżamy różaniec. Choremu nigdzie się nie spieszy. - Ja lekarzom nie dyktuję, kiedy mam wyjść. Chcę wyjść, ale nie spieszę się. Wszystko mam, czuję się tu lepiej jak w domu – mężczyzna kończy pytaniem, czy już wystarczy. Fajnie się rozmawiało, ale musi już wracać na parter za drzwi bez klamki. Pani Monika odwrotnie. Czas, gdy patrzyła zdziwiona na płaczącego męża, już minął. Teraz szkli oczy, gdy opowiada, jak mąż prosił lekarzy o przyjęcie jej do kliniki psychiatrycznej w Poznaniu. Sugerował elektrowstrząsy, bo nie umiał już żonie pomóc. - Patrzyłam na niego wtedy i nie wiedziałam, o co mu chodzi – mówi wciskając dłoń pod okulary.

Znamię na całe życie

Oddział dzienny w Złotowie działa przez kilka godzin dziennie. Pacjenci przychodzą na ósmą. Gotują (zapachy wypełniają wszystkie pomieszczenia), sprzątają, uczą się zarządzać pieniędzmi. Leczą się. Pani Monika przyszła tu w styczniu tego roku. - Kończy mi się renta. Muszę tu trochę pochodzić – mówi bez ogródek. W końcu wie, że choroby na dobre nie pozbędzie się nigdy. Choroba mózgu to nie to samo co poparzony ""kretem"" przełyk. Kobieta przeżyła karmienie dojelitowe, rekonstrukcję przełyku przy użyciu kawałka jej jelita. Wróciła do zdrowia. Ale w gąszczu neuronów wciąż czai się niebezpieczeństwo. - Tego się nie wyleczy. To można uśpić. Nigdy nie wiem, kiedy mnie znowu ""trzepnie"". Wszyscy są na mnie wyczuleni i wciąż mnie obserwują. A wzięłaś leki? Pytają – 31-letnia złotowianka wpatruje się w dal. Szybko jednak się ożywia. To przez brzuch. Pod skórą naznaczoną bliznami tworzy się nowe życie. - Jestem w ciąży – pani Monika śmieje się całą sobą. - Odstawiamy leki, bo dziecko jest najważniejsze. Pytania, dlaczego pani Monika godzi się opowiedzieć o swojej, wciąż wstydliwej, chorobie, nie zdążę zadać. - Chciałabym, by ludzie mogli bazować na moim doświadczeniu i tym samym pomóc innym – mówi niepytana.

Łukasz Opłatek

[[reklama]]
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości