Reklama

Umiem wysoko skakać. Wywiad z silną mamą

05/02/2017 19:00
Zdecydowała się na adopcję, a potem zachorowała. Teraz ma synka i nowotwór. Aldona Banach napisała list do raka

Wierzy Pani, że nieszczęścia chodzą parami?

Nie mogliśmy mieć dzieci, więc w 2010 roku podjęliśmy z mężem decyzję o adopcji. Byliśmy w Pile w Ośrodku Adopcyjnym, tam popytaliśmy, jak wygląda procedura. Zaraz potem wykryto u mnie raka piersi. Wpadłam w rozpacz: matko święta, teraz to już zostaniemy sami! Zadzwoniłam do ośrodka, że jestem chora i że na pewno jesteśmy skreśleni, ale powiedzieli: absolutnie nie. Mam się wykurować, nabrać siły i wtedy zgłosić.

Wizja posiadania dziecka była bodźcem do walki z chorobą?

O matko! Czułam się jakbym Pana Boga za nogi złapała. Dobra, jedziemy do Bydgoszczy, zaczynam leczenie: operacja, chemioterapia, radioterapia, hormonoterapia, cacy i wracam do pracy. W rok się wyrobiłam. Wróciłam do mojego kochanego biurka.

Reklama

Pierwszy raz widzę, że ktoś tak się cieszy z powrotu za biurko.

Kiedyś pracowałam, przez dziesięć lat, w radio. Najpierw rok w RMS Pawła Gacki, potem w Nakle. Do Radia N weszłam z głupia frant. Szefowa pokazała mi stos podań o pracę, ale po chwili rozmowy wzięła mnie na górę do studia, kazała przeczytać tekst, a zaraz potem opowiedzieć go własnymi słowami. Na żywo na antenie. Zrobiłam to, a ona: jutro na 6:00 do pracy. Dojeżdżałam tam z Kujana. Czytałam wiadomości, potem robiłam reportaże, zapraszałam gości do studia, miałam swój autorski program o kosmetykach, co w kulturze piszczy...

To coś dla Pani.

Uwielbiałam gadać do mikrofonu, mówić coś z kapelusza. Czułam się tam jak ryba w wodzie. Uważałam, że nie nadaję się do biurka, ale jak za nim usiadłam, to spędziłam tam  prawie dziesięć lat.

Reklama

Jednak bardziej niż powrót do pracy napędzała Panią myśl o dziecku?

Jeździliśmy z mężem na spotkania dla przyszłych rodziców adopcyjnych, rozmawialiśmy z psychologami, omawialiśmy problemy. Mieliśmy bardzo fajną grupę – z niektórymi osobami spotykamy się do dzisiaj. Stwierdziliśmy, że niesamowite jest to, jak adoptowane dzieci upodabniają się fizycznie do rodziców.

Co Pani poczuła, gdy zapadła decyzja, że zostanie Pani mamą?

Niesamowite uczucie. Pobiegałam pochwalić się sąsiadce Gosi na górze. Krzyczałyśmy z emocji obie, a jej córka razem z nami, choć nie miała pojęcia, o co chodzi. Potem pojechałam do rodziców. Oj, jak przebierałam nogami w samochodzie... Tata pracował w ogrodzie, ale jak wysiadłam z bananem na twarzy, od razu wiedział o co chodzi. „Będziesz miał wnuka” powiedziałam. Bałam się, że przepukliny dostanie, jak zaczął mnie w powietrzu obracać. Od razu pojechał do Złotowa po kredyt na wózek. Mama, jak zobaczyła mnie w drzwiach taką rozemocjonowaną, też wiedziała, z jaką wiadomością przyjechałam.

Reklama

W trzy dni skompletowała Pani wyprawkę.

Koleżanka zorganizowała łóżeczko, następna – pościel, szwagierka – worki ciuchów. Przebierałam te rzeczy, prałam i suszyłam, a mama całymi dniami prasowała je i układała na kupki – szaleństwo totalne. A to było tuż przed Wielkanocą.

Co Pani poczuła, biorąc synka na ręce?

Leżała na tapczanie taka malutka kruszynka przykryta kocykiem. Taka śliczna. Gdy go przytuliłam do serca był koniec. Od tego czasu jest synusiem mamusi, mimo że to ja jestem w domu tą, która go trzyma krótko. Między nami jest silna więź. Przychodzi w nocy się przytulić, głaszcze mnie i mówi: mamusiu, tocham cię.

Reklama

Podobno wie, że ma dwie mamy.

Mówię mu, że jedna mamusia urodziła go brzuszkiem, a ja urodziłam go serduszkiem. A on mówi: ja mam tylko ciebie. Wiem, że poukłada to sobie w głowie po swojemu.

Uodporni się na komentarze otoczenia?

Nie ukrywam tego, że Marcel jest adoptowany. Opowiem anegdotę. Zawsze miałam swoje krągłości, a kiedyś nosiłam płaszczyk z pliską, więc wyglądałam jeszcze lepiej. W sklepie chemicznym ekspedientka zaczepiła mnie, że mam kaszel, a nic nie mogę wziąć. Dlaczego? O co chodzi? A ona dalej: jak się pani czuje? Dobrze. Ale coraz ciężej? Myślę, dlaczego? No bo pani jest w ciąży... Nie jestem, ja tylko tak dobrze wyglądam. Potem zobaczyła mnie z wózkiem: ale pani jest, tak się pani wypierała, że jest w ciąży, a tu dzidzia. Ale ja nie byłam w ciąży! Mój synuś jest adoptowany. Cisza. A ja banan.

Reklama

Imię synkowi nadała Pani?

Matka biologiczna dała mu imię, ale mogliśmy je zmienić. To taki znak, że jest nasz.

Jak w „Małym księciu” – nazwałaś mnie, więc musisz się mną opiekować.

Wypisałam najfajniejsze imiona, a kiedy mąż wrócił z pracy oznajmiłam: już mam imię. Tak? Tak! Marcel. A mąż na to: Jak? Ja to zapamiętam? Nie będę musiał z kartką chodzić?

Jest Pani szczęśliwą matką i żoną, a tu nagle rak wraca.

Marcelek nie miał roku gdy dowiedziałam się, że mam przerzuty na kości i do płuc (po trzech latach od pierwszego zachorowania). Miałam tyle wody w płucach, że z małym ledwo wchodziłam na pierwsze piętro. Ale nigdy się nie poddawałam. Mam trzeci atak choroby, ale nie uważam się za osobę chorą.

Reklama

To dopiero połowa wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. następujące pytania:

Strach był większy? W końcu była Pani już odpowiedzialna za dziecko.

Rozumiem, że stąd Pani list do raka opublikowany na Facebooku. Tylko kto pisze w nagłówku „Drogi Raku!”? Skąd pomysł na upodmiotowienie raka?

Zadaje sobie Pani pytanie „Dlaczego ja”?

Myśli tak Pani naprawdę, czy jest to sposób na odepchnięcie problemu?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Strach był większy? W końcu była Pani już odpowiedzialna za dziecko.

Całą drogę powrotną z Bydgoszczy z Centrum Onkologicznego wyłam jak wilk do księżyca, bo miałam jego przed oczyma. Będę walczyć dla niego!

Znowu chemia, szpital...

Chemię miałam przez rok, ale mi nie pomogła. Rzęsami się już podpierałam, tak byłam wycieńczona. Miałam ponad pięćset markerów, a norma wynosi bodaj szesnaście. Wtedy lekarz zmienił leczenie na hormonalne. W końcu zeszłego roku mówiliśmy już o przejściu na leki podtrzymujące.

Reklama

Walka trwała dwa lata. Teraz w styczniu miał się okazać co dalej.

Tyle że pojawiły się bóle. W biodrze, w boku. Pojechaliśmy z mężem do Bydgoszczy, gdzie zrobiono mi badanie kości. Wynik odebrała moja bratanica, która przysłała mi zdjęcie. Jezu! Kolejne przerzuty. Na żebra, kręgosłup, biodra, czaszkę.

A płuca?

One są czyste. Tamto leczenie było skuteczne, tyle że wtedy miałam trzy lata przerwy między atakami choroby i mogłam normalnie funkcjonować, a teraz nie miałam żadnej pauzy. Pomyślałam jednak: do trzech razy sztuka! To jest ostatni raz. Przestań mnie męczyć! Już mam cię dość. Idź w cholerę!

Reklama

Rozumiem, że stąd Pani list do raka opublikowany na Facebooku. Tylko kto pisze w nagłówku „Drogi Raku!”?

On jest mi drogi, bo jest ze mną długo. Przyzwyczaiłam się w jakiś sposób do jego obecności, choć nie uważam się za osobę chorą. Ale on tak daje mi w kość i to dosłownie, że nie wiem, kto może być bliżej.

Przeprasza go Pani, że była dla niego taka brutalna…

Każde naświetlanie, każda chemia sprawia, że to on dostaje w kość. To było brutalne z mojej strony. Albo on, albo ja. A może oboje, bo jeżeli się ode mnie nie odczepi i umrę, to on razem ze mną.

Skąd pomysł na upodmiotowienie raka?

Dwa lata temu tak dużo pisałam na Facebooku o chorobie, aż w końcu, by ludzi nie truć tymi wpisami, założyłam bloga. Prosiły mnie też o to koleżanki. Widziały, że gdy wyrzucam z siebie te złe emocje, to jest mi lepiej, czuję się zdrowa. Namawiały mnie też na pisanie o żywieniu w chorobie, ale stwierdziłam, że nie chcę karmić tego raka... Więc jeśli ktoś jest ciekawy, co u mnie słychać, jak postępuje leczenie, może zajrzeć na mojego bloga.

Reklama

Jak ludzie reagują na Pani osobiste, bezpośrednie wpisy?

Bardzo dobrze. Uwielbiam poznawać ludzi, dlatego komputer jest dla mnie drogą do nawiązywania kontaktów. Ludzie wiedzą, że do wszystkiego podchodzę pozytywnie. Często to ja pocieszam innych. Gdy znajomi dowiedzieli się, że mam kolejne przerzuty, dzwonili: jeju, jaka ty jesteś biedna… jak mogę ci pomóc…
Mówiłam im: spokojnie, wszystko będzie dobrze. A czemu ty płaczesz?

Zadaje sobie Pani pytanie „Dlaczego ja”?

W 2010 roku stawiałam je często. Największą katastrofą była dla mnie utrata włosów w tydzień po chemii. Potem sama brałam maszynkę i ciach, ciach, ciach. Bałam się tylko, jak mały zareaguje. A on pogłaskał mnie po głowie (nie miał roku i nie mówił) i już. Tyle że ogolona na łyso wyglądałam jak mój brat (śmiech). Ostatnio przeglądaliśmy nasze wspólne zdjęcia, pokazałam jedno synkowi, a on zapytał: ja tutaj jestem i wujek Arek?

Reklama

Dlaczego podziwia Pani upór i spryt nowotworu? Ten fragment listu brzmi jak wyznanie szacunku, a przecież nie jest to pożądany gość.

Nie, ale dzięki niemu staję się silniejsza. Zauważam inne problemy, zmienia się moja wrażliwość. Przesuwa się granica tego, co mogę znieść. Pan Bóg stawia mi poprzeczkę bardzo wysoko, ale ja umiem wysoko skakać. Umiem walczyć i będę to robić, dopóki wystarczy mi sił.

Tyle że, jak Pani napisała, ten rak nie jest zwykłym natrętem. Ma większe jaja niż Pani myślała.

On jest uparty, ale ja bardziej. Trafił na mocnego przeciwnika. Nie rozczulam się nad sobą. Kiedy dowiadywałam się o chorobie pierwszy raz czy później o przerzutach, przez dzień byłam nie do życia, rozmawiania, nic. A następnego wstawałam, patrzyłam na słońce za oknem i mówiłam: jest pięknie. I wyskakiwałam do koleżanki na kawę.

Myśli tak Pani naprawdę, czy jest to sposób na odepchnięcie problemu?

Dla mnie najgorsze jest teraz to, że jest ślisko, a muszę przecież jechać do Bydgoszczy...

Ten list do raka nie jest białą flagą?

Skąd! Za dużo mam do zrobienia w życiu, by się poddać. Na pierwszej pozycji jest wychowanie synka najlepiej jak potrafię. Często mówię mu, że nigdy go nie zostawię. Poza tym mam za dużo do zrobienia. Tu mieszkamy dwa lata, a od roku jestem prezesem zarządu wspólnoty mieszkaniowej. Zasiadam w Radzie Rodziców w przedszkolu. Teraz organizuję zjazd klasowy kolegów z podstawówki. Tworzę również drzewo genealogiczne rodzin z obojga stron. Opracowuję scenariusz imprezy marcowej dla kobiet. Muszę mieć cel w życiu.

Cieszy się Pani małymi rzeczami.

Bardzo. Wczoraj przez przypadek kupiłam kawę w ziarnach. Przyjechał mój tata, więc chciałam wyskoczyć wymienić tę kawę, ale przypomniałam sobie jak dziadek mielił kawę ręcznym młynkiem. Ten zapach… Skoczyłam do sklepu, ale po młynek. Tata mielił, a potem wspólnie delektowaliśmy się tą kawą. To był taki powrót do tamtych lat...

List do raka zakończyła Pani propozycją: wróć za 50 lat.

Gdy będę staruszką i będę wiedziała, że mój syn ma ułożone życie, wtedy będę mogła sobie umrzeć. Wcześniej nie. Nie ma takiej opcji.

Rozmawiał Łukasz Opłatek

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    ada - niezalogowany 2017-02-09 19:21:00

    http://wygrac-z-rakiem.blog.pl/

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Jelen - niezalogowany 2017-02-07 22:40:12

    na raka piersi sie nie umiera także luzik

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Anna - niezalogowany 2017-02-05 22:00:37

    Podziwiam Pania. Ma Pani tyle sily mimo tego dranstwa.chcialabym przeczytac Pani bloga. Jak jest zatytulowany?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości