Reklama

Umierałem dwa razy. Rozmowa z Mateuszem Skrentnym

09/04/2017 19:00
Mateusz Skrentny zawrócił znad przepaści. Stracił „przyjaciół”, ale zyskał wiarę. Przekonuje, że tego chciał Bóg. - Posłał mnie jako przykład - twierdzi

Minęła Ci już obsesja na punkcie własnego ciała?

Nigdy takowej nie miałem. O kulturystach jest taki stereotyp, ale tak naprawdę jesteśmy po prostu maksymalnie skupieni nad obiektem naszej mozolnej pracy, jakim jest nasze ciało. Można to porównać do malarza, który kreśli obraz. Kulturysta to malarz, ciężary to pędzle, a ciało to obraz. Jesteśmy więc pewnego rodzaju artystami.

Może za wiele chciałeś: jako strongman być najsilniejszym, jako kulturysta najpotężniej, najlepiej zbudowanym?

Chciałem i nadal chcę po prostu wykorzystać najlepiej potencjał, jaki posiadam. Najgorsze co można zrobić, to przeżyć życie robiąc to, czego się nie lubi, nie mieć celu, tracić czas na coś, co nie ma dla nas głębszego znaczenia. No i przede wszystkim niekwestionowanie najgorsze co możemy zrobić, to poddać się.

Reklama

W rok lipczanin zmienił się ze strongmana w kulturystę

O mało nie przypłaciłeś tej zachłanności życiem. Miałeś wystąpić na Arnold Sport Classic Festival w USA, a wylądowałeś w szpitalu w Toronto.

To nie zachłanność, to ambicja. Czasem wyprowadza nas w pole, ale ja wyciągam z porażek wnioski na przyszłość. I na Arnold Classic jeszcze wystąpię.

Przyznasz jednak, że przesadziłeś. W ciągu kilku miesięcy zrobiłeś formę, na którą inni pracują latami. A potem w kilka tygodni wystartowałeś w większej ilości zawodów niż twój trener przez kilka lat.

Rzeczywiście rok 2016 był bardzo intensywny i pracowity. Jednak przez kilka miesięcy „doszlifowaliśmy” z trenerem Emanuelem Sobieszczykiem moją formę, na którą pracowałem kilkanaście lat. Mimo to do jego osiągnięć jeszcze mi sporo brakuje.

Powiedziałeś ostatnio, że sukcesowi towarzyszy uznanie i szerokie grono znajomych, a w obliczu porażki ludzie się od nas odwracają. Tak było w Twojej chorobie?

Gdy jesteś w mediach, występujesz na ważnych zawodach, w popularnym Reality Show, dobrze wyglądasz, to pojawia się wokół ciebie sporo osób. Koledzy byli przy mnie, gdy było super i kolorowo, a kiedy wyszedłem ze szpitala, to udawali, że mnie nie widzą. Dla mnie to życiowa nauka, teraz wiem, kto jest ze mną na dobre i na złe. Większość znajomości się rozsypała, a pozostała garstka prawdziwych przyjaciół. I moi rodzice.

Reklama

Po operacji na otwartym sercu i wymianie zastawki aorty miałeś zapomnieć o sportach siłowych, tak prognozowali lekarze. Tymczasem Ty znowu ćwiczysz. Po co to ryzyko?

Ryzyko? Ja podejmuję to „ryzyko” od 2001 roku, czyli od 16 lat. Nie robię tego ani dla pieniędzy, ani dla sławy. Robię to z miłości, żyję tym, oddycham tym, to nadaje sens mojemu życiu. To jest pasja! Moja wspaniała obsesja, dzięki której jestem tym kim jestem, poznałem osoby, które znam i byłem w miejscach, w których byłem. Robiłem to, gdy mi zabraniano w szkole, gdy mi mówiono, że nic nie osiągnę i gdy się ze mnie wyśmiewano. Robiłeś ze mną wywiad w 2005 roku, kiedy byłem niewielkim 18–latkiem, tytuł brzmiał „Bo we mnie jest moc”. Nie miałem jeszcze wtedy żadnych osiągnięć, ale wiedziałem w głębi serca, że będę nieprzeciętny. Już wtedy byłem najsilniejszy w szkole. Myślę, że ten tytuł najlepiej odpowiada dziś na twoje pytanie.

Czyli treningu nie porzucisz?

Od miesiąca trenuję dwa razy dziennie i z każdym dniem czuję się zdrowiej i silniej. To zasługa pasji, która kazała mi wstać ze szpitalnego łóżka i wbrew zakazom maszerować pod szpitalem. Wyjść z domu i rehabilitować zastałe mięśnie. To jest wewnętrzna siła, która mnie prowadzi całe życie. Nie spodziewałem się tak pozytywnej reakcji na ćwiczenia. Wszystko wskazuje na to, że wrócę do sportu wyczynowego silniejszy niż kiedykolwiek. Jestem tego pewien. Mam ambitne plany.

Reklama

Podobno tak słaby fizycznie jeszcze nie byłeś, ale tak silny psychicznie również.

Przez ostatnie 6 miesięcy przez ból nie mogłem spać. Moja klatka została rozcięta na pół, od szyi do brzucha, a po operacji zszyta drutami. Nie mogłem leżeć na boku ani na brzuchu. Mogłem jedynie leżeć bezczynnie na wznak. Moje ramiona były całe pokłute od kroplówek, które przejmowałem 4 razy dziennie przez 50 dni. Jednak ból fizyczny to nic w porównaniu z bólem, a właściwie pustką, jaka powstaje w psychice człowieka, któremu los w jednym momencie odebrał wszystko, na co pracował całe życie. Odebrał mi nadzieję. Długo tkwiłem w depresji. Nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłem i nie bardzo wiedziałem, jak sobie z tym poradzić. Odpowiedzią na to pytanie i sposobem na przezwyciężenie tego stanu okazał się, wbrew wszelkim zakazom, powrót na siłownię. Najprostsze ćwiczenia były bardzo trudne, najlżejsze ciężary były bardzo ciężkie. Nie trenowałem kilka miesięcy, a po takiej przerwie organizm szybko się rozleniwia.


To dopiero połowa wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. takie pytania:

Gdy jest się w rytmie, a trening jest elementem codzienności, wydaje się, że tak już będzie zawsze, prawda?

Reklama

Od czasu operacji wziąłeś udział w kilku akcjach charytatywnych. Pomagasz, bo wiesz, jak to jest szukać oparcia w kimś innym?

Napisałeś, że Twoje blizny to dożywotni talizman przypominający Ci, abyś żył każdym dniem tak, jakby to był ostatni dzień. Jak zmieniasz te słowa w czyn?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Gdy jest się w rytmie, a trening jest elementem codzienności, wydaje się, że tak już będzie zawsze, prawda?

Siłownia to nie tylko miejsce, gdzie leży sterta ciężarów i przeróżne maszyny. Spotykam w niej ludzi z pasją, którzy walczą i dążą do obranego celu. Przeglądałem internet w celu znalezienia w Polsce osoby, która przeszła to samo co ja i wróciła do normalnego funkcjonowania. W ten sposób trafiłem na Rafała. To żonaty mężczyzna po trzydziestce, który zachorował w 2009 roku. Nie startował nigdy w zawodach, a choroba rozwijała się u niego od dzieciństwa (po niewyleczonej grypie). Okazało się, że trenuje w tej samej siłowni co ja! Nieprawdopodobne! To było jak błogosławieństwo Boże. Jak znak. Jestem pewien, że Bóg kieruje naszym życiem tak, aby pokazać nam właściwą drogę i podsyła nam swoje anioły, aby się nami opiekowały. To znaki jego miłosierdzia.

Reklama

Mateusz sporo czasu spędza w Berlinie i tam kontynuuje walkę o powrót do formy

Rozumiem, że Rafał pokazuje Ci, że można.

Jest bardzo wysportowany, oprócz pracy na etacie, żony i dwuletniego synka ma czas, by dorabiać jako trener. I regularnie biega maratony. Do biegania mnie nie namówił, ale co weekend robimy wspólny trening i dodajemy sobie otuchy.

Od czasu operacji wziąłeś udział w kilku akcjach charytatywnych. Pomagasz, bo wiesz, jak to jest szukać oparcia w kimś innym?

Ostatnio zlicytowałem swój medal z Mistrzostw Polski Strongman małżeństwu Ani i Piotrkowi Kozieł ze Złotowa na rzecz niepełnosprawnego chłopca z jednej ze złotowskich szkół. Zawsze byłem bardzo wrażliwy na krzywdę ludzką. Wyniosłem to z domu. Mama wpajała mi od dziecka, że jeżeli mogę cokolwiek od siebie dać (co niekoniecznie musi być materialne) i w ten sposób pomóc potrzebującym, to powinienem to czynić. Po operacji w Kanadzie i powrocie do Polski zdałem sobie sprawę, że nie ważne co mam, ale liczy się to, jaki jestem dla innych, bo tak zostanę zapamiętany.

Reklama

Myślisz, że to, co Ci się przydarzyło, stało się w jakimś celu?

To był znak od Boga. Przypomniał mi o darze, jaki od niego otrzymałem, czyli sile do przezwyciężania wszelkich trudności. Pokazał mnie jako przykład dla ludzi, żeby żyć i robić to, co się kocha i nigdy się nie poddawać. W Ewangelii jest napisane: „Błogosławieni Ci, którzy nie tracą nadziei”. Życie Jezusa, Jego nauczanie, a przede wszystkim śmierć i zmartwychwstanie, przez które zostali pokonani najwięksi wrogowie ludzkiej nadziei: zło, grzech i śmierć, pozwala człowiekowi na nowo odnaleźć nadzieję. Bóg upewnił mnie w tym co zawsze w sobie czułem i przypomniał o tym, do czego zostałem przez Niego powołany.

Dziś rozwijasz karierę trenerską, chcesz pomagać innym budować wymarzone sylwetki i żyć zdrowo.

W dzień pracuję jako trener, a wieczorami rozpisuję diety na mojej stronie internetowej. Mam z czego żyć. Nie potrzebuję luksusów do szczęścia. Wystarczy, że robię to, co lubię. Nawet gdyby mi za to nie płacono, to i tak bym to wykonywał dla satysfakcji, jaką czuję, słysząc podziękowania i wdzięczność ludzi. Moi klienci to osoby, które wiedzą, że nie wolno się poddawać, bo nadwagę, problemy zdrowotne można wyleczyć ruchem oraz dietą. Wielu chorób nabywamy w kuchni i większość z nich da się w kuchni wyleczyć. Sam jestem tego przykładem. Upadłem i powstałem, dlatego jestem najlepszym wzorem i przykładem, jestem skarbnicą wiedzy, czego unikać i jak postępować. Mistrzowie to nie ci, którzy nigdy nie przegrywają, lecz ci, którzy po porażce potrafią się podnieść i walczyć.

Reklama

Napisałeś, że Twoje blizny to dożywotni talizman przypominający Ci, abyś żył każdym dniem tak, jakby to był ostatni dzień. Jak zmieniasz te słowa w czyn?

Każdy dzień przeżywam na 100%. Najcenniejsze co mamy w życiu to czas. Jeśli dysponujemy nim w nieodpowiedni sposób, spędzamy z ludźmi, którzy ciągną nas w dół, mówią, że nie damy rady, że nie mamy talentu, a my ich słuchamy, to nawet nie zdążymy się obejrzeć, gdy będzie za późno na zrealizowanie tych celów, które chcieliśmy osiągnąć. Ja własną śmierć przeżyłem dwukrotnie i doskonale pamiętam, co wtedy czułem. Krótko przed nią nie byłem w stanie ani oddychać, ani mówić, ale leżąc na szpitalnym łóżku napisałem smsa do mojej mamy: „Jestem spokojny, bo wspaniali ludzie dali mi piękne życie, w którym nie żałuję ani chwili”. Życzę każdemu, aby na łożu śmierci mógł tak powiedzieć.

Brzmi to jak przesłanie.

Problem, jaki widzę dziś w społeczeństwie jest taki, że ludzie egzystują, a nie żyją. Boją się podjąć działanie, są wystraszeni przez wiadomości i kierowani przez mass media. Nie dążą do realizacji swoich marzeń, bo wszystko wokół nastawia ich sceptycznie. Stają się marionetkami i często zawistnie patrzą z zazdrością na tych, którzy podejmują działania, pracują, zmagają się z przeciwnościami.
Dlatego jestem wdzięczny za to wspaniałe życie, w którym zrealizowałem i nadal będę realizował swoje marzenia. Rzeczy, które kiedyś temu nieśmiałemu, małemu chłopcu w okularkach z niewielkiej wsi pod Złotowem wydawały się nierealne.

Reklama

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    super mario - niezalogowany 2017-04-12 15:23:22

    głowa do góry...do 3 razy sztuka:)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    darek - niezalogowany 2017-04-10 08:25:25

    Zrobil formę w rok gdzie inni robią ja latami,to końskie dawki szły medykamentów

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    zlotowianin - niezalogowany 2017-04-09 23:22:55

    Pewnie sterydy i inne "odżywki" się do tego przyczyniły. Niestety w dzisiejszych czasach coraz młodsi sięgają po takie coś, aby jak najszybciej zrobić rzeźbę. A później widzimy wielkich koksow na ulicy, którzy niedawno wyglądali jak patyki. Wszytsko na końcu niestety wychodzi i można zapłacić za to zdrowiem a nawet życiem.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości