Reklama

W stali rzeźbiący. Niezniszczalny Tomasz Dąbrowski.

11/01/2016 18:30
Dorobił się na złocie, miał nawet w Złotowie trzy sklepy, ale upadł. Teraz podnosi się z kolan dzięki… stali. - Straszna mordęga. Ale się rozkręcam – twierdzi Tomasz Dąbrowski

Wszystko pływa. Aż do bólu głowy. Wrażliwych błędnik może ostrzegać, że te prace nie są dla nich. To złodziejki. - „Pożyczają” one swe barwy od otoczenia, nieustannie igrając ze światłem. Ich kolor, forma i faktura są wzmacniane, łamane, powielane lub odbijane przez niepowtarzalną lustrzaną powierzchnię – tak swoje rzeźby opisuje Tomasz Dąbrowski. A tworzy on przy użyciu spawarki, giętarek i pras.

Jedna z prac pana Tomasza

Złoty interes

Początek lat 80-tych. Tuż przed stanem wojennym do Złotowa trafia Tomasz Dąbrowski. Gdańszczanin, absolwent pierwszego rocznika szkoły zawodowej szkolącej złotników i zaocznego technikum mechaniki precyzyjnej. Trafia tu dzięki znajomości z panem Gregorkiewiczem – znanym złotowskim optykiem. - Z Gdańska pojechałem do Lubawki na granicy z Czechami, by się usamodzielnić, we Wrocławiu zdobyłem papiery mistrzowskie – nasz rozmówca się legitymuje. W Złotowie bierze się do pracy. - Otworzyłem zakład przy ulicy Domańskiego, a potem[[pay]] Obrońców Warszawy 39. Ciekawe czasy, bo wtedy rzemiosło było odważniejsze i się rozwijało – mówi złotnik, który w szczytowym okresie działalności miał trzy sklepy (przy Obr. Warszawy, w Hali Targowej i w Rolniku), punkt przyjęć biżuterii i zatrudniał dziesięciu pracowników. - Interes szedł dobrze, choć w pewnym czasie rzemiosło było tępione, bo podatki były wyższe dla takich dochodowych zawodów jak złotnik – uważa.

Reklama

Patery, miski i miseczki - artysta wykonał je samodzielnie

Upada jednak nie przez los, ale własne zaniechania. - Gdy rosła konkurencja, trzeba było się skupić na jednym miejscu. Popełniłem błędy marketingowe, trochę też namieszało mi w biznesie życie prywatne. I się pogubiłem – przyznaje rzemieślnik, który w połowie lat 90-tych dosłownie opływał w złoto. - Interes zaczął topnieć, a ja wyjechałem do USA. Ostatni punkt w hali zamknąłem w 2005 roku – przypomina sobie z trudem, jakby jego mózg zakopał gdzieś głęboko te trudne przeżycia.

Reklama

Stalowe życie

- Na świecie jest takich osób wiele, ale dookoła nie ma nikogo. Zobaczyłem takich ludzi w internecie i dzięki temu zaistniała we mnie ta odwaga – siedząc przed ścianą z surowych cegieł i patrząc na rzeźbę niby z płynnego metalu przeskakujemy pięć lat wprzód. Od 2010 roku pan Tomasz zajmuje się rzeźbieniem w stali nierdzewnej. Od rana stuka młotem i miażdży metal prasą, by wydobyć z niego sztukę.

Pan Tomasz nazwał "Synkiem" rzeźbę najbardziej człekopodobną jaką wykonał

- Już w młodości chciałem robić coś więcej niż biżuterię. Pracowałem w złocie, bo to było opłacalne – T. Dąbrowski jest w takim wieku, że pieniądze mają dla niego małe znaczenie. - Teraz zafascynowało mnie połączenie ślusarstwa i spawalnictwa z zamysłem artystycznym. U mnie króluje stal nierdzewna. Zacząłem od nieśmiałych brył – złotowianin siada na połyskującej pufie. - Inspirowała mnie – pójdę na całość – Statua Wolności. Ta gigantyczna rzeźba wykonana została z grubej, dwumilimetrowej blachy miedzianej. A ja chcę robić jeszcze trudniej, bo miedź jest bardziej kowalna niż moja stal nierdzewna – twierdzi miejscowy artysta.

Reklama

Rzeźbienie w stali nierdzewnej na wielu etapach bardziej przypomina pracę spawacza i kowala niż artysty o miękkich palcach

Jak to robi? Nie umie rysować, więc projekt kreśli w głowie. Skalę, kąty, wszystko. Czasem prosi kogoś o wycięcie kształtów na maszynie cnc i zmienia się w kowala. W piwnicy tłucze młotem, maltretuje blachę przy pomocy dwudziestotonowej prasy, potem spawa i poleruje. - Straszna mordęga. Ale się rozkręcam – zapewnia, siedząc niepewnie na krześle, w otoczeniu ksiąg o malarstwie i rzeźbie. Metalowe podpórki wgryzające się pod kątem w ścianę pewnie zrobił sam. - Wykonuję ekspresyjne obiekty przywodzące na myśl płynny metal – z tym trzeba się zgodzić. Patrząc na rzeźby T. Dąbrowskiego ma się wrażenie rozpływania materii.

Reklama

Prezent dla Gdyni

Tak jest z „Synkiem”, czyli ze stalową głową świecącą odbitym światłem, tak jest też z chmurą i Słońcem. Pływają patery i płaskorzeźby. - To jest płaskie i proste. Jeden dzień pracy plus polerowanie. Może to i efektowne, ale nie jestem zadowolony, że to jest płaskie – zwykle to artysta najostrzej krytykuje swoje prace. - Zarzuciłem to, bo chcę połączyć technikę przetłoczeń z bryłą zamkniętą. To musi być 3D. Z każdej strony ma wyglądać inaczej – uznał rzeźbiarz. Dlatego dziś uczy się tworzyć najpierw w świecie wirtualnym. Program komputerowy pomaga zmieniać kształty i proporcje bez wysiłku i kosztów. A te są ważne, bo złotowianin od lat nie zarabia.

Reklama

Surowość w sztuce i przestrzeni - złotowianin jest oszczędny w formie. Na ścianie resztki jego dawnego szyldu złotnik

- Moje marzenia  finansuję za pieniądze ze sprzedaży nieruchomości. Zainwestowałem w narzędzia i jestem przygotowany do pracy – zapewnia, choć przyznaje, że kontrahentów nie ma zbyt wielu. - Brat z Ameryki trochę mnie sponsoruje. Sprzedałem kilka mniejszych rzeczy, ale liczę na odmianę losu. Zrobiłem herb Gdyni, który chcę podarować miastu z okazji jego rocznicy, która przypada w lutym przyszłego roku. Jest szansa, że dzięki temu moje nazwisko zaistnieje w większym mieście. I że posypią się zamówienia – po pięciu latach inwestowania mężczyzna chciałby zacząć zbierać żniwo. Zwłaszcza, że w stali upatruje przyszłości sztuki. - To zimno, te kształty, ta forma robią wrażenie. Wycinanki z papieru też są sztuką, ale są łatwe do zniszczenia. A to jest niezniszczalne... [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości