Choć ciepły i przytulny, Brzezińskim zapiecek źle się kojarzy. Tam zaczęła się ich tragedia. To było w 1954 roku – sześcioletni Kaziu poganiał konia w kieracie, a jego rodzice cięli sieczkę. - Siostra weszła za piec, miała taką barchanową koszulę (ja też ją nosiłem), popaliła sobie brzuszek, a potem wskoczyła do łóżeczka. Karetka przyjechała po paru ładnych godzinach, bo śniegi były. I zmarło dziecko – Kazimierz Brzeziński wspomina wydarzenia sprzed ponad sześciu dekad. - Straszne to było dla matki. A na końcu, chyba w 1967 roku, mama urodziła Adasia. Ale zaraz zmarł. Ojciec nie kazał jej pracować, ale pracowała w polu. I urodziła martwe dziecko – sprzedawca pociera miękką ręką czoło. Podaje ją wielu klientom, ale już nie ściska dłoni tak, jak przed wylewem.
Kazimierz Brzeziński urodził się 14 września 1948 roku na wybudowaniu Kleszczyny. Mama Agnieszka zajmowała się domem, gospodarstwem i siedmiorgiem dzieci. Ojciec Władysław był dodatkowo dróżnikiem – wycinał krzaki wzdłuż dróg i zasypywał dziury. - Dzieciństwo to ja miałem niedobre. Mając niecałe 10 lat już wozem na drewnianych kołach powoziłem. Potem koniem musiałem orać, ale ojciec tego nie doceniał. Nie wiem, dlaczego – pierwsze kilkanaście lat życia pan Kazimierz opowiada zbolałym głosem. ... [[pay]] Tak mówi o szkole w Skicu, Bługowie, Buntowie i Świętej (rodzina kilka razy się przeprowadzała) i o spotkaniach z Bogiem. - Jak Gomułka je zlikwidował, to musieliśmy chodzić na religię do Sławianowa przez Karolewo – 6 kilometrów. Dzisiaj by nikt dziecka nie puścił, a nas puszczali. Do Bługowa do szkoły jeździłem rowerem, a jak były śniegi, to pieszo. Taki mi rodzice zgotowali los – skarży się 67-latek. Jego mama zmarła tego lata. Przez upał. - Chciała zasłonić żaluzje, spadła z wersalki i złamała nogę. Zawieźli ją do Piły i tam odeszła - mówi właściciel jednego z najbardziej znanych sklepów w Złotowie. - Tata ma 91 lat i żyje – dodaje pan Kaziu, popijając zimną herbatę.
Która szkoła jest lepsza: „Ogólniak” czy „Rolniczak”? Dla Kazia Brzezińskiego ta druga, ale dostaje się do pierwszej. - Zdawałem egzaminy do Technikum Rolniczego, ale nie zdałem. W ten sam dzień był egzamin w „Ogólniaku” i się dostałem – staruszek śmieje się, chyba nie zdając sobie sprawy z obecnej sytuacji tych szkół. To bez znaczenia, bo przygodę z liceum zakończył po pół roku. - Źle przez konia skoczyłem, to Nowak - profesor - kopnął mnie w tyłek (a ja dzieckiem byłem przecież) tak mocno, że się wkurzyłem i powiedziałem, że do szkoły więcej nie pójdę – złotowianin przyznaje, że zawsze był delikatny. Mógł się uczyć za rzeźnika u Kowalskiego, ale nie był w stanie ubić choćby kury. - Jak ojciec zabijał w domu owcę czy coś, to ja uciekałem – mówi, patrząc przez witrynę, czy nie zbliża się klient. - Sobieszczyk, stolarz ze Złotowa, przyjechał po mnie, żebym był stolarzem. A mi to też nie pasowało. Stolarza ze mnie by nie było, bo ja drygu nie miałem – mówiący to otoczony jest dziesiątkami narzędzi do drewna i metalu. W końcu Kaziu, z dyplomem podstawówki w kieszeni, poszedł pracować w Gminnej Spółdzielni w Kleszczynie.
Na chwilę przerywa opowieść – klient przyszedł po drożdże, wino będzie robić. Nie ma 50 groszy, więc pan Kaziu mówi: kiedy indziej przyniesiesz. A on wróci za kilka minut.
Po Kleszczynie K. Brzeziński trafił do pehaesu w Złotowie. Był pomocnikiem magazyniera. - Fajnie się pracowało, byłem młody, miałem werwę do pracy. Ula Fenska, z którą pracowałem, mieszka tu niedaleko.
W 1969 roku K. Brzezińskiego wzięli w kamasze. - Byłem w piekarni polowej. Nie masz rozeznania w tym? Piekarze piekli chleb i bułki, a ja jeździłem samochodem i rozwoziłem je po jednostkach. Dowódca wziął mnie, bo byłem po ślubie i miał do mnie zaufanie – złotowianin opowiada o początkach służby. Szczęście skończyło się, gdy wzrosła liczba żonatych kierowców. Dwóch z czterech musiało pójść do „cyrku” - jednostki zmechanizowanej w Kołobrzegu. Losowanie było z kapelusza. - Trafiło na mnie i Wiesia Przymuszałę ze Złotowa. Tyle że on był bystrzejszy, bo z miasta. „Kurdę, idziemy wieczorem dopiero”. Cały dzień byliśmy na plaży, a pod wieczór do jednostki – pan Kazimierz już się śmieje, bo szczęście jednak go nie opuściło. - Na I kompanii był ZiŁ i Robur, na III Star. Wiechu krzyczy: ja na Stara. To mi został ZiS - pod górę pchać, a z góry jechać. Ale w życiu trzeba mieć szczęście, bo tam był Zbysiu Musiał z Więcborka. Jego ojciec pracował u szewca Rosenowa w Złotowie. „Kurdę, to my jesteśmy ziomki. Ja już mam służby rok, a ty jesteś kot. Ja cię ochronię” - młodemu żołnierzowi w to graj. Razem naprawiali motocykle oficerów i nawet kolacje jedli w kapciorze Miecia. - A kolega Przymuszała jechał szczotką łazienki. „Kurdę, mam przerypane” - mówił. A ja byłem pod skrzydełkami starszego żołnierza. Tam było elegancko. Lepiej jak w domu. Raz nawet miałem taką fuchę, że majorowi bawiłem dzieci – naprawdę miałem tam życie jak w Madrycie – po wylewie, który mężczyzna przeszedł pięć lat temu jego twarz śmieje się dłużej niż dusza. Uśmiech powoli znika, gdy on mówi już o czymś innym.
- Jak jechałem do domu, to dostałem oficerskie półbuty. Jak gościu przyjechałem do domu. A ojciec chciał do dowódcy napisać, dlaczego mnie co tydzień puszcza do domu? Mój ojciec służył w niemieckim wojsku. Był wywieziony aż na Spitsbergen – staruszek tłumaczy rodziciela. Po 20 miesiącach pan Kaziu wrócił do domu. - Bo żona pisała, że mamy dziecko, a ja jestem jedynym żywicielem rodziny – to był koniec życia jak w Madrycie.
Rozmowę przerywa kolejny dzwonek przy drzwiach. Około 30-letni mężczyzna skarży się na plagę myszy. Bierze trzy paczki trucizny od razu. Zamówienie okrasza przekleństwem, za co pan Kaziu go karci. - A gdzie teściowa? - właściciel sklepu zna w mieście niemal wszystkich. - Dawno jej nie widziałem. - Teściowa już nie chodzi do miasta – kości jej wysiadły – odpowiada klient i znika za drzwiami.

Z J. Steffen pracował pan Kaziu 28 lat. Niejedno małżeństwo by się w tym czasie rozpadło, a oni zawsze żyli w zgodzie
Nie posmarujesz – nie pojedziesz. Tak samo z inwentaryzacją – na trzeźwo nie będzie się zgadzać. Stara zasada sprawdzała się w składzie towarów, w której Kazimierz Brzeziński podjął pracę po wojsku. - Wszędzie chcieli mnie przyjąć. Z osiem propozycji miałem – chwali się złotowianin, choć na początku lat 70-tych pracy w Złotowie nie brakowało. Najpierw zaczepił się w składnicy maszyn na Kujańskiej. - Dwa lata tam byłem – miałem w życiu szczęście do pracy – mówi. Potem przeszedł na magazyniera przy Wojska Polskiego. - Poszliśmy tam z Janem Steffenem. Mieliśmy pod sobą artykuły papiernicze, meble, garnki, emalie. W kilku magazynach w mieście. I lataliśmy wydawać ten towar. Albo ciągnikiem, albo końmi nas podwieźli. Nieraz tacy byli umordowani tym bieganiem...
Któregoś razu przyszła komisja na remanent. - Polanin Władziu, taki gruby, wysoki przyszedł. Ja miałem kartoteki przygotowane i zapytałem: panie Władziu, od czego zaczynamy dzisiaj? A pan Władziu rozsiadł się na krześle i powiedział: „Kaziu, dzisiaj zaczynamy od Gucia”. Tu był taki słynny sklep tu obok – była w nim gorzołka i wszystko. Nawet przed 13-tą się jej dostało – 67-latek puszcza oko, dając znać, że swoich zakazy nie dotyczyły. - No i z Tadziem Stecykiem pili jeden dzień, drugi, a ja donosiłem tylko wódkę. W końcu przyszedł księgowy Kaźmierczak, przedwojenny służbista. „Co, już macie dużo zrobione?” A Władziu: „Józek, będzie wszystko na czas zrobione”. Na czwarty dzień trzeba było szybko się wziąć za robotę, piątego skończyć. To była robota „co nagle, to po diable”, ale z grubsza się zgadzało...
W latach 80-tych Złotów posmakował zagranicy. W składzie były nowe rajstopy i sterty dżinsów. Kiedyś nawet dostawca ze Słupska sportowe butle do gazu przywiózł. I wpadł. - Niezgoda z Chojnic przywiózł siedem ładnych dywaników (pięć na skład i dwa dla nas), ale dwa zginęły – K. Brzeziński zawiesza głos, jakby sprawdzając, czy słucham. - A ten Niezgoda był kiedyś milicjantem i miał węch. „Słuchaj, to jest prosta sprawa - ten od tych butli ze Słupska się kręcił. Jak to zginęło, to jeszcze coś mógł ci ukraść”. A bram było sześć wkoło. On dla niepoznaki kupił dwa wiadra cynkowe i pojechał do Drzewiarza na Kujańskiej. A my busem Niezgody za nim – pan Kaziu śmieje się sam do siebie. - Niezgoda zajechał mu drogę w poprzek, jak to milicjant. „Leć, mu samochód przejrzyj”. Patrzę, a w tej kabinie kupa spodni dżinsowych, rajstop... ja pierdzielę. Chłopie, coś ty narobił?! - 67-latek do dziś żałuje, że wtedy zadzwonił po milicję. - Przesłuchania, prokuratura, milicjant miał nosa, bo kłopotów miałem od cholery – przyznaje.
Na te słowa do sklepu przy Kościelnej wpada druga żona pana Kazia – Teresa. Poznali się na weselu w Grzmiącej. - Moja ówczesna żona wyciągnęła ją z gapiów i kazała mi z nią tańczyć. I tak to się zaczęło – wspomina nasz rozmówca. Pani Teresa jest wrażliwa na nieuczciwość. - Kiedyś jak coś zginęło w zakładzie, to cholernie karali. Nie tak jak teraz. Teraz wyrzucą i w duszy mają. Przedtem to pięć lat minimum dawali. Nie patrzeli, że ktoś sam pracuje i ma pięcioro dzieci. Ukradłeś, to kara cię czeka. A teraz jeden drugiego okrada i nic. Czyli przyzwolenie jest na to – ocenia kobieta. Skoro mowa o oszustwach, to prosi męża, by przypomniał to najbardziej zuchwałe. Właściwie dwa, przedzielone 24 latami odstępu.
- Przyszła na sklep ogólny, ten długi, kobieta. Dała mi 10 zł, kupiła jakąś pierdółkę, a powiedziała, że dała 100 złotych. A Jaster Stefan doskoczył do mnie: „Co ty, chcesz klientkę oszukać?! Jak tak możesz”. Dobrze, że nie miałem w szufladzie dużych pieniędzy i tej stówy też tam nie był – do dziś pan Kaziu 50 i 100 wkłada do saszetki noszonej na pasie. To go uratowało ćwierć wieku później, już we własnym sklepie.
- Po tylu latach przyszła tutaj ta sama pani, kupuje korek do wanny za 3,5 zł, daje 10 zł i mówi, że dała 100 zł. Ten sam numer powtórzyła po tylu latach! Otworzyłem szufladę i pokazałem, że żadnej stówy nie mam. To dzwonimy na policję. Już mi się dyżurny zgłaszał, a babka zwiała. Korek zdążyła wziąć, ale reszty nie. To znaczy ja jednak miałem rację... - bez uczciwości nie ma dobrego sprzedawcy. Jakby na potwierdzenie do sklepu z „mydłem i powidłem”, jak mówi jego właściciel, wpada mężczyzna. Zły jak osa prosi o rozgniatacz do ziemniaków. Ten, który kupił wczoraj, zgubił. Pan Kaziu sięga po towar i wkłada pieniądze klienta z powrotem do jego portfela. - Po drodze do pracy zaczepił mnie pijaczek i sprzedał mi to za dwa złote. To twoje – panowie się ściskają, a potem pozują do wspólnego zdjęcia. Aż dziw bierze, że to nie było wyreżyserowane.

W końcu lat 70-tych wyznacznikiem powodzenia był własny fiat 126 p. Pan Kazimierz mógł się takim cudem pochwalić
Na swoje Kazimierz Brzeziński poszedł na początku lat 90-tych. Ze sklepu, w którym pracował, wziął towaru na 20 tys. zł (na 70% odsetek!). Pod zastaw księgowa Renia Brzezińska (zbieżność nazwisk przypadkowa) wzięła jego fiata 126 p. - W 1994 byłem już na swoim. W międzyczasie Paweł Jaster kupił cały ten budynek, gdzie Biedronka była i przeniósł mnie do przodu, gdzie teraz sprzedają te drobiazgi – tam handlowiec spędził rok. Potem przeniósł się trzydzieści metrów dalej. - Wtedy handel szedł, to się pożyczkę pospłacało, odłożyło, mieszkanie kupiło. Do 2000 roku szło elegancko. Nie piłem, nie paliłem, to grosz odkładałem – staruszek chwali się, że oszczędza nadal. Teraz dla wnuczki. Przejścia na swoje nigdy nie żałował, poza dwoma wyjątkami. Po pierwsze rozstał się J. Steffenem. - Oni 28 lat byli razem. Niejedno małżeństwo by się rozpadło, a oni mieli do siebie takie zaufanie... - twierdzi Teresa Brzezińska. Po drugie trafił na byłego ormowca, który obok sprzedawał części do ciężarówek. - Jak to ormowiec - nie do życia dla siebie, a wszyscy inni to wrogowie. Pierwsze co robił rano, to drzwi zamykał i wszystko co widział po drodze do pracy, to donosił na policję – pan Kaziu wspomina, jak podczas ulewy wgarniał wodę pod jego drzwi i jak okradał właściciela z węgla. Za to z pracy wyleciał. - Przyjechał właściciel i powiedział: „Panie J., od jutra już tutaj u nas nie pracujesz”. I tak dał mi ten Wojtek takie oswobodzenie – złotowianin wstaje, by pokazać swoje włości. Garnki, klucze, narzędzia, skrzynki na listy. Są nawet śrubunki wzięte z poprzedniego zakładu. K. Brzeziński panuje nad tym pozornym bezładem. Tylko w 2010 na chwilę stracił orientację. - Mózgownicę mi wkoło zalało – wspomina wylew, jaki wówczas przeżył. Ale szybko wrócił do pracy. - Jak człowiek klientów polubił, to dobrze się tu czuje – mówi, opierając się o przeszkloną ladę. - Bo w sumie więcej jest ludzi lepszych jak gorszych. Było tak i jest – twierdzi.
Może ktoś z nich zechce kupić sklep pana Kazia. Właściciel właśnie wystawił go na sprzedaż. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze