Mirosław i Małgorzata podjęli w życiu kilka odważnych decyzji. Ostatnią – całkiem niedawno. W styczniu rodowici jastrowianie, którzy ostatnie osiem lat spędzili w podbydgoskiej Zawadzie, przeprowadzili się do Rudnej. Nic szczególnego? Owszem, do czasu, gdy nie usłyszy się ważnej informacji – czekały tam na nich strusie afrykańskie. Co prawda nie dziesiątki (poprzedni właściciel prowadził hodowlę), a dwie rodziny, czyli sześć dorosłych sztuk, pomysł ich „chowania” i tak był jednak dość zuchwały. Przede wszystkim dlatego, że nasi rozmówcy nie znali wymagań tych zwierząt. Nie wiedzieli, jak z nimi postępować, czym je żywić, jak – w razie potrzeby – leczyć... Zaryzykowali. - Dzieci nas namówiły, żeby kilka zatrzymać – śmieje się pan Mirosław. Dziurę w brzuchu „wierciła” głównie córka Ania, nie ona jest dziś jednak specjalistką od ptaków, a jej młodszy brat Mikołaj. Nim w rozmowę włączył się jego tata, chłopiec zaserwował mi już całkiem pokaźny zestaw informacji – choćby tę, że złamana kość u strusi się nie zrasta, pokazał też swoich ulubieńców: Jajo i Tuptusia. - Na Tuptusiu wszyscy już postawili krzyżyk, a teraz on jest silny i wszystkimi się opiekuje – opowiada chłopiec. Ci ulubieńcy to dwie z sześciu sztuk „młodzieży”. Są też maluchy – trzy trzytygodniowe strusie, poza nimi – sześć dorosłych.
Nad stadem tych ostatnich na innym wybiegu góruje Alex – ważący około 130 kilogramów i mierzący 280 centymetrów. Potężny, w chwilach złości widowiskowo „tańczący” dorosły ptak. Pisklęta niezwykle trudno odchować.
Państwo Ruszkowscy, skoro już postawili na strusie, postanowili spróbować czegoś jeszcze: powiększania ich rodzin. Fachowej wiedzy na ten temat, podobnie jak w przypadku zasad żywienia i ogólnie pojętej opieki, szukali w książkach i internecie. Co innego jednak porady specjalistów i co innego rzeczywistość. - Około 40% młodych nam pada – przyznaje pan Mirosław. Przyczyn nie jest w stanie wskazać, zwłaszcza, że wszystko jest tak, jak powinno być – jaja na 39 dni trafiają do inkubatora, następnie na 5 dni do „klujnika”, gdzie wykluwają się młode, a potem... Potem to już loteria wspomagana witaminami: przeżyją albo nie. - Zawsze mówiło się, że najtrudniejsze w hodowli są indyki. Teraz wiem, że strusie przebijają je pod tym względem dwu- albo nawet trzykrotnie – ocena Mirosław Ruszkowski. Trudy hodowli doskonale zna również jego żona Małgorzata, która każdego dnia czuwa nad stadem, dba o zwierzęta i pilnuje, by niczego im nie brakowało.
- Nie trzymamy strusi dla zarobku, bo przecież pieniędzy z nich nie mamy żadnych, mimo to każdej sztuki jest szkoda – przyznaje mężczyzna.
Powiedzieć, że na strusiach Ruszkowscy nie zarabiają to mało – utrzymanie piętnastoosobowej rodzinki ptaków w skali miesiąca kosztuje naszych rozmówców około tysiąca złotych. Nie dlatego jednak pan Mirosław nie raz myślał już by – jakkolwiek to zabrzmi – skończyć ze strusiami. Bo choć padłymi sztukami denerwować się nie chce, stres przychodzi mimo woli. Poza tym unicestwić taką atrakcję? Lepiej wykorzystać jej potencjał.
Struś to nie kura znosząca złote jajka. - Do hodowli nie ma europejskich dopłat – wyjaśnia nasz rozmówca. Zresztą na kilkunastu sztukach biznesu zrobić nie sposób – jedyna korzyść państwa Ruszkowskich to radość dzieciaków, które przychodzą oglądać stado. Jest jeszcze coś – jaja. - Jedno zastępuje nawet 30 kurzych – wyjaśnia pan Mirosław. - Sporo, ale u nas nic się nie zmarnuje, bo mamy dużą rodzinę – śmieje się mężczyzna.
Wracając do strusi – te mają szansę stać się atrakcją prawdziwie turystyczną. Mirosław Ruszkowski, prowadzący firmę zajmującą się rozbiórkami budynków i odzyskiem materiałów, zastanawia się z bliskimi nad utworzeniem gospodarstwa agroturystycznego. Warunki nasi rozmówcy mają – 8 ha ziemi, prócz strusi kucyka, kury i zarybiony staw. W okolicznych lasach grzyby i jagody. Do szosy – kawałek gwarantujący spokój. Na dobry początek – jak znalazł. Brakuje – najważniejsze – wodociągu, a także bazy noclegowej, wiadomo jednak, że korzyści bez inwestycji próżno czekać. Taki biznes – w części – byłby spełnieniem dziecięcych marzeń pana Mirosława. - Zawsze mówiłem, że jak już będę duży to będę mieć gospodarstwo – śmieje się nasz rozmówca. Burzących ciszę turystów w pragnieniach sprzed lat jednak nie było. - Już czas odpocząć, a do tego trzeba ciszy – uważa mężczyzna. Dlatego agroturystyka to tylko jeden z pomysłów, jakie kłębią się w głowie pana Mirosława. Jest i inny, może nawet bardziej opłacalny, nie chcąc jednak kusić konkurencji nasz rozmówca na razie zatrzymuje go dla siebie. Czy mieszczą się w nim strusie? Na pewno nie w centralnym planie. Raczej – jak teraz – w drugim. Pod hasłem: relaks, rekreacja i ciekawostka.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze