W moim układzie zatrudnienia można wrócić do pracy albo stracić źródło utrzymania. Przedsiębiorcy prowadzący własną indywidualną działalność gospodarczą doskonale wiedzą o co chodzi. Zaprzestanie działalności lub zmiana formy i konieczność zatrudnienia dodatkowego personelu powoduje utratę całości lub znacznej części dochodów, a co to znaczy przy braku rezerw każdy rozumie. Moją praktykę uratowali pomagający mi bezinteresownie koleżanki i koledzy oraz bardzo wyrozumiali pacjenci. Czuję się dobrze, mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej i niedługo stanę na nogi, więc wróciłem.
Pacjenci przyjęli mnie dobrze. Nikomu nie przeszkadza to, że jeżdżę na wózku. Jest to dla mnie trochę bardziej męczące, nie po wszystko mogę sam sięgnąć, ale tak przemeblowaliśmy, przy bardzo dużej pomocy pielęgniarek, mój gabinet i zmieniliśmy organizację pracy, że radzimy sobie co najmniej dobrze. Jestem w gabinecie cztery godziny rano i dwie po południu, czyli tak, jak tego wymaga kontrakt lekarza rodzinnego. W razie potrzeby nadal sporadycznie prosimy o pomoc kolegów. Niemniej od powrotu minęły trzy tygodnie i nic złego się nie wydarzyło, poza tym, że miałem grypę.
Reklama
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, bo przez pół roku ubyło mi około trzydziestu pacjentów, a normalnie rotacja wyniosłaby pewnie około dwudziestu. Przy czym przez czas, gdy byłem poza gabinetem nie zapisywałem nowych pacjentów, by nie stworzyć dla nich sytuacji stresowej. Prosiłem, by zastanowili się nad tym wyborem.
Bardzo. Na początku choroby bałem się trochę, że pacjenci przeniosą się gdzieś indziej. Trudno by było im się dziwić biorąc pod uwagę choćby to, że na temat mojej choroby mówiono wiele dziwnych rzeczy. Parę razy mnie uśmiercano, kilka razy podobno leżałem na oddziale paliatywnym czy intensywnej terapii. Słysząc to też bym się zastanowił nad przeniesieniem. Był lekarz, nie ma lekarza...
Wiecznie koledzy zastępować mnie nie mogli. Było jasne, że jeśli nie wrócę do pracy, to praktyka w obecnej formie nie będzie mogła funkcjonować. Na szczęście moi pacjenci wytrzymali nerwowo okres mojej nieobecności.Reklama
Jak zareagowali widząc Pana w gabinecie?
Odkąd porusza się Pan na wózku dotarcie do pracy jest trudniejsze, prawda?
Jak lekarz zmienia się w chorobie?
Pewnie tak. Pacjenci przyzwyczaili się do tego, co robię i nie chcą przenosić się gdzieś indziej. Czekali na mój powrót i doczekali się.
Bardzo pozytywnie, szczególnie ludzie starsi. Byli bardzo wylewni, witali mnie jak członka rodziny.
Mieszkam praktycznie za ścianą ośrodka. Zamówiliśmy urządzenia, które ułatwiają mi przejazd przez pokój i korytarz w mieszkaniu, a na zewnątrz ośrodka jest rampa. Choć teraz, zimą, przejeżdżam łącznikiem między mieszkaniem a przychodnią. Korzystam z niego, bo nie chcę ryzykować przeziębienia. W okresie leczenia mój organizm jest mniej odporny i łapie wszystko jak leci. Nie ma sensu ponosić dodatkowego ryzyka.
Reklama
Gdy ktoś jest zdrowy nie myśli o takich rzeczach. Tyle, że nikt nie wie co go czeka. Można wyjechać zza zakrętu i skończyć gorzej niż ja. Mnie trafił się szpiczak, ale takie jest życie.
Nie powiem, żebym lekceważył moje dolegliwości, bo robiłem badania, ale na nich nic nie wychodziło. Tyle, że ból był nie do wytrzymania, co zmusiło mnie do stawienia się w szpitalu. Tam okazało się, że mam szpiczaka. To nowotwór trudny do stwierdzenia i najczęściej wykrywany nie przez hematologów, którzy go leczą, ale przez reumatologów, internistów, ortopedów. Problem w tym, że wyniki badań od początku miałem dobre. Łącznie z tymi stosowanymi w tej chorobie. Wszystko to było jakieś niezdecydowane, a szpiczak robił swoje. Na tyle skutecznie, że posadził mnie na wózku, bo masa guza rozerwała trzon jednego z kręgów. Do szpitala poszedłem o własnych siłach, a po czterech dniach byłem wyłączony od pasa w dół.
Reklama
Jestem pod koniec pierwszego etapu leczenia. Przeszedłem cykl doustnej chemioterapii, z dobrym skutkiem i wyniki mam dobre. Pani doktor w Poznaniu za jakiś miesiąc podejmie decyzję jak ma wyglądać dalsza terapia.
Rehabilituję się, większość mięśni zaczyna działać, postępy widać bardzo wyraźnie, co cieszy zarówno mnie, jak i panią, która bardzo profesjonalnie moją rehabilitację prowadzi. Odzyskuję czucie, także wszystko idzie naprzód. Jestem jeszcze słaby, ale już podejmuję próby pionizacji. Stanąć na nogi chciałbym, ostrożnie szacując, w lecie.
W momencie, kiedy lekarz staje się pacjentem jest w dokładnie takiej samej sytuacji jak każda inna osoba. Musi dopasować się do sytuacji, wiedzieć co może, a czego nie. Medyk pewnie jest bardziej świadom pewnych rzeczy, ale musi zaufać specjaliście, który go prowadzi. Jest takie stare powiedzenie, że lekarz, który sam się leczy, ma głupiego lekarza, a jeszcze głupszego pacjenta. Więc nie modyfikuję zapisanego leczenia. Wierzę, że mój lekarz jest na dobrej drodze do wyleczenia mnie.
Reklama
Trochę tak. Zaskoczenie związane z moim zachorowaniem powoduje zwiększenie czujności. Nie sądziłem, że dotknie mnie ten rodzaj choroby. Byłem przekonany, że mnie to nie dotyczy.
Dzięki tej chorobie wzmocniła się moja wiara w dobrą wolę i ogromną przychylność ludzi. W pomoc dla mnie zaangażowało się mnóstwo osób, często zupełnie mi nieznanych. To pokazuje, że ten świat nie jest taki zły. Wszystkim jestem bardzo wdzięczny. A teraz niech pan już idzie, bo się rozklejam...
Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Najlepszy!!!! Dużo zdrowia i wytrwałości!
Wspaniały lekarz i człowiek, jestem ze Złotowa i lekarza nie zmienię. Teraz gdy jesteśmy chorzy, to jest nic w porównaniu z tym przez co przeszedł "nasz lekarz" i nadal walczy..., to dodaje sił każdemu i choremu i zdrowemu!
Wspaniały człowiek. Wspaniały lekarz. Mój lekarz. Życzę Panu wszystkiego co najlepsze, zwłaszcza zdrowia.
Choć nie znam Pana osobiście to i tak życzę dużo wytrwałości. Niech pan dalej walczy. Będzie dobrze.
Będzie dobrze.
Najlepszy!!!! Dużo zdrowia i wytrwałości!
Wspaniały lekarz i człowiek, jestem ze Złotowa i lekarza nie zmienię. Teraz gdy jesteśmy chorzy, to jest nic w porównaniu z tym przez co przeszedł "nasz lekarz" i nadal walczy..., to dodaje sił każdemu i choremu i zdrowemu!
Wspaniały człowiek. Wspaniały lekarz. Mój lekarz. Życzę Panu wszystkiego co najlepsze, zwłaszcza zdrowia.