Reklama

Wierzę w Boga i ludzi

13/02/2017 19:00
Roman Mendyk wrócił do pracy. Pacjentom nie przeszkadza to, że jeździ na wózku

Od kilu miesięcy walczy Pan z poważną chorobą i choć leczenie jeszcze potrwa, to już wrócił Pan do pracy. Dlaczego?

W moim układzie zatrudnienia można wrócić do pracy albo stracić źródło utrzymania. Przedsiębiorcy prowadzący własną indywidualną działalność gospodarczą doskonale wiedzą o co chodzi. Zaprzestanie działalności lub zmiana formy i konieczność zatrudnienia dodatkowego personelu powoduje utratę całości lub znacznej części dochodów, a co to znaczy przy braku rezerw każdy rozumie. Moją praktykę uratowali pomagający mi bezinteresownie koleżanki i koledzy oraz bardzo wyrozumiali pacjenci. Czuję się dobrze, mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej i niedługo stanę na nogi, więc wróciłem.

Jak Pański powrót przyjęli pacjenci? Ma Pan ich ponad dwa i pół tysiąca.

Pacjenci przyjęli mnie dobrze. Nikomu nie przeszkadza to, że jeżdżę na wózku. Jest to dla mnie trochę bardziej męczące, nie po wszystko mogę sam sięgnąć, ale tak przemeblowaliśmy, przy bardzo dużej pomocy pielęgniarek, mój gabinet i zmieniliśmy organizację pracy, że radzimy sobie co najmniej dobrze. Jestem w gabinecie cztery godziny rano i dwie  po południu, czyli tak, jak tego wymaga kontrakt lekarza rodzinnego. W razie potrzeby nadal sporadycznie prosimy o pomoc kolegów. Niemniej od powrotu minęły trzy tygodnie i nic złego się nie wydarzyło, poza tym, że miałem grypę.

Reklama

Pacjenci nie odeszli do innych przychodni?

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, bo przez pół roku ubyło mi około trzydziestu pacjentów, a normalnie rotacja wyniosłaby pewnie około dwudziestu. Przy czym przez czas, gdy byłem poza gabinetem nie zapisywałem nowych pacjentów, by nie stworzyć dla nich sytuacji stresowej. Prosiłem, by zastanowili się nad tym wyborem.

To, że zostali przy Panu musi być budujące.

Bardzo. Na początku choroby bałem się trochę, że pacjenci przeniosą się gdzieś indziej. Trudno by było im się dziwić biorąc pod uwagę choćby to, że na temat mojej choroby mówiono wiele dziwnych rzeczy. Parę razy mnie uśmiercano, kilka razy podobno leżałem na oddziale paliatywnym czy intensywnej terapii. Słysząc to też bym się zastanowił nad przeniesieniem. Był lekarz, nie ma lekarza...
Wiecznie koledzy zastępować mnie nie mogli. Było jasne, że jeśli nie wrócę do pracy, to praktyka w obecnej formie nie będzie mogła funkcjonować. Na szczęście moi pacjenci wytrzymali nerwowo okres mojej nieobecności.

Reklama

To dopiero 40% wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. następujące pytania:

Jak zareagowali widząc Pana w gabinecie?

Odkąd porusza się Pan na wózku dotarcie do pracy jest trudniejsze, prawda?

Jak lekarz zmienia się w chorobie?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Może to też siła przyzwyczajenia. W sierpniu będzie dziewiętnaście lat odkąd rozpoczął Pan praktykę w Zakrzewie.

Pewnie tak. Pacjenci przyzwyczaili się do tego, co robię i nie chcą przenosić się gdzieś indziej. Czekali na mój powrót i doczekali się.

Jak zareagowali widząc Pana w gabinecie?

Bardzo pozytywnie, szczególnie ludzie starsi. Byli bardzo wylewni, witali mnie jak członka rodziny.

Odkąd porusza się Pan na wózku dotarcie do pracy jest trudniejsze, prawda?

Mieszkam praktycznie za ścianą ośrodka. Zamówiliśmy urządzenia, które ułatwiają mi przejazd przez pokój i korytarz w mieszkaniu, a na zewnątrz ośrodka jest rampa. Choć teraz, zimą, przejeżdżam łącznikiem między mieszkaniem a przychodnią. Korzystam z niego, bo nie chcę ryzykować przeziębienia. W okresie leczenia mój organizm jest mniej odporny i łapie wszystko jak leci. Nie ma sensu ponosić dodatkowego ryzyka.

Reklama

Podjazd przed ośrodkiem to wymóg prawny, ułatwienie dla pacjentów. Pewnie nigdy nie przeszło Panu przez głowę, że będzie musiał sam z niego korzystać.

Gdy ktoś jest zdrowy nie myśli o takich rzeczach. Tyle, że nikt nie wie co go czeka. Można wyjechać zza zakrętu i skończyć gorzej niż ja. Mnie  trafił się szpiczak, ale takie jest życie.

To podstępny rodzaj nowotworu.

Nie powiem, żebym lekceważył moje dolegliwości, bo robiłem badania, ale na nich nic nie wychodziło. Tyle, że ból był nie do wytrzymania, co zmusiło mnie do stawienia się w szpitalu. Tam okazało się, że mam szpiczaka. To nowotwór trudny do stwierdzenia i najczęściej wykrywany nie przez hematologów, którzy go leczą, ale przez reumatologów, internistów, ortopedów. Problem w tym, że wyniki badań od początku miałem dobre. Łącznie z tymi stosowanymi w tej chorobie. Wszystko to było jakieś niezdecydowane, a szpiczak robił swoje. Na tyle skutecznie, że posadził mnie na wózku, bo masa guza rozerwała trzon jednego z kręgów. Do szpitala poszedłem o własnych siłach, a po czterech dniach byłem wyłączony od pasa w dół.

Reklama

W jaki sposób Pan z nim walczy?

Jestem pod koniec pierwszego etapu leczenia. Przeszedłem cykl doustnej chemioterapii, z dobrym skutkiem i wyniki mam dobre. Pani doktor w Poznaniu za jakiś miesiąc podejmie decyzję jak ma wyglądać dalsza terapia.
Rehabilituję się, większość mięśni zaczyna działać, postępy widać bardzo wyraźnie, co cieszy zarówno mnie, jak i panią, która bardzo profesjonalnie moją rehabilitację prowadzi. Odzyskuję czucie, także wszystko idzie naprzód. Jestem jeszcze słaby, ale już podejmuję próby pionizacji. Stanąć na nogi chciałbym, ostrożnie szacując, w lecie.

Jak lekarz zmienia się w chorobie?

W momencie, kiedy lekarz staje się pacjentem jest w dokładnie takiej samej sytuacji jak każda inna osoba. Musi dopasować się do sytuacji, wiedzieć co może, a czego nie. Medyk pewnie jest bardziej świadom pewnych rzeczy, ale musi zaufać specjaliście, który go prowadzi. Jest takie stare powiedzenie, że lekarz, który sam się leczy, ma głupiego lekarza, a jeszcze głupszego pacjenta. Więc nie modyfikuję zapisanego leczenia.  Wierzę, że mój lekarz jest na dobrej drodze do wyleczenia mnie.

Reklama

Doświadczenie własnej choroby zmieniło Pańskie podejście do pacjentów?

Trochę tak. Zaskoczenie związane z moim zachorowaniem powoduje zwiększenie czujności. Nie sądziłem, że dotknie mnie ten rodzaj choroby. Byłem przekonany, że mnie to nie dotyczy.

Pacjenci, z którymi rozmawiałem chórem wychwalają Pańską decyzję o powrocie. Wcześniej mieszkańcy gminy Zakrzewo i nie tylko angażowali się w zbiórkę pieniędzy na Pańskie leczenie. Co Pan o tym sądzi?

Dzięki tej chorobie wzmocniła się moja wiara w dobrą wolę i ogromną przychylność ludzi. W pomoc dla mnie zaangażowało się mnóstwo osób, często zupełnie mi nieznanych. To pokazuje, że ten świat nie jest taki zły. Wszystkim jestem bardzo wdzięczny. A teraz niech pan już idzie, bo się rozklejam...

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    pacjentka - niezalogowany 2017-02-16 09:40:35

    Najlepszy!!!! Dużo zdrowia i wytrwałości!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    mieszkanka Złotowa - niezalogowany 2017-02-14 22:34:21

    Wspaniały lekarz i człowiek, jestem ze Złotowa i lekarza nie zmienię. Teraz gdy jesteśmy chorzy, to jest nic w porównaniu z tym przez co przeszedł "nasz lekarz" i nadal walczy..., to dodaje sił każdemu i choremu i zdrowemu!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Zakrzewianka - niezalogowany 2017-02-14 19:46:55

    Wspaniały człowiek. Wspaniały lekarz. Mój lekarz. Życzę Panu wszystkiego co najlepsze, zwłaszcza zdrowia.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości