Bartosz walczy od ponad dwudziestu lat. Dowodził piechotą i czołgami, lotnictwem i ciężką artylerią. Czasem sam tworzy konflikty, w które teraz chce wciągnąć złotowian
Najważniejsza jest rozpiska. Jest ściśle tajna, bo od niej zależą losy wojny. Bartosz wie, jakim wojskiem dysponuje przeciwnik i pod to ustala strategię. Piechota może pokonać pułk czołgów, a bateria artylerii dywizję samolotów.
- Czasem z góry jest się na przegranej pozycji, ale wtedy wykorzystuje się błąd przeciwnika i można wygrać bitwę – twierdzi miłośnik walk Bartosz Ratajewski.
Bić się zaczął w latach osiemdziesiątych na warszawskiej Pradze. Kolega przyniósł Warhammera (w wolnym tłumaczeniu „wojenny młot”), a do niego podręcznik przywieziony z Zachodu. Aby móc walczyć trzeba było znać angielski.
- Wielu z nas nie znało jeszcze dobrze polskiego, a co tu mówić o języku obcym. A Warhammer był bodźcem do nauki. Moja rodzina naciskała na francuski, ale ja się uparłem i dziś nie żałuję - mówi B. Ratajewski, który od kilku lat pracuje w złotowskim Tergu.
Areną walk z czarodziejami, druidami i złodziejami był Staromiejski Dom Kultury. Co sobotę mały Bartek pakował skserowany podręcznik bitewnych zasad i autobusem pokonywał kilkanaście kilometrów na pole bitwy.
- Książka Warhammera miała około czterystu stron. Jak się ją źle skserowało, a tak nam się zdarzało, to była dwa razy grubsza. Chodziłem więc ze starym, socjalistycznym segregatorem, a on ważył swoje – wspomina 35-latek.
[[reklama]]
- Z kolegami spotykaliśmy się w soboty na kilka godzin. Czasem wychodziło się z domu kultury i szło do kogoś do domu grać dalej, a czasem wpadało się do kogoś do domu w piątek wieczorem, a wychodziło w niedzielę wieczorem. Czułem głód fantasy – dodaje.
Niekiedy to pragnienie udaje mu się zaspokoić, tak jak kilka lat temu, gdy z grupą takich jak on zapaleńców wynajął hotel i grał na wielkim stole od piątku do niedzieli. Albo podczas europejskich mistrzostw zespołowych, podczas których był najemnikiem walczącym po stronie Irlandii Północnej.
Bądź uczciwy
Dziś pan Bartosz nadal lubi wcielić się w rolę druida czy rycerza. - To jest zabawa dla ludzi, którzy lubią książki. W grze odrywamy się od rzeczywistości i możemy wcielić się każdego w bohatera. W książce nie mamy wpływu na jego losy, a tutaj nimi kierujemy – zachwyca się mężczyzna.
Może nie ma już czasu na kilkugodzinne rozgrywki i budowanie postaci latami, ale z gier role playing"owych podobno się nie wyrasta. - Ludzie po prostu mają na nie mniej czasu. Czasem przerzucają się na czytanie samych książek, a czasem na gry komputerowe. Ale te drugie są wyjątkowo ograniczone tak pod względem możliwości rozwijania postaci, jak i zagadek logicznych. Poza tym w grach komputerowych przeważają emocje negatywne – twierdzi mieszkaniec Złotowa (od blisko dwóch lat).
Gdy rozkłada na stoliku matę, na niej drzewa, góry, pustynie, czołgi w skali 1:100, a potem pomalowane własnoręcznie figurki żołnierzy, czuje, że jest w lepszym świecie. Mimo że jego zadaniem jest pokonać przeciwnika.
- Te gry uczą życia w grupie. Jeśli na macie zrobi się coś nieładnego, co nie spodoba się reszcie, to piętno takiego uczynku ciąży na nas przez wiele następnych spotkań. Młodzi ludzie tego mogą się tu nauczyć - jak zrobisz coś złego, to ma to wpływ na twoje życie – twierdzi pracownik złotowskiej firmy, który wychował się na grach fantasy i strategicznych.
Tę filozofię Bartosz Ratajewski chciałby przekazać złotowianom. Dlatego zamierza stworzyć w mieście klub miłośników gier stołowych. - Może dzięki temu młodzi ludzie nabiorą umiejętności improwizowania, która pomaga rozwiązywać lub omijać problemy zaskakujące nas w życiu – twierdzi złotowianin.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze