Starość, choroba i śmierć to trzy tematy, o których ludzie w pełni sił nie lubią rozmawiać. Wszystkie trzy mieszają się na Oddziale Medycyny Paliatywnej i w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym złotowskiego szpitala powiatowego. Ale jest na nim także wiele chęci pomocy drugiemu człowiekowi
Dzień jak co dzień
Wejście na wspólny korytarz Oddziału Medycyny Paliatywnej i Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego może zszokować. Pierwsze co widzimy to sala, w której przy kilku stolikach, na wózkach inwalidzkich siedzi mnóstwo osób. Już to odróżnia OMP i ZOL od innych oddziałów w szpitalu. Prawdziwe zdziwienie można przeżyć wtedy, gdy trafi się… na grupę osób głośno śpiewających sto lat. - Kiedy pacjent leży trzy miesiące czy dłużej nie orientuje się często, jaki jest dzisiaj dzień. Dni są prawie identyczne, łatwo więc stracić rachubę i rozeznanie. Staramy się zatem urozmaicać pobyt tutaj. Latem mamy do dyspozycji piękny taras, z którego pacjenci mogą korzystać. Kiedyś mieliśmy tam wspaniały koncert, którego udzielił nam wnuczek jednej z pacjentek wraz z zespołem. Przyjeżdżają także dzieci z Radawnicy, co roku wystawiają Jasełka. Obchodzimy także urodziny pacjentów oraz inne uroczystości – tłumaczy Teresa Marchlewicz-Pachuc, pielęgniarka oddziałowa.
Nasza praca nie idzie na marne
Bardzo często pobyt w szpitalu kryje w sobie ból i cierpienie. Większość pacjentów OMP i ZOL w sporym stopniu uzależniona jest od szpitalnej obsługi. Sami nie chodzą, nie są w stanie podnieść się z łóżka, by usiąść na wózku. Wielu doskwiera samotność. Dlatego tak ogromną rolę odgrywa na tym oddziale właściwa kadra. Opieka nad starszymi chorymi to sprawdzian, którzy pozytywnie zdadzą tylko najwytrwalsi, najodporniejsi psychicznie, najbardziej cierpliwi. Zarówno OMP jak i ZOL obsługuje jedna, około dwudziestoosobowa załoga – dwanaście pielęgniarek, pięciu sanitariuszy, dwie rehabilitantki oraz lekarz. Oprócz tego często pojawiają się tam praktykanci. - Pierwszego dnia tutaj byłam całkowicie przerażona. Sądziłam, że to wszystko będzie wyglądało inaczej, prościej – przyznaje Magda Augustyn, praktykantka. - Zawsze interesowała mnie medycyna oraz praca ze starszymi ludźmi. Gdy byłam mała często jeździłam do domu pomocy społecznej, gdzie pracowała moja babcia. Miałam tam styczność z osobami starszymi czy niepełnosprawnymi. Gdzieś to tam się we mnie zaszczepiło. Najbardziej bałam się, że mogę psychicznie nie dać rady. Kiedy spotykasz się ze starszymi chorymi osobami to nie wiesz, jak masz się zachować, jak zagadać, jak podejść. Jest ciężko, ale wydaje mi się, że nasza praca nie idzie na marne. Jest przydatna, a pacjenci czują z nami więź, wiedzą, że im pomagamy. Rozmawiają z nami, zwierzają się nam – opowiada M. Augustyn.
Wolnych łóżek nie ma. Nigdy
Otrzymanie miejsca na Oddziale Medycyny Paliatywnej lub w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym nie jest łatwe. Wolnych łóżek nie ma praktycznie nigdy – tak skonstruowany jest kontrakt z NFZ. Jeden pacjent wychodzi, a na jego miejsce prawie natychmiast stawia się następny. Łatwiej mają mężczyźni, jest ich mniej, więc krócej czekają na swoją kolej. Nadal jest to jednak okres kilkunastu tygodni. - Zdaję sobie sprawę z tego, że tych łóżek jest bardzo mało. Niestety, nasze społeczeństwo się starzeje, tutaj mamy największy tego miernik. Osób, które utraciły sprawność jest dużo, zaś ośrodków przeznaczonych do opieki nad nimi bardzo mało – my jesteśmy jedynym ośrodkiem na północnym zakątku Wielkopolski. Najbliżej nas są zakłady w Człuchowie i Tucznie – wyjaśnia pielęgniarka oddziałowa.
Na swoim podwórku
Praca z osobami wymagającymi stałej opieki nie jest dla wszystkich. - Czuję dużą satysfakcję, że jestem potrzebna, że mogę coś tym ludziom ofiarować, że mogę dać im kawałek serca, szczęścia i uśmiechu – mówi Teresa Marchlewicz-Pachuc. Gdy opowiada o pracy widać, że po prostu się w niej spełnia. Swoją karierę rozpoczęła w Pile na oddziale urologii. Gdy przeniosła się do Złotowa początkowo pracowała na oddziale chirurgicznym, następnie ratowniczym. Brała udział w tworzeniu Oddziału Opieki Długoterminowej. - Ten oddział organizowaliśmy sobie sami, zaczynając od jednej sali. To było bardzo dobre, bo wiedzieliśmy, co jest nam potrzebne do wykonywania dobrej pracy. Uczestniczyliśmy w szkoleniach, podpatrywaliśmy inne odziały, komunikowaliśmy się z osobami zajmującymi się w Polsce tym samym co my. Przełożyliśmy to na swoje podwórko i wypracowaliśmy sobie pewien sprawdzający się układ – wspomina nasza rozmówczyni.
Jak mówi, gdyby ktoś kiedyś powiedział jej, że będzie zajmować się osobami starszymi, nie uwierzyłaby w to. Dziś po prostu nie wyobraża sobie innego miejsca. Wpływ na to wszystko ma pewne wydarzenie z jej życia. - Łóżko szpitalne to pacjent i osoba, która nad nim stoi. Ja sama doświadczyłam tego łóżka szpitalnego, byłam przez dłuższy czas pacjentką. Poznałam rolę pacjenta, a w tej chwili rolę pracownika. Znam obie strony i wiem po prostu, jak się zachować – opowiada Teresa Marchlewicz-Pachuc.
Nie ma ludzi uciążliwych
Oddanie bliskiej osoby na Oddział Medycyny Paliatywnej lub do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego często jest decyzją trudną i kontrowersyjną. Co jednak zrobić w sytuacji, gdy chorym naprawdę nie ma kto się zająć? Przecież wynajęcie prywatnej opieki jest najzwyczajniej w świecie drogie. - Na ogół rodziny pracują, dzieci nie mogą się zająć chorym w domu, w związku z tym w tych ostatnich dniach swojego życia pacjent często jest zamknięty w czterech ścianach i tak właściwie to on nikogo nie widzi. Natomiast u nas na oddziale zawsze jest ruch, coś się dzieje, ktoś zawsze do niego przyjdzie, ktoś się odezwie. Dzięki temu pacjent czuje się obecny, potrzebny. Osoba, która znajduje się w szpitalu, jest wyrwana ze swojego domu, znajduje się na innym terytorium i samo podanie ręki, spojrzenie na tego pacjenta z życzliwością, troską, zainteresowaniem to jest 50 procent sukcesu. Niektórzy pacjenci przychodzą do nas tacy zaciśnięci, smutni, ale po kilku dniach są już uśmiechnięci, weseli – opowiada Teresa Marchlewicz-Pachuc.
Wiadomo, że nie przy każdym pacjencie jest tyle samo pracy – są trudni oraz trudniejsi. – Niektórzy wymagają długich czynności i zabiegów pielęgnacyjnych. Pacjenci przychodzą do nas z ogromnymi odleżynami. Nie da się tym zająć w pięć czy dziesięć minut, zajmuje to wiele godzin. Druga grupa pacjentów to pacjenci po udarach, ich świadomość jest zaburzona. Ich zachowanie nie jest celowe, wynika z choroby. Nie ma ludzi uciążliwych ze złośliwości – wyjaśnia pielęgniarka.
Potęga strachu przed śmiercią
Pracownicy szpitala są o tyle specyficzną grupą ludzi, że wiele razy ratują ludzkie życie, ale także wiele razy są świadkami jego końca. - Jeżeli przychodzą do nas pacjenci z chorobami nowotworowymi w ciężkim stanie, wiemy, że ten pacjent nie pójdzie już do domu, że on u nas umrze. Na Oddziale Medycyny Paliatywnej zgonów jest więcej, choć nie aż tak dużo jak wskazuje nazwa. To nie dzieje się codziennie – mówi oddziałowa. Czy tak bliska obecność śmierci w jakiś sposób pozwoliła na oswojenie się z nią? - Nie można oswoić się ze śmiercią, absolutnie. To jest bardzo przykra sytuacja. Nigdy się nie przyzwyczaję. Kiedyś nawet powiedziałam, że gdybym się przyzwyczaiła, to nie byłoby tu dla mnie już miejsca. Będę tu pracować dopóty, dopóki każdą śmierć będę traktowała emocjonalnie, trochę jako osobistą porażkę – odpowiada.
Także pacjenci wcale nie są pogodzeni ze swoim losem. - W dalszym ciągu mało kto jest przygotowany na śmierć. Naprawdę tu potęga strachu jest olbrzymia. Nigdy nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że starsza osoba jest pogodzona ze śmiercią. Można tak mówić, kiedy jest to wszystko daleko. Kiedy natomiast nadchodzą „te dni” – każdy się bardzo boi. Często zdarza się, że to my jesteśmy z pacjentem w tych ostatnich chwilach. Przychodzi wtedy taka nostalgia, zastanowienie się nad dalszą częścią życia, nad tym, co jest naprawdę ważne. Nie ma nikogo, kto by w danym momencie wiedział, jak należy się zachować. Uważam, że należy po prostu być. Wcale nie mówić. I słuchać tego, co chce dany pacjent w ostatnich chwilach powiedzieć – mówi pielęgniarka oddziałowa. Po chwili przywołuje jedną z sytuacji. - Pamiętam, jak kiedyś umierał bardzo młody chłopak, który do końca był świadomy. Zatrzymał mnie i prosił, bym trzymając go za rękę została z nim do końca. Uścisk dłoni wyrażał wszystko, co było możliwe – wspomina Teresa Marchlewicz-Pachuc.
Zapytana o eutanazję zdecydowanie opowiada się przeciwko niej. – Zastanawiam się nad tym, ile człowiek jest wart. I moim zdaniem człowiek jest wart tyle, ile może pomóc drugiemu człowiekowi. Ta pomoc nie może być jednak skróceniem życia, bo nie my je daliśmy. Absolutnie nie jestem za eutanazją. Ja mogę tylko ulżyć w cierpieniu – wyjaśnia.
Wnuków - brak
Nie każdy chory człowiek ma kogoś, kto może się nim zająć na co dzień. Co więcej, okazuje się, że nie każdy z pacjentów jest regularnie odwiedzany. - Jest grupa osób samotnych, pozbawionych rodziny, do innych przychodzą raz w tygodniu, a jeszcze do innych nawet kilka razy w tygodniu. Jeśli stan jest ciężki, to ludzie potrafią przy chorym siedzieć i nocami – mówi Teresa Marchlewicz-Pachuc. W teraźniejszym, lansującym młodość i piękno świecie takie miejsce i historie znajdujących się tam ludzi spychane są na margines. Mało kto chce pamiętać o starości czy śmierci. Szczególnie młodzi ludzie unikają tego tematu. - Przychodzi bardzo mało wnuków. Młodzi ludzie uciekają od tego, chyba sądzą, że to ich nie czeka albo jest jeszcze daleko – ubolewa nasza rozmówczyni. Pamiętajmy o tym, że życie ma dla nas jeszcze wiele niespodzianek w zanadrzu. Być może nas również nie będzie miał kto odwiedzać podczas pobytu na Oddziale Medycyny Paliatywnej…
Oddział Medycyny Paliatywnej i Zakład Opiekuńczo–Lecznicy w Szpitalu Powiatowym to dwa osobne, jednak żyjące w symbiozie twory, które ewoluowały z założonego blisko dziesięć lat temu Oddziału Opieki Długoterminowej. Mieszczą się w jednym skrzydle tego samego budynku. - Oddział Medycyny Paliatywnej przyjmuje pacjentów z chorobami nowotworowymi, z zaburzeniami krążenia, oddychania, odleżynami. Do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego natomiast przyjmowani są wszyscy pacjenci z powikłaniami po udarach, do rehabilitacji po zabiegach ortopedycznych, neurologicznych. Zakład jest oddziałem płatnym w wysokości 70 proc. posiadanej emerytury (lub innego świadczenia pieniężnego), natomiast przyjęcie na Oddział Medycyny Paliatywnej jest bezpłatne i odbywa się na podstawie skierowania – tłumaczy mgr Teresa Marchlewicz-Pachuc, pielęgniarka oddziałowa.
P. Pochowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze