Reklama

Wszyscy się wywiązali, a bocian zdechł

11/09/2017 07:00
Trzy martwe bociany w jednym miejscu? Tego za wiele. – A jednego można było uratować – pan Mariusz mówi o urzędniczej spychologii

9 sierpnia. Pan Mariusz, złotowianin, jedzie na przejażdżkę rowerową. Pomiędzy Międzybłociem a Śmiardowem Złotowskim zauważa bociana. Ptak siedzi skulony w rowie.

Widać było, że jest ranny, ale zrobił dwa – trzy kroki, wyglądał w miarę dobrze, więc pojechałem dalej

– opowiada miłośnik jednośladów. Gdy wraca do domu, po przeciwnej stronie drogi, przy której znalazł boćka, zauważa na łące kolejne dwa.

Jeden miał dziób wbity w ziemię. Leżały koło słupa wysokiego napięcia. Prawdopodobnie uderzyły w linię energetyczną i zostały rażone prądem

Reklama

– przypuszcza mężczyzna, który chce zachować anonimowość. Obawia się reakcji urzędników, których powiadomił o znalezisku.

Trzeci bociek nadal żył. Nie brałem go, bo rowerem i tak bym go nie przewiózł.

Pierwszy telefon pan Mariusz wykonuje do Urzędu Miejskiego w Złotowie. Pan z ochrony środowiska odsyła go do gminy Złotów, bo to pewnie jej teren. W niej łączą go z urzędniczką, która kieruje go do gminy Zakrzewo, ale ostatecznie sama ich powiadamia. Mężczyzna o sprawie zapomina, uznając, że spełnił swój obowiązek. Na co dzień z żoną i znajomymi pomaga bezdomnym kotom, jest czuły na krzywdę zwierząt.

Reklama

Trochę chorowałem i nie miałem czasu sprawdzić reakcji urzędników, zrobiłem to teraz. Okazało się, że ten ranny bocian zdechł i nadal leży w tym rowie!

– w poniedziałek 21 sierpnia udajemy się razem na miejsce. Pan Mariusz ma rację. Ptak z chronionego gatunku, którym Polska tak chętnie się chwali, gnije na poboczu drogi.

Wójt też nie znalazł

Pytanie „co nie zadziałało” może się panu Mariuszowi nie spodobać. Krystyna Thomas z Urzędu Gminy w Zakrzewie zapewnia, że jeszcze w dniu zgłoszenia, rannego boćka szukała sekretarz Aneta Buława. Miała spotkanie w okolicy i zadeklarowała się podjąć interwencję. Niestety, zwierzęcia nie znalazła. Spisała z tego notatkę służbową.

Reklama

To nie jest tak, że wyrzuciliśmy tę informację w kąt. Wiem, że pan został tak potraktowany przez urząd miejski i gminny w Złotowie. My podjęliśmy interwencję, niestety bociana nie znaleźliśmy

– wyjaśnia urzędniczka.

Na pytanie, dlaczego nie poprosili pana Mariusza, by wskazał im miejsce pobytu ptaka (przekazał swój numer telefonu i deklarację pomocy) słyszymy odpowiedź, że jazda po niego do Złotowa była nielogiczna.

Zwierzę zmarło, jest nam z tego powodu przykro, ale my interwencję podjęliśmy

– zaznacza K. Thomas. Potwierdzeniem zaangażowania urzędników z Zakrzewa jest telefon wójta. Henryk Dobrosielski prosi nas o podanie miejsca, gdzie leży padły bocian – gmina się tym zajmie. Poszukiwania wójta także nie przynoszą efektu.

Reklama

Może inne zwierzę go zjadło?

– zastanawiał się w środę 23 sierpnia włodarz. Być może. O martwych bocianach leżących na łące nikt nie wspomina. Czyżby je też coś pożarło?

Mechanizmy nie dla dzikich

Przykład bociana zgłoszony przez pana Mariusza pokazuje głębszy problem. Gminy nie mają obowiązku niesienia pomocy dzikim zwierzętom. Weterynarze się nimi nie zajmują.

Tego samego dnia, gdy odebraliśmy zgłoszenie o bocianie, mieliśmy sygnał o rannej w nogę sarnie w okolicach Nowin. Mimo że to było w lesie, to pojechał tam weterynarz Paweł Mendyk, z którym mamy umowę, ale nic nie mógł zrobić. Dzwoniłam do nadleśnictwa, czy mogą pomóc, ale oni też się tym nie zajmują

Reklama

– E. Piechowska–Ciozda załamuje ręce. Mówi, że brak jest mechanizmów, które określałyby, kto i jakiej pomocy powinien w takiej sytuacji udzielić zwierzęciu.

Ustawa zobowiązuje nas do opieki nad zwierzętami bezdomnymi, czyli domowymi, które uciekły, zabłąkały się. Ubolewamy na tym, że nie ma mechanizmów, które wspierałyby zwierzęta dzikie

– podkreśla pracownica UG Złotów. Ona nie ma sobie nic do zarzucenia – gmina Złotów podejmuje interwencję nawet wówczas, gdy nie ma obowiązku tego robić. A czyja to wina, że najbliższy ośrodek rehabilitacji dla rannych zwierząt jest w Poznaniu?

Reklama

Oni nie przyjadą po zwierzę, trzeba tam je dowieźć. A żeby to zrobić, trzeba mieć czym

– urzędniczka czuje się bezradna.

Tak naprawdę problem z dzikimi zwierzętami rozwiązywany jest wówczas, gdy są one martwe. Na przykład sarny potrącone przez samochody. Gminy mają umowy z zakładami, które utylizują padłe osobniki, ale z żywym, rannym zwierzęciem nie wiadomo co zrobić. Tak jak z tym bocianem, któremu chciał pomóc pan Mariusz.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    potrzeba zmian - niezalogowany 2017-09-11 09:27:04

    Za ten stan rzeczy winien jest URZĄD GMINY.kierownik Gminy powinien sam zarządzić i wydac odpowiednie przepisy lokalne ,własnie dla rannych dzikich zwierząt.Umowy doraźne powinien mieć co roku zawierane z włascicielem samochodu z przyczepką. Żal tych wszystkich padłych zwierząt,zwłaszcza aż trzech bocianów. Za dużo jest też urzedników do jednej sprawy.Spychotechnika.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama