Reklama

Za zaufanie się płaci

02/09/2015 12:59
Nawet 7 tys. zł – na początek. Do tego 800 euro. Boleśnie przekonał się o tym Jan Saczuk, który do swojego domu zaprosił złodziejkę

Kobieta, która okradła jastrowianina, nie miała skrupułów – nie tylko wypłaciła z jego konta wszystkie pieniądze, ale też do maksimum wykorzystała limit debetu. Mało tego – gdy na rachunku nie było już żadnych środków, systematycznie sprawdzała, czy nie wpłynęły kolejne.

Zaproszenie dla złodzieja

Pan Jan kawał swojego życia spędził za granicą, jego mama również. - To była światowa kobieta – wspomina zmarłą w lutym tego roku Ewę Galas, która dwadzieścia pięć lat spędziła w Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie, piętnaście lat temu, wróciła do Polski, do Jastrowia. Jej syn, a nasz rozmówca – również. Z Niemiec. Pan Jan kupił we wspomnianym mieście dom, jego rodzicielka zaś mieszkanie. Będąc w podeszłym wieku zmieniła miejsce zamieszkania. - Wziąłem ją do siebie. Tu u mnie przez ostatnie pięć lat swojego życia była, opiekowałem się nią 24 godziny na dobę. Miałem takie motto: kiedy byłem mały mama nade mną czuwała, więc teraz przyszła kolej na mnie – wspomina jastrowianin. Pewne obowiązki, takie jak toaleta, mężczyzna postanowił jednak powierzyć kobiecie, mieszkającej nieopodal sąsiadce. - Sam jej to zaproponowałem, bo wiedziałem, że ma skończony kurs opiekuna osób niepełnosprawnych, poza tym myślałem, że jest uczciwa – pan Jan wspomina przyczyny, dla których zdecydował się ją poprosić o pomoc. Odpłatną – za dwie godziny przepracowane każdego dnia kobieta otrzymywała 600 zł miesięcznie. - Ja zajmowałem się wszystkim innym. Robiłem zakupy, gotowałem, sprzątałem... Ona miała tylko pół godziny rano i pół godziny wieczorem pomóc przy toalecie, a po południu przez godzinę dotrzymać mamie towarzystwa, zabrać na spacer – mężczyzna wspomina szczegóły ustaleń. Z tych jastrowianka na początku wywiązywała się w stu procentach. Jej zachowanie wzbudziło czujność pana Jana dopiero wtedy, gdy kobieta zaczęła skracać swoje wizyty o połowę. - Chodziła nerwowa, ręce jej się trzęsły... - wspomina, dodając, że o kradzieże jej nie podejrzewał, a raczej o to, że ma na boku jakąś „fuchę”, dlatego urywa się szybciej. Prawda była daleko bardziej dotkliwa.

Reklama
Nie można ufać

Jastrowianka okradła naszego rozmówcę. Pan Jan o tym, że z jego konta zniknęły wszystkie pieniądze, a limit debetowy w postaci 600 euro został wykorzystany do maksimum, dowiedział się dopiero w Berlinie, gdzie jeździ średnio co dwa miesiące – m.in. do lekarza czy do banku. W Polsce z niemieckiej karty nigdy nie korzystał, wcześniej nie dane mu się więc było zorientować, że coś jest nie tak.

Złe wiadomości przekazano mu w siedzibie banku, w Berliner Sparkasse, gdzie mężczyzna chciał wypłacić pieniądze. Dyrektor placówki powiedział Janowi Saczukowi, że jego konto zostało wyczyszczone w Polsce, dokładniej w bankomacie w Jastrowiu przy ul. Kieniewicza. Na dowód przedstawił wyciągi: 51 wypłat dokonanych między 29 sierpnia 2014 a 29 września 2014 roku.

Reklama

Z konta w większości „znikało” po ok. 34 euro, czyli po ok. 100 zł, co łącznie dało kwotę ponad 5.400 zł (z kosztami przewalutowania – niemal 7.000 zł). - Mało tego. Kiedy już wybrała wszystkie pieniądze – pan Jan mówi o opiekunce mamy – chodziła do bankomatu sprawdzać, czy coś jeszcze nie wpłynęło. Jak wynika z aktu oskarżenia – ośmiokrotnie.

Skąd jastrowianka miała kartę? - To proste. Przychodziła do nas do domu. Ufaliśmy jej, więc miała klucz. Wiedziała, gdzie trzymam swoją torbę służbową, w której miałem m.in. tę kartę bankomatową. PIN znalazła przy komputerze, zapisała sobie nawet w komórce, żeby nie zapomnieć – opowiada mężczyzna, wstrząśnięty zachowaniem kobiety. - A ja jej jeszcze pomagałem... - zamyśla się. - 800 euro jej pożyczyłem, bo prosiła. Do dziś mi tych pieniędzy nie zwróciła – dodaje, zaznaczając, że na szczęście spisał z kobietą umowę pożyczki, w sprawie tej toczy się zatem odrębne postępowanie.

Reklama

Kradzież utrwalona

Wracając do wydarzeń z Berlina – z banku pan Jan poszedł prosto na policję. Kradzież zgłosił najpierw w Niemczech, dwa dni później – w Polsce. Podejrzaną miał. - Od razu wiedziałem, że to ona, bo w domu byliśmy tylko ja i mama. Od razu nie chciałem jednak mówić jej, że wiem, co zrobiła. Najpierw wystąpiłem do jastrowskiego banku z prośbą o zabezpieczenie monitoringu, który później, po spełnieniu wszystkich formalnych wymogów, przekazano policji – wspomina. W dniu, w którym mężczyzna wrócił do Jastrowia, opiekunka jego matki wieczorem normalnie przyszła do pracy. - Zapytałem ją: dlaczego mi to Pani zrobiła? Ona na to: co zrobiłam i udawała zdziwioną. Nie przyznała się, a kiedy wyprosiłem ją z domu, wychodząc krzyczała, że jeszcze będę ją przepraszać – wspomina nasz rozmówca. - Oj naprawdę zawiodłem się na ludzkiej uczciwości... - mężczyzna nie może tego przeboleć.

Tymczasem taśmy z monitoringu rozwiały wszelkie złudzenia – poczynania jastrowianki zarejestrowała jedna z kamer. - Wie Pani co, ona potrafiła o 7.30 podjechać do bankomatu po pieniądze, a na 8.00, jak gdyby nigdy nic, przyjść do mamy. W końcu, tak jak mówiłem, nerwowo nie wytrzymywała. Uciekała prędzej, nie wiedziała, gdzie podziać oczy... – mężczyzna dziwi się tupetowi kobiety.

Reklama

Pieniądze wróciły

Ostatecznie sprawa skończyła się dla naszego rozmówcy pomyślenie (jego karta była ubezpieczona, więc ubezpieczalnia zwróciła mu wszystkie pieniądze), niesmak jednak pozostał. - Mam do tej pani ogromny żal – pan Jan mówi o złodziejce. O kradzieże – owszem, ale też o mamę, którą, jego zdaniem, wskutek tych wydarzeń była przez nią zaniedbywana - Jestem jej winien tę opowieść – uważa mężczyzna, dodając, że zmarła staruszka mocno przeżywała nie tylko całą tę historię, ale i zachowanie kobiety, która, jeszcze nim zapadł wyrok, miała oczerniać ją i syna w Jastrowiu.

Złotowski sąd uznał jastrowiankę winną kradzieży karty płatniczej, a w efekcie – pieniędzy, a także usiłowania kradzieży i skazał ją na rok pozbawienia wolności, tytułem próby jej wykonanie zawieszając na trzy lata.

Reklama

To nie finał – w sądzie toczy się jeszcze sprawa o wypłatę zadośćuczynienia na rzecz naszego rozmówcy w kwocie 2.000 zł. Ponadto niemiecka ubezpieczalnia zgłosiła sprawę tamtejszej prokuratury i dziś upomina się od jastrowianki zwrotu pieniędzy, które z uwagi na jej działania wypłaciła Janowi Saczukowi. - Widzi więc Pani, że w tej chwili sprawa ma wymiar międzynarodowy – zamyśla się nasz rozmówca. Jan Saczuk jest nią tak samo zniesmaczony jak na początku naszej rozmowy. - Tak nas zrobiła... - zawiesza głos.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości