Kobieta, która okradła jastrowianina, nie miała skrupułów – nie tylko wypłaciła z jego konta wszystkie pieniądze, ale też do maksimum wykorzystała limit debetu. Mało tego – gdy na rachunku nie było już żadnych środków, systematycznie sprawdzała, czy nie wpłynęły kolejne.
Pan Jan kawał swojego życia spędził za granicą, jego mama również. - To była światowa kobieta – wspomina zmarłą w lutym tego roku Ewę Galas, która dwadzieścia pięć lat spędziła w Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie, piętnaście lat temu, wróciła do Polski, do Jastrowia. Jej syn, a nasz rozmówca – również. Z Niemiec. Pan Jan kupił we wspomnianym mieście dom, jego rodzicielka zaś mieszkanie. Będąc w podeszłym wieku zmieniła miejsce zamieszkania. - Wziąłem ją do siebie. Tu u mnie przez ostatnie pięć lat swojego życia była, opiekowałem się nią 24 godziny na dobę. Miałem takie motto: kiedy byłem mały mama nade mną czuwała, więc teraz przyszła kolej na mnie – wspomina jastrowianin. Pewne obowiązki, takie jak toaleta, mężczyzna postanowił jednak powierzyć kobiecie, mieszkającej nieopodal sąsiadce. - Sam jej to zaproponowałem, bo wiedziałem, że ma skończony kurs opiekuna osób niepełnosprawnych, poza tym myślałem, że jest uczciwa – pan Jan wspomina przyczyny, dla których zdecydował się ją poprosić o pomoc. Odpłatną – za dwie godziny przepracowane każdego dnia kobieta otrzymywała 600 zł miesięcznie. - Ja zajmowałem się wszystkim innym. Robiłem zakupy, gotowałem, sprzątałem... Ona miała tylko pół godziny rano i pół godziny wieczorem pomóc przy toalecie, a po południu przez godzinę dotrzymać mamie towarzystwa, zabrać na spacer – mężczyzna wspomina szczegóły ustaleń. Z tych jastrowianka na początku wywiązywała się w stu procentach. Jej zachowanie wzbudziło czujność pana Jana dopiero wtedy, gdy kobieta zaczęła skracać swoje wizyty o połowę. - Chodziła nerwowa, ręce jej się trzęsły... - wspomina, dodając, że o kradzieże jej nie podejrzewał, a raczej o to, że ma na boku jakąś „fuchę”, dlatego urywa się szybciej. Prawda była daleko bardziej dotkliwa.
Jastrowianka okradła naszego rozmówcę. Pan Jan o tym, że z jego konta zniknęły wszystkie pieniądze, a limit debetowy w postaci 600 euro został wykorzystany do maksimum, dowiedział się dopiero w Berlinie, gdzie jeździ średnio co dwa miesiące – m.in. do lekarza czy do banku. W Polsce z niemieckiej karty nigdy nie korzystał, wcześniej nie dane mu się więc było zorientować, że coś jest nie tak.
Złe wiadomości przekazano mu w siedzibie banku, w Berliner Sparkasse, gdzie mężczyzna chciał wypłacić pieniądze. Dyrektor placówki powiedział Janowi Saczukowi, że jego konto zostało wyczyszczone w Polsce, dokładniej w bankomacie w Jastrowiu przy ul. Kieniewicza. Na dowód przedstawił wyciągi: 51 wypłat dokonanych między 29 sierpnia 2014 a 29 września 2014 roku.
Z konta w większości „znikało” po ok. 34 euro, czyli po ok. 100 zł, co łącznie dało kwotę ponad 5.400 zł (z kosztami przewalutowania – niemal 7.000 zł). - Mało tego. Kiedy już wybrała wszystkie pieniądze – pan Jan mówi o opiekunce mamy – chodziła do bankomatu sprawdzać, czy coś jeszcze nie wpłynęło. Jak wynika z aktu oskarżenia – ośmiokrotnie.
Skąd jastrowianka miała kartę? - To proste. Przychodziła do nas do domu. Ufaliśmy jej, więc miała klucz. Wiedziała, gdzie trzymam swoją torbę służbową, w której miałem m.in. tę kartę bankomatową. PIN znalazła przy komputerze, zapisała sobie nawet w komórce, żeby nie zapomnieć – opowiada mężczyzna, wstrząśnięty zachowaniem kobiety. - A ja jej jeszcze pomagałem... - zamyśla się. - 800 euro jej pożyczyłem, bo prosiła. Do dziś mi tych pieniędzy nie zwróciła – dodaje, zaznaczając, że na szczęście spisał z kobietą umowę pożyczki, w sprawie tej toczy się zatem odrębne postępowanie.
Wracając do wydarzeń z Berlina – z banku pan Jan poszedł prosto na policję. Kradzież zgłosił najpierw w Niemczech, dwa dni później – w Polsce. Podejrzaną miał. - Od razu wiedziałem, że to ona, bo w domu byliśmy tylko ja i mama. Od razu nie chciałem jednak mówić jej, że wiem, co zrobiła. Najpierw wystąpiłem do jastrowskiego banku z prośbą o zabezpieczenie monitoringu, który później, po spełnieniu wszystkich formalnych wymogów, przekazano policji – wspomina. W dniu, w którym mężczyzna wrócił do Jastrowia, opiekunka jego matki wieczorem normalnie przyszła do pracy. - Zapytałem ją: dlaczego mi to Pani zrobiła? Ona na to: co zrobiłam i udawała zdziwioną. Nie przyznała się, a kiedy wyprosiłem ją z domu, wychodząc krzyczała, że jeszcze będę ją przepraszać – wspomina nasz rozmówca. - Oj naprawdę zawiodłem się na ludzkiej uczciwości... - mężczyzna nie może tego przeboleć.
Tymczasem taśmy z monitoringu rozwiały wszelkie złudzenia – poczynania jastrowianki zarejestrowała jedna z kamer. - Wie Pani co, ona potrafiła o 7.30 podjechać do bankomatu po pieniądze, a na 8.00, jak gdyby nigdy nic, przyjść do mamy. W końcu, tak jak mówiłem, nerwowo nie wytrzymywała. Uciekała prędzej, nie wiedziała, gdzie podziać oczy... – mężczyzna dziwi się tupetowi kobiety.
Ostatecznie sprawa skończyła się dla naszego rozmówcy pomyślenie (jego karta była ubezpieczona, więc ubezpieczalnia zwróciła mu wszystkie pieniądze), niesmak jednak pozostał. - Mam do tej pani ogromny żal – pan Jan mówi o złodziejce. O kradzieże – owszem, ale też o mamę, którą, jego zdaniem, wskutek tych wydarzeń była przez nią zaniedbywana - Jestem jej winien tę opowieść – uważa mężczyzna, dodając, że zmarła staruszka mocno przeżywała nie tylko całą tę historię, ale i zachowanie kobiety, która, jeszcze nim zapadł wyrok, miała oczerniać ją i syna w Jastrowiu.
Złotowski sąd uznał jastrowiankę winną kradzieży karty płatniczej, a w efekcie – pieniędzy, a także usiłowania kradzieży i skazał ją na rok pozbawienia wolności, tytułem próby jej wykonanie zawieszając na trzy lata.
To nie finał – w sądzie toczy się jeszcze sprawa o wypłatę zadośćuczynienia na rzecz naszego rozmówcy w kwocie 2.000 zł. Ponadto niemiecka ubezpieczalnia zgłosiła sprawę tamtejszej prokuratury i dziś upomina się od jastrowianki zwrotu pieniędzy, które z uwagi na jej działania wypłaciła Janowi Saczukowi. - Widzi więc Pani, że w tej chwili sprawa ma wymiar międzynarodowy – zamyśla się nasz rozmówca. Jan Saczuk jest nią tak samo zniesmaczony jak na początku naszej rozmowy. - Tak nas zrobiła... - zawiesza głos.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze