Po 30 latach I. Leibman zwolnili ze Sparty. Trenerka uważa, że klubowi chodziło o jej pieniądze. Zarząd straszy sądem
Dziękujemy
- Mało tego, że straciłam to co kocham, ale i pieniądze. To, co mi się należało po 15 latach pracy – skarży się Irena Leibman. Od 6 grudnia trenerka jest bezrobotna. Zarząd Sparty zerwał z nią umowę zlecenie. Powodem miało być „zaprzestanie prowadzenia zajęć treningowych przez panią Irenę Leibman od dnia 22 października, co z kolei przekłada się na brak wykonania zleconych czynności zgodnie z zawartą umową. Zarząd klubu nie został poinformowany, co uniemożliwiło zorganizowanie zastępstwa, wobec czego grupa zaprzestała treningów, co z kolei jest sprzeczne z polityką klubu.”
Co ciekawe, dwie z trzech grup trenujących pod okiem I. Leibman pod jej nieobecność miały zajęcia. Zastępstwo za nią wzięli Jerzy Piątek i Mirosław Głyżewski. – Prowadziliśmy za nią zajęcia aż wydobrzeje – potwierdza ten drugi. Przerwę miała grupa trenująca w „Dwójce”. - Poinformowałam dyrektor Mirr, że nie będzie zajęć, dzieci też poinformowałam. Z mojej strony zrobiłam wszystko co możliwe – zapewnia trenerka.
Twierdzi, że klub również uprzedziła. Osobiście pracownice biura Sparty. - Na zwolnienie poszłam 17 października. Poinformowałam biuro 15, że idę na zabieg do szpitala. Panią Bogusię, księgową, zapytałam, czy będę miała za to płatne. Powiedziała, że nie i że nie muszę mieć zwolnienia, bo jestem na umowę zlecenie – opowiada była pracownica Sparty.
- Pani Irena była, ale mówiła, że nie będzie jej kilka dni, a nie było jej dłużej – mówi Karolina Czarnowska
Mimo to zarząd klubu stwierdził, że o nieobecności trenerki nie wiedział. Na nic zdało się zwołane 12 listopada przez I. Leibman zebranie Sparty. – Obiecali, że moje słowa sprawdzą i zadzwonią, ale nie mieli odwagi. Zadzwoniła pani Karolina, że zarząd podtrzymuje decyzję – opowiada złotowianka. – To zebranie było po to, żeby zachowali twarz – dodaje w złości.
Tomasz Komorowski słów trenerki nie chce komentować. Pytania o to ile godzin zajęć straciły dzieci, czy były skargi na pracę I. Leibman i czy zarząd chciał podzielić pieniądze trenerów prezes uznał za tendencyjne i odmówił odpowiedzi. Podział kasy
Irena Leibman twierdzi, że to właśnie pieniądze przyznane przez PZPS były zarzewiem konfliktu i faktyczną przyczyną jej zwolnienia. Zgodnie z umową trenerzy siatkówki ze Sparty Złotów przez cztery miesiące mieli dostawać po 3200 zł brutto. Plus wynagrodzenie na umowę zlecenie z klubu – 600 złotych. Klub wytypował Irenę Leibman i Mirosława Głyżewskiego. Umowy Polski Związek Piłki Siatkowej podpisał bezpośrednio z nimi. – Na rękę dostawaliśmy po 2600 złotych – uściśla Irena Leibman. Sparta dostała 40 tys. zł w sprzęcie. Ale to miało być mało.
– We wrześniu docierały do nas niepokojące sygnały, że klub chce te pieniądze wykorzystać niezgodnie z przeznaczeniem – twierdzi dyrektor Biura Projektów PZPS, Marek Bykowski.
Irena Leibman: - Ja nie byłam na zebraniu, ale Mirek mówił, że z tych moich pieniędzy chcieli zapłacić salę, dać jednemu trenerowi, „drugiemu"" i nie wiadomo co jeszcze. Byłam zbulwersowana faktem, że o moich pieniądzach rozmawia się pod moją nieobecność i w takiej sytuacji. Ja się na to nie chciałam zgodzić.
Protestował też PZPS
- Rozmawiałem z prezesem Komorowskim i powiedziałem, że nie mają takiego prawa – dopowiada M. Bykowski.
Po rozwiązaniu umowy z Ireną Leibman przyznane jej pieniądze miały przepaść. Sparta interweniowała w Warszawie i PZPS zmienił zdanie. – Klub poinformował nas pisemnie, że następuje zmiana wskazania trenera, a my nie mamy podstaw do niezgodzenia się – uważa M. Bykowski. Z tym, że zapis w umowie mówi, że pensję ze związku dostać może trener, który uczestniczył w szkoleniu. Kurs odbył się 9-10 września w Murowanej Goślinie.
- Nie do końca – zbiera myśli dyrektor Bykowski. – Podstawowym warunkiem było kontynuowanie pracy trenerskiej w klubie. Irena Leibman dostała pieniądze z projektu za dwa miesiące, choć pracowała do 17 października. Dyrektor Bykowski uznał, że zapłacenie za dwa pełne miesiące I. Leibman, a za następne dwa jej następczyni będzie najlepszym rozwiązaniem. PZPS sam nie do końca wie, jak te pieniądze rozliczyć. Żegnaj
Na miejsce I. Leibman klub szybko znalazł zastępstwo. Pytanie o jej następczynię T. Komorowski również uznał za tendencyjne. – Po co było to zebranie, jak wcześniej już podpisali umowę z inną dziewczyną? – I. Leibman oskarża zarząd o hipokryzję. Przyznaje jednak, że podczas zebrania 12 listopada od niechcenia rzuciła propozycję, że mogłaby się podzielić pieniędzmi z projektu z klubem.
Mirosław Głyżewski natomiast pracy nie stracił. Mało tego – pieniądze z PZPS-u i Ministerstwa Sportu i Turystyki dostaje. Czy miał propozycję, by dzielić się nimi ze Spartą? – Nie było takiej rozmowy – twierdzi.
Irena Leibman nie może się pogodzić z takim potraktowaniem jej przez zarząd Sparty. - Byłam związana z tym klubem 30 lat: 15 jako zawodniczka i 15 jako trenerka. I po 30 latach pracy co potrafią zrobić ze mną. Dobrało się kilku młodych chłopaków i robią co chcą. Najlepiej im zwolnienia wychodzą – żali się złotowianka.
Decyzji klubu nie rozumieją także inni. - Byłem bardzo zaskoczony, że zwolnili Irenę. Umowa powinna być zrealizowana do końca roku, a później można było rozmawiać. Zabrakło dobrej woli z obu stron – uważa Mirosław Głyżewski.
Irena Leibman nie ma nic poza żalem.
A prezes Komorowski puentuje: - Nie muszę się bronić, bo nie czuję się winny, zresztą decyzja została podjęta jednogłośnie przez Zarząd. Oczywiście jeżeli w artykule będą nieprawdziwe wątki szkalujące w jakikolwiek sposób klub, pracowników lub Zarząd, to po konsultacjach podejmiemy decyzję co do dalszych kroków.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze