Drogę do zawodowej kariery siatkarskiej Grzegorzowi Gnatkowi utorował Adam Ciemiński. To on jako pierwszy dostrzegł w młodym chłopaku – wtedy absolwencie szkoły podstawowej – predyspozycje do uprawiania tej dyscypliny sportu. Przygoda Grzegorza z siatkówką miała swój początek w kościele – nauczyciel wypatrzył go w tłumie wiernych. - Byłem szczupły i wysoki – wspomina nasz rozmówca. - Pan Adam najwyraźniej zakładał, że jeszcze urosnę, więc namawiał moją mamę, by posłała mnie do niepublicznego gimnazjum, gdzie uczył i prowadził drużynę siatkarską – dodaje. Obeszło się bez specjalnych sugestii – propozycja mężczyzny była tożsama z planami młodego człowieka, który (co ciekawe) z uwagi na wcześniejsze boiskowe doświadczenia nie przepadał za piłką siatkową. - W czwartej klasie podstawówki miałem mały epizod z siatkówką. Nie lubiłem treningów, nie podobała mi się gra, więc... [[pay]] szybko z niej zrezygnowałem – wspomina Grzegorz. Naturalne zatem, że gimnazjalny powrót na boisko nie wydawał się naszemu rozmówcy wymarzoną perspektywą. Adam Ciemiński przekonał go jednak, że warto spróbować. - Usłyszałem, że jak nie będę grał w siatkówkę, to bardzo mocno będę się musiał przykładać do matematyki – śmieje się Grzegorz, dodając, że nauki ścisłe nie sprawiały mu większego kłopotu, szantaż zatem ocenić można jako średnio udany. Niemniej jednak nasz rozmówca poszedł na trening i... połknął bakcyla. - Po pierwsze byłem trochę starszy i mniej więcej wiedziałem już, czego chcę, a po drugie przekonało mnie podejście trenera, zupełnie inne od tego, którego doświadczyłem wcześniej – Grzegorz tłumaczy, skąd wzięła się zmiana w jego nastawieniu do tej dyscypliny. Przyznaje przy tym, że nie od początku myślał o siatkówce w kategoriach zawodowstwa. - Od małego lubiłem sport, masę czasu spędzałem na podwórku. Treningi najpierw traktowałem więc jako rozrywkę, która pozwalała się trochę poruszać. Poza tym była to świetna okazja do spotkań z kolegami – wspomina jastrowianin.
- Miałem w drużynie najlepszy tzw. dyszel, czyli dolne odbicie, poza tym nie byłem zbyt wysoki, dlatego trener na początku przygotowywał mnie na libero – wspomina Grzegorz, który ostatecznie długo nie pograł na pozycji przyjmującego zagrywki. - Kiedy przychodziłem do gimnazjum miałem 170 cm wzrostu, a kiedy kończyłem tę szkołę – już ponad 190 cm – wyjaśnia zawodnik, dziś środkowy, mierzący dokładnie 205 cm.

Grzegorz Gnatek na boisku nigdy się nie oszczędza. To procentuje (fot. arch. G. Gnatka)
Nie tylko wzrost predysponował go do gry w piłkę siatkową. Grzegorz nie bał się też ciężkiej pracy, był zdeterminowany i, chcąc poświęcić się treningom, potrafił zrezygnować z części nastoletniego życia. Na koniec liceum zdecydował się grać w trzcianeckim zespole, który występował w Wielkopolskiej Lidze A (Jastrowie grało wówczas w lidze B), reprezentował go też podczas studiów I stopnia w pilskiej PWSZ.
Odbywające się kilka razy w tygodniu treningi każdorazowo równały się dwugodzinnemu dojazdowi. - Często wyjeżdżałem z domu o 7.00 i wracałem o 22.00, zaliczając w ciągu dnia studia w Pile i treningi w Trzciance. Kiedy moi znajomi się bawili, ja trenowałem, ale muszę dodać, że z przyjemnością. Nie żałuję tego czasu, choć kosztował mnie on wielu wyrzeczeń i ogrom ciężkiej pracy – słyszymy. Łatwiej było się z nią pogodzić dzięki rodzicom, którzy od początku wspierali Grzegorza. - Rozumieli moją pasję, więc wiele rzeczy mi ułatwiali. Tata na przykład zawsze zostawiał mi do dyspozycji samochód, żebym bez problemu mógł dojeżdżać do Trzcianki – wspomina. Rodzinny wysiłek zaprocentował. - Kiedy kończyłem wiek juniora postanowiłem spróbować połączyć studiowanie z graniem – naszemu rozmówcy udało się to bez większego problemu. W Szczecinie jednocześnie studiował zarządzanie na II stopniu studiów i grał w drugoligowej drużynie KS Morze Bałtyk Szczecin. Wybór tego miasta był nieprzypadkowy – Grzegorz pojechał tam za dziewczyną. - Dziewczyną, która do tej pory bardzo mocno mnie wspiera i wybiera się ze mną tam, gdzie mam możliwość grania. Wiem, że sama wiele dla mnie poświęca, za co jestem jej, jak i rodzicom, bardzo wdzięczny – zaznacza nasz rozmówca.
Wracając do siatkówki:
- W Szczecinie spędziłem praktycznie trzy sezony, ale w końcu uznałem, że pora spróbować gry profesjonalnej – tłumaczy Grzegorz, dodając, że druga liga, nie ma co ukrywać, to liga raczej półzawodowa. Zresztą rodowity jastrowianin północną na południową Polskę zamienił z jeszcze jednego względu. - Sytuacja ekonomiczna szczecińskiego klubu była dość nieciekawa. Trudno było powiedzieć, jaka będzie jego przyszłość, dlatego postanowiłem spróbować w Krakowie – wszystkie decyzje naszego rozmówcy były odważne. Śmiałe plany pozwoliło snuć mu siatkarskie przygotowanie zafundowane przez Adama Ciemińskiego. - Oczywiście, że w porównaniu do kolegów z boiska jeszcze czegoś mi brakowało, ale determinacja, którą w sobie miałem i ciężka praca szybko pozwoliły mi wyrównać poziom. Podczas gry zawsze dawałem i wciąż daję z siebie wszystko – przyznaje siatkarz.
Cechy, o których mowa, dostrzegł w Grzegorzu trener AZS AGH Kraków, któremu nasz rozmówca, starając się o miejsce w drużynie, przesłał nagranie ze swoich meczy. Jastrowianin wzbudził zainteresowanie szkoleniowca, finalnie więc został zaproszony na testy. Po nich szybko przyszła odpowiedź – pozytywna. Wraz z nią – znowu – wysiłek. - Za cel postawiono nam utrzymanie się w pierwszej lidze – wspomina Grzegorz, dodając, że siatkarze wywiązali się z tego zadania wzorowo. Po sezonie przyszedł jednak czas na przebudowanie drużyny – ze starego składu w AZS AGH Kraków zostało tylko dwóch graczy. Nasz rozmówca przeszedł do drugoligowej drużyny TSV Mansard TransGaz-Travel Sanok. - Ktoś kiedyś powiedział, że czasem lepiej zrobić krok do tyłu i potem dwa wprzód niż stać w miejscu. Zgadzam się z tym – Grzegorz krótko komentuje przejście do – jeszcze – drugoligowego zespołu. - Mamy aspiracje, by grać w pierwszej lidze. W poprzednim sezonie drużynie się nie udało, ale teraz jesteśmy na dobrej drodze – wyjaśnia nasz rozmówca, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że czeka go kolejny rok pełen poświęceń. Grzegorz nie krzywi się na tę myśl. - Żadnego z moich życiowych wyborów nie żałuję. Niczego wskutek nich nie straciłem, a wręcz przeciwnie – wiele zyskałem. Przyjaciół, autodyscyplinę i boiskowe doświadczenie.
Co do założeń jeszcze – osiągniętych i nieosiągniętych jednocześnie. Pierwsza liga – była i pewnie zaraz znów będzie. To nie wszystko jednak. – Celem każdego siatkarza jest gra w Plus Lidze, a także w kadrze narodowej. Niestety jeszcze do Plus Ligi nie trafiłem, ale pewne swoje cele na pewno osiągnąłem – podsumowuje Grzegorz. [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze