Stefan Kitela potwierdza start w nadchodzących wyborach samorządowych. Dlaczego chce ubiegać się o reelekcję?
Decyzja o ubieganiu się o reelekcję jest nieodwołalna?
Oczywiście. Wystartuję i zamierzam wygrać. Po 3,5 roku czuję, że dopiero zaczynam się rozkręcać. Mam szereg pomysłów, które zamierzam wcielić w życie, część z nich już jest realizowana, ale o szczegółach będę mówił bliżej daty wyborów.
A kiedy startował Pan w wyborach o fotel burmistrza Krajenki, co Panem kierowało? Dlaczego chciał zostać Pan włodarzem tej gminy? Miał Pan przecież dobrą pracę, kierując delegaturą Kuratorium w Pile.
Żeby o tym mówić, trzeba sięgnąć kilka lat wstecz. Po raz pierwszy w wyborach wystartowałem w 2002 roku, ubiegając się o mandat radnego. Wtedy zostałem też przewodniczącym rady, co dla trzydziestokilkuletniego i mało znanego w tej gminie człowieka było dużym wyróżnieniem. Jednak już w tamtym czasie uderzało mnie, jaki panował wówczas styl rządzenia. Mam tu na myśli ciągły konflikt na linii władze gminy Krajenka – władze powiatu złotowskiego. To przekładało się też na pracę Rady Miejskiej. Zostałem odwołany z funkcji przewodniczącego rady. Poniosłem wówczas konsekwencję swojej otwartości i tego, że potrafiłem w sposób jasny i klarowny mówić o bolączkach mieszkańców. Odniosłem wrażenie, że panowała zasada „kto nie ze mną ten przeciw mnie” i z tego powodu ludzie bali się zabierać głos w ważnych sprawach. Efektem był zastój w inwestycjach, w rozwoju i modernizacji infrastruktury drogowej. Gdy inne gminy się rozwijały, Krajenka wyraźnie zaczęła od nich odstawać. Nasza gmina zadłużała się, a to co robiono, robiono na kredyt, a tablice informacyjne świadczące o pozyskiwaniu środków unijnych nie pojawiały się. Postanowiłem to zmienić, choć, tak jak Pan wspomniał, pracę miałem dobrą i mogłem na to patrzeć obojętnie, ale nie potrafiłem – jestem mieszkańcem Krajenki.
[[reklama]]
Sądzi Pan, że odwołano go z funkcji przewodniczącego rady, bo upatrywano w Panu silnego kontrkandydata w wyborach na burmistrza?
Myślę, że tak. Gdy startowałem w roku 2006 osiągnąłem wynik 34%, a w 2010 roku wygrałem uzyskując 60% poparcie.
W tym odwołaniu z funkcji przewodniczącego rady udział brał też Pan Ciechanowski, prawda?
Wiele osób brało w tym udział. Czy to prawda - tego nie wiem. Widzę, panie redaktorze, w jakim kierunku Pan zmierza. Źle by było, gdyby po objęciu stanowiska każdy, kto wygra, rozpoczynał osobistą krucjatę. Z tym przecież walczę. Choć widzę, że czasami wojownicza postawa sekretarza może być echem lat wcześniejszych.
To tylko fragment artykułu Szymona Chwaliszewskiego z AL 15/2014, s. 34
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze