Byłyśmy zakwaszone, zatrute - ze złotą i brązową medalistką mistrzostw świata i wicemistrzynią Europy Magdaleną Fularczyk rozmawia Karol Zabel
"Nie złapać wioślarskiego raka"
Po odebraniu medalu rozpłakała się Pani i palcem wskazała niebo, dedykując sukces zmarłemu ojcu. To chyba bardzo ważna postać w Pani życiu?
Medal dedykowany mojemu tacie, który przed igrzyskami odszedł od nas. Od tego momentu jeśli tylko jestem na podium dedykuję mu ten medal. Kiedy zmarł trenowałam dzięki jemu i jego marzeniu o zobaczeniu córki na igrzyskach.
Czy miał również wpływ na wybór sportu, do którego Pani trafiła?
Tak. Miał olbrzymi wpływ na moje życie. Był moim największym fanem, wspierał mnie. Mogłam liczyć na dobre słowo od niego tak czasami bardzo mi potrzebne. Był moim dobrym duchem.
Płynęła Pani z koleżanką na olimpiadzie na granicy omdlenia. Często zdarzało się Pani w taki właśnie sposób przekraczać próg swoich możliwości czy to w życiu, czy to na łódce?
Sportowcy muszą przekraczać swoje bariery możliwości gdybyśmy tego nie robili nie stać nas by było na osiąganie tak wysokich wyników niekiedy jest to na granicy omdlenia itp. Takie ryzyko zawodowe.
Milion razy pewnie słyszała Pani pytanie od dziennikarzy jak było na finiszu – mówiąc, że nic Pani nie pamięta.
Nie pamiętam było ciężko, przeszywał mnie okrutny ból, ból zmęczeniowy spowodowany kwasem mlekowym, bólem pleców. Blokada przestała działać, miałam wrażenie, że na finiszu jak harmonijka wyginałam się w każdą stronę. Jedyną myślą było tylko nie puścić wioseł, gdybym „złapała wioślarskiego raka” ( wiosło wciągnęłoby pod wodę) byłoby po nas. Było ciężko i myśl mogła być jedna aby to się już skończyło.
Pamiętam, nie miała Pani nawet siły cieszyć się.
Oj tak. Leżałam z wycieńczenia, dopiero na podium, gdzie ta świadomość wróciła, dopiero wtedy była radość i satysfakcja ogromna, na piersi zawisł medal, człowiek zaczynał zdawać sobie sprawę co osiągnął.
Czyli znów przezwyciężała Pani swoje możliwości, słabości, ostatnie 300 metrów były na granicy omdlenia.
W tym sezonie szczególnie pod kontem zmęczenia i wcześniejszych startów w pucharze Świata. Kończyłam zawody bardzo zmęczona, może nie na granicy braku świadomości, jak na igrzyskach ale z wielkim bólem. Zdarzały się wymioty. Musi jednak tak być aby był jakiś sukces. Byłyśmy zakwaszone, zatrute. Po drugie na treningach poziom mojego zakwaszenia to były górne granice mojej wytrzymałości, ale tak trzeba było. Sportowiec musi to przeboleć i iść po swój cel.
Igrzyska to był szczyt Pani formy?
Byłam przygotowana perfekcyjnie, wszystkie mięśnie było nam widać, byłam maksymalnie wychudzona. W dzień finału i przed, moja psychika to było coś nieznośnego. Moje zachowanie jako zawodowego sportowca było niedopuszczalne. Lęk przed startem, stratą medalu, że te 4 lata pójdą na marne był olbrzymi głownie ze względu na kontuzje która dopadła mnie na dzień przed finałem olimpijskim.
Magda Fularczyk jadąca na wózku inwalidzkim na dekorację, płacząca podczas ceremonii medalowej, wyczerpana podczas wywiadu telewizyjnego - taką zapamiętają Panią kibice. „Dziewczyny pokazały innym, że mają jaja" i tym podobne opinie można przeczytać w internecie i usłyszeć wśród kibiców
Film akcji można z tego zrobić (śmiech), ale nic nie było udawane, nie zrobiłabym wokół siebie takiej szopki, nic z tych rzeczy. Niech każdy zrozumie, że sport to ciężki kawałek chleba. W dzisiejszych czasach aby zdobyć medal trzeba niestety kończyć na mecie tak jak ja.
Co zamierza zrobić Pani za pieniądze, które udało się Pani zarobić? Opłaca się być wioślarką?
Na tym etapie tak, na innych bywa ciężej. Ja nie narzekam. Mam indywidualnego sponsora, mam z czego odłożyć, mam teraz swoje 5 minut i chcę je najlepiej jak potrafię wykorzystać.
Ile wart jest brąz na igrzyskach z puli PKOL, niech podsumuje Pani wszystkie źródła z tego tytułu?
Będzie tego trochę około 200 tys. nie jest to jakiś szczyt marzeń ale co zrobić. Medal olimpijski daje emeryturę i to jest chyba ważniejsze. Przybiłam sobie z babcią piątkę, babcia emerytka, ja emerytka. Od 40 roku życia to mi się liczy. Nie mogę wtedy trenować i być karana, także wymogi muszę też pewne spełnić.
Może trochę historii. Pani i koleżanka wywalczyłyście 263. medal w historii olimpijskich występów polskich sportowców, a 16. w wioślarstwie. Na ogólny dorobek składają się 62 złote, 81 srebrnych oraz 120 brązowych. Można powiedzieć, że uratowałyście polskie wioślarstwo na olimpiadzie.
Tak zgadzam się, ten honor uratowałyśmy polskiemu wioślarstwu, a przede wszystkim swój. Pozostałe załogi, które pretendowały do medalu troszkę zawiodły, szkoda bo wioślarstwo zawsze wiodło prym w wynikach.
Trzecia pozycja to maksimum na co było was stać na olimpiadzie w Londynie?
Moja Julia mierzyła wyżej. Ja wszystkie medale, które zdobyłam do tej pory byłam w stanie oddać oby tylko mieć ten jeden upragniony olimpijski. Może gdybyśmy były zdrowe i warunki atmosferyczne inne, srebro było w zasięgu. Jest bynajmniej po co dalej trenować...
Z koleżanką jesteście przyjaciółkami?
Znamy się doskonale, jesteśmy koleżankami, znamy się przecież 10 lat. Nie trzeba się przyjaźnić, można ze sobą pływać i odnosić sukcesy. Ważne, że w łódce stanowiliśmy jedność. Zdarzają się kłótnie, normalna sprawa jak w każdym dobrym małżeństwie. Jest to dojrzała znajomość.
Za wybitne osiągnięcia sportowe została Pani odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, ważne są te wszystkie splendory w życiu?
Wszystkie nagrody, które otrzymujemy daje człowiekowi motywacje, że po cos to robi i ktoś to zauważa, mnie to cieszy, lubię to odbierać.
300 dni poza domem. Nie cierpi na tym Pani prywatność?
Mam wyrozumiałego męża. On też był zawodnikiem, teraz jest moim trenerem klubowym, ale faktycznie moje życie prywatne na tym cierpi lecz ja się temu poddaje. Gdybyśmy nie byli parą na odległość byłoby różnie (śmiech).
Porozmawiajmy o tym jakim jest Pani człowiekiem, na co dzień.
Mam nie łatwy sposób bycia. strasznie ciężki charakter, wszyscy to mówią. Nie dam sobie niekiedy nic powiedzieć. Mam klapki na oczach jeśli jestem na coś mocno zdeterminowana. W gruncie rzeczy jestem pogodną osobą ale zdarzają mi się gorsze dni gdzie po prostu płacze z bezsilności. Prywatnie to wie najlepiej mój mąż..
Ślub był równie ważny jak olimpiada, przeżycie porównywalne?
Było troszkę łez, ale ślub był najpiękniejszym dniem w moim życiu. Miałam spokój gdyż byłam po prostu szczęśliwa. Z moim Michałem chcieliśmy tego bardzo. Łezka była też na poprawinach, że to się już skończyło.
Cechy w sporcie, które pomagają Pani w życiu?
Twardość, ociągniecie celu, przeskakiwanie barier, zawziętość i dużo samodzielności.
Przepis, recepta na sukces?
Praca, nie ma nic za darmo. Mistrzowskie charaktery, kształtują się w ciężkich warunków.
Przebywacie na zgrupowaniach przez większość roku. Czy macie w ogóle czas na damskie sprawy. Przecież kobiety potrzebują czasem zająć się sobą, iść na zakupy oraz do kosmetyczki...
Oczywiście. Staramy się dbać o siebie zarówno ja jak i moja koleżanka. Jesteśmy w końcu kobietami a od niedawna żonami a to zobowiązuje.
Na koniec trzy szybkie pytania: Kino czy impreza?
Chyba kino. Czekolada czy lampka dobrego wina?
Zdecydowanie czekolada!!! Wakacje czy zawody?
Zależy kiedy, ale na wakacje brak czasu.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze