Reklama

Zero chemii, a zamiast niej wszystko co dobre z natury

27/05/2017 18:00
Rafał Dendek z Anielina wytwarza żywność tradycyjnymi metodami, które ludzkość zna od wieków, a o których w dobie konsumpcjonizmu nieco zapomniała. Tanie i szybkie produkty zrewolucjonizowały świat. Natury nie da się jednak oszukać…

Początek maja u Dendków to czas sadzenia ziemniaków i siewu warzyw. Pan Rafał każdą chwilę poświęca na pracę w polu. W gospodarstwie „Naturplon” w Anielinie wszystko dzieje się w zgodzie z naturą. Wiosna nie daje odpoczywać rolnikom, a tym bardziej tym ekologicznym. Jak zgodnie zapewniają jednak małżonkowie, warto poświęcić się takiemu gospodarstwu. Ekologiczne rolnictwo i hodowla zwierząt to nie tylko sposób na zarobienie pieniędzy, ale przede wszystkim styl życia.

***

Ciężko pracuje rolnik ekologiczny?

Brakuje ludzi do pracy. Czasami myślę o tym, że mógłbym nieco sobie odpuścić. 98 hektarów to bardzo dużo jak na ekologiczne gospodarstwo, tym bardziej że sporą część zajmują warzywa. Oprócz upraw mamy też od dwóch lat przetwórnię, w której przetwarzamy własne owoce i warzywa. To nie jest zatem tak, że raz w roku coś wyprodukujemy i sprzedamy, a potem mamy spokój, jak jest to w przypadku wielu tradycyjnych rolników. Ten proces produkcji i sprzedaż całoroczna do hurtowni oraz na „Zielonym Targu” w Poznaniu powodują, że w ciągu roku mamy zaledwie kilka dni wolnego, zazwyczaj tak pod koniec sierpnia.

Reklama

Ideę, za którą Pan podażą, zaszczepił w Panu ojciec Mirosław. Było to pod koniec lat 80, w czasach, gdy tego typu działalność napotykała na wiele trudności.

Miałem jakieś 10 lat. Tata był zresztą jednym z pierwszych kilkunastu takich wariatów w Polsce, którzy rozpoczęli ekologiczną produkcję. Poza tym był jednym z tych, którzy na początku lat 90. tworzyli przepisy i podwaliny pod pierwszą ustawę o ekologicznym rolnictwie. Był również jednym z założycieli pierwszej organizacji stowarzyszenia Ekoland, zrzeszających Eko-rolników certyfikującej tę działalność. Na początku trochę się z niego śmiali, bo był magazynierem w magazynach nawozowych, więc miał łatwy dostęp do nawozów. Ludzie się dziwili, dlaczego podjął taką decyzję (tym bardziej, że były wtedy takie a nie inne trendy w rolnictwie). On natomiast przy tych nawozach zaczął zauważać, że coś jest nie tak z jego organizmem, że źle się czuje, choruje. Skoro tak reagował, to przecież nie mogło być to obojętne i dla ziemi. Rodzice pierwsze próby robili w ogródku. Wtedy nie mogli liczyć na żadne dopłaty, pomoc państwa, samorządu. Poza tym ciężko było to wszystko sprzedać, bo gdy ludzie słyszeli, że coś jest ekologiczne, to kojarzyli to z dziwnymi rzeczami. Pamiętam - ziemia długo chorowała. Pierwsze ziemniaki były tak małe, że wstydziliśmy się ludzi do zbiorów zatrudnić. Nie było łatwo. Musieliśmy sprzedać samochód, żeby było na książki do szkoły. Mama rowerem jeździła do miasta z kanami mleka i chlebem, żeby zarobić. Na początku mieliśmy 12 hektarów. Wszystkiego się uczyliśmy. Tata zabierał mnie zresztą na przeróżne szkolenia za granicę, bo w Polsce nie było gdzie tego się uczyć. Sprzedawaliśmy głównie warzywa, bo je zawsze gdzieś ktoś znajomy kupił. Mieliśmy także zboże, które było już trudniej sprzedać. W cenie zwykłego to się nie opłacało. Tata kupił zatem żarnowy młyn z Austrii. Spłacaliśmy go kilkanaście lat. W taki oto sposób rozpoczęła się produkcja mąki.

Oprócz tego przetwarzacie warzywa, hodujecie bydło, kury, macie pasiekę. Sporo tego, ale czy wystarczająco, żeby się utrzymać? Wokół ekologicznych gospodarstw narasta bowiem wiele mitów, w tym m.in. ten, że zysk nie jest warty tych wszystkich pozwoleń i kontroli, które ciągle nad wami sprawują liczne instytucje, w tym przede wszystkim Unia Europejska.

To fakt, 30-40 procent czasu spędzam w biurze. Można jednak wyżyć. Paradoksalnie dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej, oczywiście jeśli ktoś je zainwestował odpowiednio, udało się rozwinąć. Te pieniądze się przydały. Jednak dopłaty źle rozdysponowane zrobiły też dużo złego, pozwoliły korzystać tym, którzy z ekologią mają niewiele wspólnego (tzw. rolnicy z Marszałkowskiej). Pracujemy tutaj razem z żoną. Do moich obowiązków należy głównie praca w polu i biurowa, tata nadal mieli zboże na mąkę, a brat zajmuje się pasieką. Zatrudniamy też dorywczo kilku pracowników, bo pracy tu nie brakuje.

Reklama

Jakość, to jest to co wyróżnia ekologiczną żywność od tej przetworzonej. Innym ważnym wyróżnikiem jest też cena, która bywa dużo wyższa od podobnych produktów, ale nie oznaczonych charakterystycznym zielonym listkiem. Często się Pan spotyka z narzekaniem, że takie to drogie?

Żywność ekologiczna, którą produkują rolnicy, sprzedawana jest właśnie po tej normalnej, realnej cenie. To wielkie koncerny spożywcze zaniżają je, żeby sprzedać jak najwięcej. Kiedyś miałem propozycję współpracy z większą siecią handlową, na szczęście się nie zgodziłem. Kolega, który to zrobił, żałuje. Ja oczywiście rozumiem, że rodzina z piątką dzieci, mająca tysiąc złotych dochodu, nie może sobie na to pozwolić. Często rzeczywiście ta świadomość ekologiczna podyktowana jest zasobnością portfela. Proszę jednak zauważyć, że aby najeść się bułkami z dyskontu trzeba zjeść ich kilka, a takiej naturalnej, normalnej, bo ta nasza żywność to przecież ta normalna, wystarczy jedna. I cena jest porównywalna. Robiliśmy kiedyś taki eksperyment w Poznaniu. Przeglądaliśmy zawartość pojemników z śmieciami w centrum, na obrzeżach miasta, w rożnych rejonach: i tych bogatszych, i biedniejszych. W koszach znaleźliśmy mnóstwo wyrzuconej żywności, ale produktów ekologicznych tam nie było. Jak ktoś kupuje ekologiczną żywność to kupuje zawsze tyle ile potrzebuje. Nie bierze trzech opakowań, bo zapłaci jak za dwa i jedno ma w gratisie, a potem i tak wyrzuci. Ta świadomość społeczeństwa powoli się zmienia. Nasi pierwsi klienci to rzeczywiście byli ludzie zamożni, głównie lekarze, adwokaci. Potem, gdy ludzie zaczęli chorować na nowotwory, przychodzili pacjenci szukający zdrowych produktów. Ja zawsze powtarzam: to już jest jednak za późno.

Nie ulega jednak wątpliwości, że świadomość społeczeństwa się zmienia. Ciągle pojawiają się kolejne opracowania dotyczące szkodliwości żywności wysoko przetworzonej. U was te zmiany widać chociażby we wzrastających dochodach i zainteresowaniu określonymi produktami. Wasze rynki zbytu to jednak głównie duże miasta. Czy to oznacza, że mieszkańcy wsi, małych miejscowości niekoniecznie mają wiedzę na ten temat?

To fakt, ludzie z miast są bardziej gotowi na ekologię. Poza tym na wsi co niektórzy mają jeszcze swoje krowy, jajka, ogródki. Poza tym, co zauważam, są też bardziej nieufni i nie kupują lokalnie. To jest, myślę, zakorzenione w naszej mentalności, ta taka zawiść do sąsiada. Nie kupię u niego, pójdę do Biedronki, a szkoda. Ja zawsze staram się kupować produkty lokalne najchętniej od kogoś kogo znam.

Reklama

Skoro mowa o supermarketach. Rzeczywiście tam żywność pozostawia wiele do życzenia?

Najważniejsze to czytać etykiety i sprawdzać, jakie znaki widnieją na opakowaniach. Od niedawna na naszych, oprócz zielonego listka, umieszczamy także znak, że towar pochodzi z Polski. Promujemy krajowych producentów. To jednak jeszcze nie oznacza, że warzywa czy owoce są dobrej jakości.

Jestem za rozwojem małych lokalnych ryneczków, gdzie można kupić towar od znajomego, zaufanego rolnika. Trzeba też jednak uważać, bo często w takich miejscach sprzedają też hurtownicy, którzy rzekomo twierdzą, że to ich produkt, a tak naprawdę jest on niewiadomego pochodzenia. Najważniejsze jest zaufanie. Ja wiem, co sprzedaję, bo wiem dokładnie, co u mnie wyrosło. Jak muszę dokupić jakieś surowce, też wybieram nie tylko tych producentów z certyfikatem, ale przede wszystkim tych, których znam osobiście. Wtedy mogę ręczyć za to co produkuję. Warto zatem kupować u ludzi, których znamy. Jeśli sąsiadka ma jabłka, dobre, ekologiczne, to iść do niej. Zresztą do naszych polskich jabłek też trzeba podchodzić z rezerwą. To są jedne z owoców, na które wylewnych jest masa środków chemicznych. Kolega z Sandomierza opowiadał mi, że postanowił zlikwidować kilka hektarów sadu i posiać  zboże. Przez trzy lata nic nie chciało tam urosnąć

Reklama

Pana rodzina jak się odżywia?

Staramy się jeść to co mamy tutaj, ale nie jakoś tak ortodoksyjnie. Dzieci też czasami chcą się napić coli. Mam zresztą jej zdrowszy zamiennik oczywiście ekologiczny niestety sprowadzony z Niemiec. Przede wszystkim uczymy z żoną dzieci czytać etykiety. Jak idziemy do sklepu, to najmłodsza córka, jak chce soczek, najpierw sprawdza: Tato, tu jest syrop glukozowo-fruktozowy, to tego soku nie mogę kupić? Gdy jest w składzie cukier albo słodzik to ona wie, że zdrowszym wyborem będzie ten pierwszy. Próbowaliśmy przeprowadzać takie prelekcje też w szkołach, ale nie wszyscy nauczyciele są jeszcze tego świadomi. Samo wyłożenie wiedzy nie wystarczy, oni muszą potem jeszcze to powtarzać i utrwalać z dziećmi, a tego niestety nie ma.

Rozmawiała Klaudia Siekańska

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Jurek - niezalogowany 2017-05-29 09:04:49

    Jestem z Okonka i chętnie kupowałbym produkty eko, ale nie widziałem waszego ani sklepu, ani stoiska na "rynku". To niby gdzie to lokalnie kupić? A jak mam kupić na bazarze, to samo i z tego samego źródła, co taniej i świeższe obok w Biedronce, to jasne, co wybiorę.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    ziomus - niezalogowany 2017-05-28 13:25:06

    zacnie, spoko lubie to

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Rodzina - niezalogowany 2017-05-28 11:17:48

    Jesteśmy dumni z was aby tak dalej brawo Rafał brawo Ania wasz przykład pokazuje że ciężka praca przynosi efekty a co ważne zadowolenie i satysfakcję

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości