Reklama

Zostawiła w szpitalu troje dzieci. Dlaczego?

03/07/2016 18:00
Najpierw oddała bliźniaczki, teraz synka. – Nie oddaję ich dla siebie, żeby mieć spokój – mówi kilka dni po porodzie

„Jeszcze tylko noga” – te trzy słowa spychają Maję w otchłań omdlenia. Za nią podąża pierwszy krzyk dziewczynki, ale nie dogania mamusi... Jest lipiec 2013 roku. Maja budzi się prawie dobę później. Została mamą, ale w sali nie ma dzieci. Jeszcze przed cesarką kazała je zabrać, by nie patrzeć, jak zajmują się nimi położne. W ogóle nie chciała ich widzieć.

Pielęgniarki mnie wspierały. Część mnie znała i wiedziała, jaka jest moja sytuacja. Położna mówiła, że rozumie moją decyzję

– kobieta ma dwadzieścia dwa lata i właśnie podjęła najtrudniejszą decyzję w życiu. W domu czeka ją jeszcze najcięższa rozmowa. Dwuletniemu synkowi powie: Nie ma dzidzi. Dzidzie poszły do innego domku.

Reklama

W pogoni za szczęściem

Maja z życiem mocuje się od zawsze. Widać to po skrawkach taśmy malarskiej przyklejonej do ściany. Imituje ozdobne płytki. To dom rodzinny kobiety: kaflowy piec, meblościanka na wysoki połysk, wytarty gumolit i tęczowe ściany – każda w innym kolorze. Rodzinny nie równa się szczęśliwy. Sześcioro dzieci, kolejka do ośrodka pomocy społecznej i ojciec, który bez flaszki nie umiał dziwić się światu. Aż któregoś dnia poszedł dziwić się gdzie indziej.

Nie mieliśmy wspaniałego życia

– kobieta wpatruje się w czarną żarówkę uczepioną kabla w korytarzu. Nie każdy rodzi się pod szczęśliwą gwiazdą.

Reklama

Pierwszy raz pani Maja rodzi w 2011 roku. Ma dwadzieścia lat, chłopaka i plan na ślub. I szczęście. Swoje i synka. Oszukuje się rok, bo ojca chłopca prawie nie ma. Ani w dzień, ani w nocy.

Dziecko chciało czuć tego ojca, a go nie było

– rozmawia o tym z partnerem, ale te słowa mu się nie podobają.

Pierwszy stwierdził, że ja za dużo od niego wymagam. On pracuje i dzieckiem się zajmować nie będzie

– pani Maja mówi „pierwszy”, bo słowo „odchodzę” z ust ojca swoich dzieci usłyszy jeszcze nie raz. Tego pierwszego widzi czasami na ulicy. Nie pyta o synka, ale alimenty płaci. Pani Maja żyje z opieki społecznej, chodzi do szkoły, pomaga jej mama.

Reklama

Plan bez dzieci

Po niespełna dwóch latach pani Maja znowu się śmieje. Nowy partner wie, co powiedzieć kobiecie po przejściach. Obiecuje: tak, będziemy rodziną. Znika, gdy dowiaduje się o ciąży.

Wyprowadził się, przestał utrzymywać kontakty i w ogóle

– drugi raz to samo. Czyżby ta ciemna gwiazda...

Stwierdziłam, że nie dam sobie rady z trójką sama. To było świeżo po śmierci mamy. Ani mama by mi nie pomogła, ani rodzeństwo… Nikt by mi nie pomógł

– dwudziestodwulatka czuje, jakby jej życie właśnie się kończyło. Nieważne, że kiełkują w niej dwa serca. Nie chce, nie może, nie potrafi. Nie, nie, nie.

Reklama

W czwartym miesiącu zaczęłam załatwiać ośrodek adopcyjny. To mi pomogło się nie przywiązywać. Żyłam myślą, że oddam dzieci i nie wiążę z nimi przyszłości

– pani Maja nie mówi do dziewczynek, nie śni o nich, nie nadaje im imion. Donosi, urodzi i wróci do nauki. Już bez brzucha, którym wypełniała szkolne korytarze. To dobry plan.

Ziszcza się 22 lipca. W szpitalu w Złotowie lekarze wyciągają z jej brzucha dwie zdrowe dziewczynki. Czy są podobne do niej? A może do ojca, który zniknął, nie myśląc, co się z nimi stanie? Który też mógł usłyszeć „jeszcze tylko noga”...

Reklama

Czy gdyby został pani Maja uniknęłaby pytań dwulatka: mamuś, a gdzie dzidzie?

Pani Mai zostaje tylko papier. Podsuwają go jej po sześciu tygodniach od porodu. Jest jakiś dziwny: zalany, niewyraźny i roztrzęsiony. Ale jego treść jest jednoznaczna: zrzekam się praw do dzieci...

Podpisuję właśnie papier, przez który nigdy nie zobaczę tych dzieci. Nigdy, bo sama z siebie nie będę chciała. Będzie je miał ktoś inny, a to ja je nosiłam pod sercem...

– w każdym planie jest jakaś luka. Czasem wyrwa w sercu. [[pay]]

Reklama

Pan z ośrodka adopcyjnego zapytał, czy na pewno, czy jestem świadoma, że dzieci pójdą do innej rodziny. Czy jestem w stanie to znieść, czy potrzebny jest mi psycholog... To było straszne. Dobrze, że nie trwało długo

– pani Maja wierci wzrokiem podłogę, a palcami wyciska krew z pięści.

Po podpisie wraca do domu. Do szkoły już nie idzie. Od świadectwa dzielą ją trzy semestry.
Następnego dnia dziewczynki zabiera rodzina adopcyjna.

Wróg, ale swój

Decyzja Mai rozkręca języki sąsiadów i rozpala uszy ludzi, których w życiu nie spotkała. Jej rodzinna miejscowość jest mała i mogła się tego spodziewać. Nie planuje jednak ucieczki.

Reklama

To jest mój dom rodzinny, całe życie tu mieszkam. Mimo że wszystkich znam i wszyscy tyłek obrabiają, to jest mi tu dobrze. Jestem u siebie, wiem, z kim mogę porozmawiać, kto jest wobec mnie szczery, a kto nie

– kobieta jednym tchem opisuje siebie: strasznie boję się nowych znajomości, boję się ludzi, boję się z nimi rozmawiać, jestem bardzo mało towarzyska, wolę siedzieć cicho i słuchać niż rozmawiać. Strasznie boję się dużych miast, nawet do nich nie jeżdżę. Największe miasto, do jakiego jeżdżę, to Piła.

Reklama

Po oddaniu bliźniaczek pani Maja zaciska kokon. Jej mieszkania nie widać z ulicy, jest doskonałą kryjówką przed innymi. Także przed częścią rodzeństwa, które nie rozumie jej decyzji.

Straciłam jednego chłopaka, drugiego, trzeciego, mamę, po roku zmarł ojczym. Wszyscy tak odchodzili, odchodzili ode mnie. Utrzymuję kontakt tylko z jednym bratem i siostrą, a nas była szóstka. Wszyscy zerwali ze mną kontakt ze względu na te bliźniaczki. Nie potrafią zrozumieć. Oni wdali się w bogate rodziny i jest im łatwiej

Reklama

– pani Maja ma delikatny głos pasujący do jej postury. Co chwilę poprawia proste włosy opadające na nieobecne spojrzenie.

A wtedy nie było 500 plus, ojciec się nie przyznawał, więc ani alimentów, ani nic... Z czego miałabym te bliźniaki wychować? Ja sama, bezrobotna, z trójką dzieci na karku? Bez żadnego zabezpieczenia? No i żyć tylko z opieki społecznej?

– takie słowa zmuszają do milczenia. Można tylko słuchać i próbować zrozumieć.

Nie obchodzi mnie, co będą mówić ludzie, nie obchodzi mnie nic. Bo oni ani nie łożą mi na dzieci, ani mi nie pomagają, nie wspierają, tylko chodzą i gadają. Nie oddaję ich dla siebie, żeby mieć święty spokój. Oddaję je, żeby one miały w życiu lepiej, bo ja nie mogę im dać tego, co da im rodzina adopcyjna

Reklama

– czasem przed obcym łatwiej się wyżalić, wyrzucić ból...

Bliźniaki na pół

W starej, odrapanej kamienicy z dziurą podwórza pośrodku, wśród „starych” sąsiadów jest azyl Mai. Tu znajduje ją on. Ze Złotowa, a więc inny, nie miejscowy, może lepszy. Dba o jej synka, obiecuje złote góry. A zostawia samą pod ciemną żarówką... Znowu w ciąży…

Wyjechał za granicę, stwierdził, że to nie jego dziecko. On go nie chce. Może sobie robić badania i takie inne

– tym razem „do trzech razy sztuka” zawodzi. Rodzinne szczęście z mężczyzną u boku chyba nie jest dla Mai. Zostają tylko dzieci. To nowe, półzłotowiankę, postanawia zachować. Szykuje wózek, ciuszki, łóżeczko, pokój w dziewczęcych kolorach. Pomaga sąsiad – znajomy od czasów pieluch obiecuje, że będzie wychowywać jej parkę.

Całą ciążę byłam nastawiona i to pełną parą, że będę miała to dziecko. Chciałam go

– twierdzi kobieta.

Bliźniacza klątwa wraca w ósmym miesiącu ciąży. Na czarno–białym monitorze u ginekologa zamiast jednego biją dwa serca. W jednym rytmie, ale w dwóch ciałach. Znowu.

Zmieniałam lekarzy, by potwierdzić, czy to bliźniaki. Wystraszyłam się. Nie wiedziałam, co robić. Może w trzy – cztery dni podjęłam decyzję o adopcji. Nikt mnie nie namawiał

– nowy partner kobiety mówi, że musi zrozumieć i uszanować Mai decyzję. „To nie jest powiedziane, że my będziemy ze sobą do usranej śmierci i ci pomogę z bliźniakami”.

Poród idzie utartym schematem. Szpital w Złotowie, cesarka, dziecko zostaje zabrane. Tym razem jedno.

Jak wzięli mnie na stół, to pytali, które chcę zobaczyć: chłopczyka czy dziewczynkę? Wszystko miałam na dziewczynkę naszykowane...

– decyzja zapadła kilka miesięcy wcześniej, gdy Maja zdecydowała się na róż. Dlaczego nie oddała dwójki?

Ciężko by było wiedzieć, że jest się w ciąży, pokochać już w brzuchu to dziecko, a potem dziecka by nie było? Wrócić bez niczego?

– kobieta odpowiada pytaniem.

Rozmowę przerywa płacz. Córeczka jest z sąsiadem – ukochanym na piętrze. Zanim pani Maja do niej zajrzy, zdąży wspomnieć pierwszego pampersa, którego zakładał jej partner. Oczywiście odwrotnie.

Papiery adopcyjne chłopca, który zostaje w szpitalu, do podpisu będą po sześciu tygodniach od porodu. To czas na zmianę decyzji.

Kiedyś im powiem

Pani Maja nie wie, gdzie są jej córeczki. Nie chce wiedzieć, bo boi się sama siebie. Jeszcze by tam pojechała i zrobiła tym dobrym ludziom awanturę.

Mógłby taki dzień kiedyś przyjść, dlatego nie chcę utrzymywać kontaktów

– mówi cicho.

Dzieci i tak muszą wiedzieć, że są adoptowane. Akt musiałam dać i wszystkie dane z dowodu, w razie gdyby kiedyś chciały mnie szukać. Nowa rodzina musi im przedstawić, kto jest matką

– dodaje spokojnie. Jest kilka dni po porodzie, jeszcze się otrząsa.

Liczy się jednak z tym, że kiedyś dzieci mogą jej szukać. W głowie układa dla nich wyjaśnienia. Powie prawdę: że była sama, bezrobotna, bez perspektyw, że chciała dla nich dobrze.

To od nich zależy, czy zrozumieją, czy nie. Zależy jak zostaną wychowane

– pani Maja zapewnia, że nie chce więcej dzieci. Wystarczy jej ta dwójka. Nieważne, że jest 500 plus. Z bliźniakami jest za ciężko. Wie, bo sama jest z ciąży bliźniaczej i jej brat też ma bliźniaki. Dlatego oddaje chłopca.

Próbuję w ogóle o nim nie myśleć. Najstarszy synek wie, że teraz też były dwie dzidzie, ale jedna pojechała do innego domku. Pewnie kiedyś będzie pytać, dlaczego je oddałam

– zamyśla się, bo nie jest pewna, czy to będzie ta sama odpowiedź co dla bliźniaczek.

Ale dopiero co narodzony synek pani Mai może przy niej zostać. Przez jej siostrę, którą położne namawiają na adopcję chłopca. „Będzie w rodzinie” – mówią. Kobieta spojrzała mu w oczy i rozważa taką możliwość.

„Idziesz zobaczyć na własną odpowiedzialność, sama będziesz potem o nim myślała”

– przestrzegała siostrę pani Maja. I teraz boi się konsekwencji. Jeśli siostra adoptuje jej syna, ona zostanie jego ciocią, a jej dzieci kuzynostwem.

Nie będę chciała tego słuchać. Gdybym się pokłóciła z siostrą, to mogłaby powiedzieć: bo ja wychowuję twoje dziecko. I mi by wtedy było głupio

– kalkuluje. Dlatego woli, by maluch trafił do rodziny, która wzięła bliźniaczki.

To by było najlepsze rozwiązanie, a nie po całym świecie porozwalane te dzieciaki. Czułabym się z tym lepiej

– byłoby wtedy tak, jakby pani Maja miała dwie rodziny. Trójkę dzieci gdzieś tam i dwójkę tu.

Dom marzeń

Bo pani Maja się dziwi. Jej chłopak wychowuje dwójkę nie swoich dzieci, związał się „z tą, co rodzi i oddaje” i usilnie szuka pracy. Póki co żyją z opieki społecznej: bony żywnościowe, okresówki, alimenty, rodzinne, no i te 500 plus jeszcze. Wkrótce na dwójkę.

Daję im tyle uczuć, ile jestem w stanie. Postaram się im dać dom, o jakim sama marzyłam. Szczęście to tylko i wyłącznie dom i rodzina. Ja tego nie miałam jak byłam mała

– pani Maja jest niespokojna, bo córka się budzi. Mówi, że musi iść zająć się małą.

Staram się ogarniać tą całą sytuację i dawać im tyle miłości, ile trzeba. Będą miały dobrze

– zapewnia.

Na pożegnanie rzuca, że obecnego partnera się nie boi.

Imię bohaterki zostało zmienione [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości