Dla Bronisława Kihana muzyka jest krzepiącą pigułką, którą ten regularnie dawkuje sobie i innym od ponad sześćdziesięciu lat. Zastrzyk energii, jaki daje mu gra na saksofonie, sprawia, że pan Bronek wciąż trzyma sceniczną formę
Na początku był puzon. Wcale nie wymarzony, a jawiący się jako ostatnia deska ratunku - wybawienie przed fagotem, który małemu chłopcu dekady temu chciano „wcisnąć” w szkole muzycznej. Pan Bronek miał wówczas sześć lat i jak się okazało- talent. - Przeszedłem wstępne kwalifikacje – dawne czasy wspomina nasz, dziś 78-letni, rozmówca. I obrusza się na wspomnienie niechcianego instrumentu, którego jak na złość brakowało w szkolnej orkiestrze. - Chcieli mnie wykorzystać, nie licząc się z moimi zainteresowaniami – wspomina. Na szczęście na ścianie wisiał puzon – chłopiec uznał go za panaceum na sugestie nauczycieli. Słusznie, wszak potem okazało się, że pan Bronek ma naturalne predyspozycje do gry na tym instrumencie. I serce – przez wiele lat puzon był jego jedyną muzyczną miłością. Pielęgnowaną i podczas nauki w szkole muzycznej pierwszego stopnia, i w wojsku, kiedy to B. Kihan należał do wojskowej orkiestry dętej. Później, w wieku czterdziestu lat serce skradł mu saksofon. Problemów z przejściem na inny instrument nie było. Wręcz przeciwnie – według naszego rozmówcy gra na puzonie jest nieporównywalnie trudniejsza. Saksofonu, nawet tak doświadczonemu muzykowi nie wolno jednak zaniedbać, trzeba ćwiczyć. - Przynajmniej raz w tygodniu przez godzinę – radzi nasz rozmówca. Zresztą, dla pasjonata muzyki to żaden wysiłek. - Pokochałem saksofon – motywacja jest banalnie prosta...
To tylko fragment artykułu Patrycji Kajewskiej z AL 20/2014, s. 16
[[reklama]]
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze