Jedenaście litrów pojemności sześciocylindrowego silnika o mocy blisko 400 koni mechanicznych. Pięćset kilometrów nawijanych na koła każdej nocy w dziewięć godzin. Zestaw o długości ponad szesnastu metrów, a za kierownicą tego kolosa z niebieską tabliczką TIR... Monika
Cztery ściany, biurko, krzesło, komputer, dokumenty, papiery, nuda... to nie praca dla nich. Kierowcy ciężarówek to wolne ptaki. Przyjęło się mówić o tym zawodzie, że przeznaczony jest on głównie dla mężczyzn. Tymczasem panie coraz śmielej sobie w nim radzą. Przykładem, oprócz najsłynniejszej polskiej truck’erki Iwony Blecharczyk, może być Monika Najda z Krajenki. Drobna kobieta, żona, matka, na twarzy której pojawia się uśmiech w momencie, gdy „gadać” zaczyna sześć cylindrów ustawionych w rzędzie w mercedesie, którego prowadzi. Błysk kierunkowskazu, dźwignia skrzyni biegów na „drive”, CB ustawione na kanał 19-ty, muzyka z głośników i w drogę.
Zawstydziła facetów
- Od zawsze bardzo lubiłam prowadzić samochody. Przygoda z ciężarówkami rozpoczęła się przed dwoma laty zupełnie przypadkowo. Nie miałam wtedy pracy. Mój kuzyn powiedział mi, że w urzędzie pracy jest informacja o kursie na kierowców ciężarówek dla kobiet. Na początku trochę się wahałam, ale pomyślałam: dlaczego nie? Zapisałam się... - wspomina Monika. Już po pierwszej jeździe nie miała żadnych wątpliwości: to jest to.
- Nagle na te dwa miesiące nauki jazdy, które mnie czekały, zaczęłam patrzeć zupełnie inaczej. Wszystko starałam się podporządkować temu, by jak najszybciej zdobyć uprawnienia – mówi Monika. Egzamin na kategorię C zdała za drugim razem, na C+E za pierwszym. - Wiąże się z tym śmieszna historia. Gdy podeszłam do grupki panów czekających na egzamin w ogóle nie brali pod uwagę tego, że ja też mogę zdawać. Jak to? Kobieta? Kierowcą TIR’a? Sądzili, że pracuję w WORDzie i że pewnie przyszłam do nich z jakąś wiadomością dotyczącą egzaminu. Tymczasem okazało się, że niektórzy z nich na kategorię C zdawali po raz siódmy – uśmiecha się mieszkanka Krajenki. Zdobyte uprawnienia, pokończone kursy, które stawiały ją na rynku pracy w czołówce młodych kierowców ciężarówek to było jednak zbyt mało, by zdobyć zatrudnienie. Potrzebne było jeszcze doświadczenie...
Nocny Jastrząb
Jak je zdobyć, skoro nikt nie dawał szansy? - biła się z myślami Monika. Ta szansa jednak w końcu nadeszła. W listopadzie 2013 roku rozpoczęła pracę na nieco wysłużonym mercedesie. - Miał ponad półtora miliona kilometrów przebiegu, co dawało się odczuć – mówi kierowca TIR’a. Jej praca nie przypomina też tego, co znamy z amerykańskich filmów drogi, gdzie osiemnastokołowy kolos gna highwayem z ustawionym tempomatem, a jego kierowca po dniu w trasie nocuje w przydrożnym motelu. Jest zupełnie odwrotnie. - Pracuję dla firmy, która jest podwykonawcą dużej firmy kurierskiej na jednej z najdłuższych tego typu tras w Polsce: Szczecin - Warszawa. Startuję codziennie, od poniedziałku do piątku, o godzinie 19:00 z Piły. Po drodze, w Bydgoszczy, zostawiam w hotelu mojego zmiennika, który jedzie od Szczecina. Pracę kończę o 5:00. Autostradami nie jeździmy ze względu na koszty. System opłat drogowych liczy wtedy niemiłosiernie. Pozostaje krajowa 10-tka i 7-ka. Znam tam już na pamięć każdy wybój, zakręt, fotoradar, miejsce, gdzie trzeba zwolnić i takie, gdzie mogę przyspieszyć. Lubię jeździć nocą, wtedy jest na drogach spokój – mówi Monika. O kierowcach takich jak ona, którzy drogi przemierzają tylko nocą, w radio mówi się „Nocne Jastrzębie”.
Nie zamienię się
Kabina mercedesa, którym jeździ obecnie Monika, komfortem przebija niejedną osobówkę. Automatyczna skrzynia biegów, klimatyzacja, ogrzewanie postojowe, fotel o nieskończonym stopniu regulacji, dodatkowo amortyzowany od wstrząsów. Bajka, ale nie do końca. - W ciągu tych dwóch lat też zdarzyło się, że coś się zepsuło, że trzeba było sobie radzić, choć pozostali kierowcy, mężczyźni, zawsze byli chętni do pomocy – wspomina Monika. Na początek kariery przeszła chrzest bojowy w postaci podróży przez Polskę opanowaną przez Huragan Ksawery. - Świata nie było widać, ciężarówki nie mogły dojechać, ale paczki musiałby być na czas – mówi kobieta. Dodaje też, że spóźniający się TIR powoduje spore zamieszanie w bazie. - Nie można odjechać dopóki nie zjedziemy się w komplecie, 40-50 ciężarówek naraz. Nigdy nie wiadomo, czy np. w tej z Białegostoku nie ma paczki do Szczecina, a ta paczka musi tam być na następny dzień – wyjaśnia Monika. Inna awaria, która się jej przytrafiła, to zepsuty układ wspomagania. - Zdarzyło się wtedy, że kręciłam kierownicą na stojąco, zapierając się z całych sił, żeby przejechać rondo. Później przez trzy dni miałam zakwasy i ledwo mogłam wstać z łóżka – wspomina. Kolejna rzecz - usterka układu paliwowego, w środku zimy, w nocy, gdy temperatura na zewnątrz spadała poniżej – 15 st. C. - Dobrze, że nie zepsuło się Webasto i w kabinie było ciepło – mówi. Choć przykłady można mnożyć Monika nie widzi siebie w innej pracy. - Jeżdżę tak od dwóch lat i nie wyobrażam sobie, że mogłabym robić cokolwiek innego. Przez te dwa lata, odpukać, nie miałam żadnej stłuczki ani żadnego mandatu. Nauczyłam się manewrować TIR’em tak, że radzę sobie na naprawdę ciasnym parkingu centrali, do której codziennie dojeżdżam, gdzie często ktoś tłucze lusterko, bo nie wymanewruje tak jak trzeba. Kusi mnie może, żeby wozić jeszcze większe towary, tzw. gabaryty. Tam też jeździ się nocami, a ja jestem przecież Nocnym Jastrzębiem – uśmiecha się Monika.
Sz. Chwaliszewski
[[reklama]]
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze