Reklama

- Mogłem być wójtem - rozmowa z Zygmuntem Wiśniewskim

17/04/2018 07:00

Od ponad czterdziestu lat jest przewodniczącym, obecnie m.in. powiatowej rady Wielkopolskiej Izby Rolniczej. Niemal tyle samo czasu kierował spółdzielnią rolniczą. Jak przyznaje, najważniejszą funkcję w gminie miał na wyciągnięcie ręki. Z Zygmuntem Wiśniewskim rozmawia Piotr Steffen

Ilu mamy obecnie rolników w powiecie?

Około 2400, przynajmniej tylu składa wnioski o dopłaty bezpośrednie. Oczywiście utrzymujących się z rolnictwa jest znacznie mniej.

Od części z nich często można usłyszeć, że Wielkopolska Izba Rolnicza nie jest im do niczego potrzebna.

Ta zasadność działania jest kwestionowana z różnych powodów. Niektórzy mówią, że jest tutaj jakiś polityczny czy inny wpływ. Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach jest coś niepolitycznego. Ale jeżeli coś zmieniać to po to, żeby miało ręce i nogi, a nie dla samego zmieniania. Mówię o tym, bo słyszy się opinie, że po najbliższych wyborach samorządowych, kiedy to po nich wybierane są struktury izb rolniczych na kolejną kadencję, będą wprowadzane jakieś zmiany. Wymyślono, że sołtys zrobi wybory we wsi i w ten sposób wybierze się przedstawiciela do gminnego szczebla. Spośród nich ma być wybrany jeden delegat (a nie dwóch, jak obecnie) do rady powiatowej. A ta rada ponownie wybierze dwóch do szczebla wojewódzkiego. Uważają, że jak tak będą wyglądać wybory do izb, będzie pełniejsza demokracja i większe zainteresowanie udzielaniem się w izbach. Jestem w nich już jednak tyle lat i zmian nie ma. Również z tego powodu, że pod wieloma względami izby właściwie funkcjonują.

Reklama

Inna sprawa, że ponoć niewiele tam naprawdę możecie.

Gdzieś w połowie lat 90-tych mówiono: zróbmy ustawę o izbach na wzór francuski, niemiecki, jedną kadencję przyjrzyjmy się, jak to funkcjonuje i ewentualnie wprowadzimy zmiany. Skończyło się na tej wstępnej ustawie i na chwilę obecną nic w zasadzie nie zmieniono. To sprawia, że izby rzeczywiście są jedynie opiniodawcze. Wójt może się zwrócić do nas o opinię dotyczącą podatku, ale obojętnie jaka ona będzie, i tak zrobi z radnymi swoje. Zresztą w wielu sprawach dotyczących izb tak to się skończyło i dlatego rolnicy często mają pretensje. Nie rozumieją, że od czego innego jesteśmy my, a od czego innego związki zawodowe. Izby rolnicze to jest samorząd rolniczy, a nie żaden związek. Spotykamy się z przedstawicielami izb z Francji czy Niemiec i jak ich słuchamy, to zazdrościmy. Tam izba rolnicza to jest coś. Minister rolnictwa bez opinii izby rolniczej w pewnych sprawach dotyczących rolnictwa nic tam nie zrobi. U nas te przymiarki do niczego tak naprawdę nie doprowadziły, bo wiadomo, że żadna władza nie chce oddać uprawnień. Gdyby to jeszcze miały być zmiany, które by nie kosztowały, ale gdy mają kosztować to zaczynają się schody.

Reklama

Na szczeblu naszego powiatu rolnicy chcą udzielać się w izbie rolniczej?

Poza Okonkiem, gdzie było kilku kandydatów, z reguły jest ich dwóch, a gdzieniegdzie jeden i nawet wtedy trzeba przeprowadzić wybory. I nawet tak prostej rzeczy jak nowelizacja w tej sprawie też nie możemy zmienić, co moim zdaniem można byłoby zrobić jednym rozporządzeniem. Rada powiatowa może składać się maksymalnie z piętnastu członków, u nas jest trzynastu.

Już ten brak kompletu nasuwa pytanie, czy izby są w ogóle potrzebne, skoro sami rolnicy nie wykazują pełnego zainteresowania tą działalnością.

Reklama

Oczywiście, że rolnicy nas potrzebują. Musi być ciało społeczne, które wypełni określone zadania. Szkody łowieckie, określenie skali klęsk, fora rolnicze, szkolenia, imprezy integracyjne (śniadania wielkanocne) – wszędzie tam jesteśmy i to już od ponad 120 lat.

Społecznie?

Mamy jakieś zwroty kosztów, ale generalnie robimy to za darmo. Nie ma drugiej takiej instytucji, która w taki sposób mogłaby wspomóc rolnika. Oczywiście można powiedzieć, że oni w nas nie wierzą. Ja też czasami mam wrażenie, że środowisko uważa, iż niezależnie od tego, czy będzie izba, czy nie, ich sprawy będą się toczyć swoim torem. Moim zdaniem to jednak błędne myślenie. Choćby kwestie związane ze zwrotami akcyzy paliwa. Cały czas są od nas sygnały, żeby to zmienić. Postulujemy więc na okrągło. Inna sprawa, że nie przynosi to na razie efektów. Dlatego rolnicy często mają pretensje, że nie wywalczyliśmy. Tak jak w Okonku przed rokiem, tylko że oni mieli akurat pecha. Rozporządzenie mówi wyraźnie o klęskach, które są od pierwszego sierpnia, a u nich ulewy, gradobicia i wszystko inne było dwa dni wcześniej. Jako rada powiatowa WIR apelowaliśmy, żeby to rozciągnąć. Bez skutku, przez co rolnicy wściekali się na nas i pojechali do ministra. Już mieli niby obiecane, miało być załatwione, a efekt jest taki, że nic nie wskórali.

Reklama

Rolnicy to jedna z tych grup społecznych, która często walczy o swoje. Wśród mieszkańców powiatu często można jednak spotkać się z opinią, że te krzyki są raczej bezzasadne, bo rolnicy są całkiem zamożni.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 85% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Ludzi razi widok wyposażenia, jakie posiadają rolnicy i tylko przez taki pryzmat opiniują. Mamy jednak XXI wiek i jeśli gospodarstwo ma sto lub więcej hektarów, potrzebuje nowoczesnego sprzętu, a to kosztuje. Ci, którzy patrzą z boku, mówią, że tam się przelewa, że jest bogactwo, a nie wiedzą, jakie są kredyty tych rolników, którzy mają kupioną ziemię, sprzęt, ale najczęściej to wszystko jest zadłużone na 20-30 lat. Dzisiaj, gdybym nie miał syna, któremu przekażę 70-hektarowe gospodarstwo i chciałbym je sprzedać, mógłbym przejść na emeryturę i rzeczywiście byłbym bogaty. Ale wiadomo, że tak to się nie odbywa. Gospodarstwo przekazuje się z pokolenia na pokolenie i taki przekazujący wszystko rolnik dostaje później osiemset złotych emerytury. Tego patrzący z boku i komentujący już nie widzą.

Reklama

Jaką wielkość ma średnie gospodarstwo w naszym powiecie?

Według danych ODR ponad 30 hektarów.

Ile z takiego gospodarstwa rolnik ma dla siebie i rodziny realnego dochodu w skali miesiąca?

Trudno ocenić, zależy, czym się zajmuje. Inaczej jest, gdy uprawą roślinną, inaczej, gdy hodowlą. Znam takich rolników, którzy, mając całkiem spore areały, od 70 do 150 hektarów, i tak prowadzą dodatkową działalność, bo z rolnictwa im nie wystarcza. Sądzę, że przy stosunkowo prostej produkcji trzeba mieć przynajmniej te 100 hektarów, żeby przynosiło to efekty. Na przykładzie swojego gospodarstwa mogę powiedzieć, że 2016 rok, wskutek suszy i innych czynników, które miały miejsce, zamknęliśmy prawie na zero. Dobrze że było trochę tej dopłaty, ale z drugiej strony ona też jest coraz mniejsza. Kiedyś rzeczywiście dopłaty były wysokie, obecnie są znacznie niższe i systematycznie są zmniejszane. 2017 rok znowu nie zapowiada się najlepiej: rolnicy nie posiali, nie zebrali. Do dzisiaj żyto stoi na części areałów. Będąc w radzie powiatowej WIR mam przekrój tego, jak wygląda to w powiecie. Znam sytuację wielu rolników, gdzie naprawdę jest ciężko, dochód jest mały i trzeba wiele się natrudzić, żeby to się jakoś kręciło. Tym bardziej, że zdecydowana większość rolników jest zadłużona, a trzeba dodać, że w naszym powiecie nie mamy zbyt dobrej ziemi. Lepsze grunty są jedynie w częściach gmin Tarnówka i Krajenka.

Reklama

Niejednokrotnie słyszałem opinie, że jak ktoś ma około stu hektarów i więcej, w zasadzie jest ustawiony. Że z samych tylko dopłat są bardzo dobre pieniądze i bilans, nawet przy kredytach, jest bardzo korzystny. Niektórzy rolnicy w prywatnych rozmowach mówią nawet, że wstyd im, kiedy słyszą narzekających kolegów.

Nie mam do końca rozeznania, jak sytuacja wygląda u wielkoobszarowych gospodarzy, co wynika z tego, że oni najczęściej nie należą do izby. Dlatego faktycznie możemy oceniać głównie przez pryzmat tych mniejszych i średnich gospodarstw. Oni chcą mieć po swojej stronie kogoś, kto w razie czego pomoże. Ci duzi niekoniecznie. To zresztą osobny problem izb rolniczych.

Reklama

Z około 2400 rolników w powiecie, ilu jest tych wielkoobszarowych?

Szczegółów nie mam w pamięci, ale na podstawie naszej gminy mogę powiedzieć, że to są nieliczne, głównie rodzinne gospodarstwa, które mają od 150 hektarów wzwyż. Największe w naszej gminie ma około pięciuset-sześciuset hektarów. Tam, gdzie oprócz dużego areału jest jeszcze produkcja, na pewno mogą pozwolić sobie na więcej, stąd może mylne wrażenie w społeczeństwie względem pozostałych. Inna sprawa, że nikt też nie patrzy na to, jaka ciężka jest to praca, niekiedy od rana do wieczora. I jeszcze jedno. Ja skończyłem akademię rolniczą na kierunku mechanizacyjnym. Dzisiaj, jeśli ktoś ma w miarę przyzwoite, około stuhektarowe gospodarstwo i chce mieć w nim wszystko, powinien skończyć akademię na kilku kierunkach, bo musi się znać na chemii, biologii, mechanizacji, uprawie, ekonomii, elektronice i coraz częściej informatyce.

Reklama

Który moment z ponad czterdziestu lat Pana pracy w branży był najlepszy dla rolników?

Na własny rachunek zaczynałem w 1976 roku. Nie można porównywać tych czasów, dzisiaj rolnik w zasadzie cały czas powinien się kształcić. Gdy zaczynałem pracę w rolnictwie było trudno. Bardzo dobrze było z kolei przez okres pierwszych lat, gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej. Były wtedy przyzwoite dopłaty, a jednocześnie utrzymywały się korzystne ceny. Na przykładzie naszego gospodarstwa mogę stwierdzić, że był okres, kiedy ceny rzepaku kształtowały się powyżej dwóch tysięcy złotych, pszenicy około tysiąca i tak było przez trzy-cztery lata. Gdy ktoś potrafił wtedy zainwestować, korzystając ze środków unijnych, rzeczywiście można było zmodernizować gospodarstwo i wystrzelić. Z takiego gospodarstwa jak nasze było nas stać kupić duży ciągnik za gotówkę, bez kredytu. Zdarzyły się lata, kiedy na czysto można było wyciągnąć trzy tysiące złotych z hektara. Dzisiaj natomiast trzeba naprawdę dobrze się uwijać, żeby oprócz dopłaty coś zostało, a obecnie do hektara jest to 700-800 zł.

Reklama

Zaczynał Pan od zera czy przejmował po kimś gospodarstwo?

W latach 70-tych produkcja rolna była tak nieopłacalna, że rolnicy masowo zdawali ziemię na skarb państwa i nie było chętnych do gospodarzenia. Ziemię komasowano i tak powstawały i rozwijały się rolnicze spółdzielnie produkcyjne. Przez prawie czterdzieści lat byłem szefem Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Osówce, gdzie gospodarzyliśmy na ponad 360 hektarach. Nie miałem w tym czasie ziemi, gospodarstwa, ale można było mieć wkład w postaci udziałów, ekwiwalent pieniężny. Wniosłem go, było też kilku rolników, którzy wnieśli część gruntów, a część była od skarbu państwa. Później ustawa zezwalała na wykupienie tej ziemi z państwowego funduszu ziemi na korzystnych warunkach, płacąc 25% jej ówczesnej wartości. W większości tę ziemię spółdzielnia kupiła.

Reklama

Na wejściu miał Pan pieniądze na wkład, wykształcenie, a co z doświadczeniem?

Dziadek był rolnikiem, ojciec był rolnikiem. Nasze rodzinne gospodarstwo miało dwanaście hektarów, jak na tamte czasy było spore. Ziemię przejął brat, ale ja też byłem doskonale rozeznany w pracy na gospodarstwie.

Od razu został Pan prezesem spółdzielni?

Szukałem pracy, chciałem zostać na tym terenie. To były czasy, gdy PGR-y zaczęły trochę kuleć i tam było trudniej o pracę. RSP w Osówce to był w sumie mój pomysł, stąd zapewne funkcja prezesa. Można powiedzieć, że za tego realnego socjalizmu – jak to nazywali – w naszej gminie działała jedynie poczta, szkoła i nasza spółdzielnia. Gminy też wtedy jeszcze nie było. Jako RSP mieliśmy całkiem sporo sukcesów, nawet sportowe.

Słyszałem, że gospodarzyliście na słabej jakości ziemi, a mimo to spółdzielnia dawała radę.

Ziemia faktycznie od początku była słaba, ale szczęśliwie udało mi się trafić na dobrych ludzi do pracy, choć przez wszystkie lata też z tym różnie bywało. Robiliśmy w spółdzielni w zasadzie wszystko. Krowy też były, jakieś dwadzieścia sztuk, ale szybko zrezygnowaliśmy. Mieliśmy dojarkę, jednak po jakiejś wichurze brakowało przez dłuższy czas prądu. Okazało się, że wśród tych moich ludzi krowy potrafiłem doić tylko ja i moja siostra. No i sami musieliśmy pójść, żeby chociaż trochę je zdoić. Na tym skończyłem z krowami, stwierdziłem, że w razie kolejnych sytuacji nie będę biegać do dojenia. Spółdzielnia miała bardzo dobry czas gdzieś do połowy lat 90-tych, później ponownie nastąpił gorszy moment w rolnictwie, ale wszelkie takie trudne chwile przetrwaliśmy. Najlepszym dowodem, że spółdzielnia dobrze sobie radziła było to, że oficjalną działalność zakończyliśmy dopiero w 2014 roku, przy czym ostatnie lata, uczciwie mówiąc, to była już świadoma wegetacja, bo chcieliśmy poprzechodzić na emerytury. Formalnie RSP Osówka jednak istniała, uprawialiśmy ziemię, choć z czasem było jej coraz mniej. Ci, którzy decydowali się odejść, zabierali swoje grunty. W szczytowym momencie, w dekadzie lat 80-tych mieliśmy dwa tysiące świń, a łapaliśmy też dodatkowe prace, którymi nadrabialiśmy w kryzysowych okresach. Gdy były dobre lata nie przejadaliśmy pieniędzy, odkładaliśmy je ludziom na udziały i później za te udziały można było kupić ziemię, pozwalała na to ustawa. Można powiedzieć, że zrobiliśmy reprywatyzację w drugą stronę: najpierw rolnicy wnieśli tę ziemię do spółdzielni, stała się jej własnością, a później odłożyliśmy udziały i dokładnie dwudziestu trzech rolników-członków skorzystało z tego w różnej formie. Jedni mieli ziemię i poszli na swoje, inni mieszkania, a część ziemi sprzedano na pokrycie bieżących zobowiązań.

Ten podział odbył się w pełni demokratycznie? Pytam, ponieważ spotkałem się z opinią, że jeśli za coś w Osówce i okolicach mogą mieć do Pana pretensje, to właśnie za to, że Pan nabył najlepszą ziemię.

To nie jest prawda. Każdy mógł nabyć ziemię stosownie do posiadanych udziałów, a decyzje o sprzedaż konkretnego pola były podejmowane na walnych zgromadzeniach.

Miał Pan absolutny głos w spółdzielni?

Zgodnie ze statutem co roku zapadała decyzja o przedłużeniu albo pozbawieniu funkcji. Nieudzielenie absolutorium było równoznaczne z pozbawieniem prezesury. Nigdy tak się nie stało, a mówią, że za ładne oczy do prezesowania nikogo się nie wybiera. Śmieję się czasami, bo tak się jakoś to wszystko potoczyło, że już od 42 lat ciągle jestem jakimś przewodniczącym: najpierw zarządu spółdzielni, bo dopiero później zostałem jej prezesem, przez cztery kadencje przewodniczącym rady Rejonowego Związku Lustracyjnego w Chodzieży i przez dwie kadencje przewodniczącym Rady Gminy w Tarnówce. Natomiast obecnie jestem przewodniczącym dwóch rad powiatowych: rady powiatowej WIR i przewodniczącym Powiatowej Rady Rynku Pracy, która, o czym niewielu pewnie wie, ma wpływ na budżet prawie równy budżetowi gminy Tarnówka.

Wspomniał Pan, że wasza spółdzielnia istniała jeszcze przed gminą – jej powstanie to ponoć również w pewnym stopniu Pana zasługa.

Dużo ludzi przyłożyło się do tego sukcesu, a najbardziej kolega Eugeniusz Grzybek, który grał w tym wszystkim główne skrzypce. Moja rola była taka, żeby przekonać Osówkę i Piecewo do przyłączenia do nowej gminy. Z Piecewem było trochę problemu, bo oni byli już wtedy przywiązani do Jastrowia, ale i ich udało się przekonać.

Ponoć korciło Pana swego czasu objęcie funkcji wójta.

Przewodniczącym rady gminy byłem przez dwie kadencje, najpierw, gdy wójtem był pan Grzebel, a później, gdy stanowisko obejmował Ireneusz Baran. Czy mnie korciło? Uczciwie mówiąc, mogłem być wójtem. To był moment, kiedy właśnie kończył pan Grzebel, nie chciał dłużej pełnić tej funkcji i m.in. mnie złożono ofertę. Było zresztą kilku kandydatów. Jakbym chciał, pewnie bym nim został. W pewnym momencie to zależało wyłącznie ode mnie, gdybym wyraził chęć, na pewno by mnie poparto. To było w czasach, gdy radni mogli spośród siebie wybrać wójta. Szkoda było mi jednak zostawić spółdzielnię.

Żałuje Pan?

Raczej nie. Chyba nie odnalazłbym się w tej roli. Tam znaczenie miały niemal wyłącznie paragrafy, liczby. To były czasy, kiedy przewodniczący rady miał naprawdę sporo do powiedzenia, wręcz miał sporo władzy wynikającej z ustawy, łącznie z wynagrodzeniami dla wójta, więc i w tej roli mogłem się wykazać. Być może dlatego stanowisko wójta niespecjalnie mnie interesowało.

W późniejszych latach kiedykolwiek miał Pan chęć stanąć w wyborcze szranki z wójtem Baranem?

Startowałem później do kolejnej kadencji w Radzie Gminy Tarnówka i przegrałem z panem Urbańskim. Tak skończyła się moja obecność w samorządzie.

Przegrał Pan, ponieważ...

Być może przeszkadzało wyborcom to, że jednak serce miałem zawsze bardziej po lewej stronie.

Wypominano Panu tę bliskość lewej strony?

Nie. Dla mnie te kwestie zawsze miały drugorzędne znaczenie. Liczył  się człowiek i jego praca.

Chyba trudno było nie zaleźć komuś za skórę, będąc tyle lat prezesem.

To faktycznie inny rodzaj pracy, ale naprawdę, pomimo przeróżnych sytuacji nie mam poczucia, bym kogokolwiek skrzywdził przez czterdzieści lat działalności w spółdzielni.

Był Pan prezesem z twardą ręką?

Właśnie nie. Zawsze starałem się perswadować, łagodzić, godzić i szukać porozumienia.

Jako osoba ze sporym doświadczeniem, a zwłaszcza jako ojciec, podziela Pan wolę, zapał i konsekwencję syna w dążeniu do objęcia funkcji wójta?

Nigdy nie wpływałem na swoje dzieci w tym, jak kierują swoim życiem. Jeśli miałbym mówić ze swojego punktu widzenia i doświadczenia, nie będzie Przemkowi łatwo pogodzić obowiązków wynikających z prowadzenia gospodarstwa z pracą wójta. Zresztą w moim odczuciu z tym samym mierzy się Jacek Mościcki. Ale oczywiście popieram i gorąco mu kibicuję.

Planuje Pan już odpoczynek czy nadal chce działać na rzecz rolnictwa?

Te 42 lata przewodniczenia różnym gremiom podbudowuje mnie i chociaż mógłbym powiedzieć: dosyć, wciąż mam jednak ochotę. Choć mam świadomość, że pod pewnymi względami należy ustępować miejsca młodym. Problem w tym, że nie chcą działać w powiatowej radzie WIR. Jest tu trochę obowiązków i nie jest łatwo być przewodniczącym, jeżeli rzeczywiście chce się coś robić. Trzeba jeździć do Poznania, organizować spotkania, uczestniczyć w nich, być dyspozycyjnym na prośby rolników. Podczas wyborów do obecnej kadencji WIR zapowiedzieliśmy z kolegą Grzybkiem, że składamy dokumenty,  ale tylko do czasu, aż zgłoszą się inni kandydaci. Niestety nikt się nie zgłosił i tak działamy już czwartą kadencję. Jak będzie w przyszłości jeszcze zobaczę, choć nie ukrywam, że koleżanki i koledzy z obecnej Rady Powiatowej WIR namawiają mnie na kolejną kadencję.

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości