„Początek roku szkolnego w Szkole Podstawowej nr 2 w Złotowie okazał się ogromnym rozczarowaniem” – piszą do dyrektor szkoły rodzice pierwszoklasistów. „Otrzymaliśmy plan lekcji naszych dzieci i okazało się, że czeka nas dużo trudniejszy okres niż się spodziewaliśmy. Plany te bowiem świadczą, że górę przy ich tworzeniu wzięły partykularne interesy pojedynczych jednostek, nikt natomiast nie oddał się refleksji nad potrzebami sześciolatków” – uważają.
Przykład? W czwartek 3 września sześcioletni syn Barbary Zawadzkiej zaczyna lekcje o 11:50, a kończy o 16:25. Monika Nowak, by zdążyć do pracy, swoje dziecko musiała przyprowadzić do „Dwójki” po siódmej. Pierwsze cztery godziny jej syn spędził w świetlicy. Potem zaczał lekcje. - Zimą będę go przyprowadzać, gdy jest ciemno i odbierać po ciemku – skarży się mama. - Jak nasze dzieci mają się skupić np. na angielskim o godzinie piętnastej? - pytają rodzice zgromadzeni na szkolnym podwórku. Jest drugi września, a oni postanowili zaprotestować przeciwko takiej organizacji zajęć. „Dotychczasowe zasady układania planów zajęć, stawiających jako punkt wyjścia plan lekcji pierwszoklasistów, zostały zastąpione nowymi priorytetami” – irytują się rodzice w piśmie do Beaty Buczkowskiej-Linke, która właśnie objęła funkcję dyrektora SP nr 2. - Jak nasze dzieci mają korzystać z zajęć dodatkowych, do czego na rozpoczęciu roku zachęcał nas burmistrz, jeśli kończyć lekcje będą po szesnastej? - pyta Barbara Zawadzka, nieformalna liderka oburzonych. - My nie mamy pretensji do pani dyrektor. Pytamy tylko, co zrobiono przez ostatni rok, by właściwie przyjąć nasze dzieci – złotowianka sugeruje, że nieprawidłowości jest więcej. - W „Trójce” dzieci sześcioletnie mają lekcje najdłużej do 13:30 – twierdzi. Prośby rodziców kierowane do dyrektor przyniosły pierwsze efekty.
Zmieniamy plan tak, by pierwszoklasiści zaczynali lekcje dwie godziny szybciej – zapowiada Beata Buczkowska-Linke. Deklaracja ta bardzo cieszy rodziców. Rodzi jednak pytanie, czy nie można było tego zrobić od razu i czy pozostałe elementy przygotowań do przyjęcia sześciolatków wykonane zostały właściwie.
„Szkoła, w której przyszło pani piastować stanowisko dyrektora, nie została w ogóle przystosowana do potrzeb dzieci sześcioletnich” – czytamy w piśmie rodziców. Okazuje się bowiem, że źle ułożony plan to początek ich zarzutów.
Jednym z nich jest, ich zdaniem, za mała świetlica, w której dzieci czekają na lekcje lub po zajęciach (nie codziennie pierwszaki mają lekcje po południu) na odebranie przez rodziców. - Dzisiaj rano w świetlicy było około trzydzieścioro dzieci. Świetlica była na full – pani Monika mówi o 2 września. Być może, jednak następnego dnia tuż przed ósmą było tam kilkoro dzieci z różnych klas. Opiekunka stwierdziła natomiast, że przepełnienia nie ma, choć zapisy jeszcze trwają. Może to wynikać z faktu, że wielu rodziców w pierwszych dniach szkoły ma urlopy, bo chce osobiście wprowadzić dziecko do nowego świata jakim jest szkoła i nie musi go zostawiać w świetlicy. - Z naszych informacji wynika, że do świetlicy uczęszczać będzie około 60% dzieci – mówi B. Zawadzka. Małych krzesełek dla sześciolatków jest tam trzynaście.
W ocenie rodziców korytarz jest za wąski, szafek na ubrania za mało, a pierwszaki, mimo wcześniejszych zapewnień, nie są oddzielone od starszych uczniów. - Mnie przeraża to, że pierwszaki są na głównym holu, gdzie takie „wyżły” biegają – twierdzi pani Joanna. Co prawda część szkoły, w której lekcje mają uczniowie klas I-III, jest oddzielona od reszty szkoły szklanymi drzwiami, ale te są otwarte. Dyrektor jednak uspokaja, że tylko długa przerwa maluchów pokrywa się z przerwą starszych uczniów.
Rozmawiamy o tym, idąc do toalety, co do której rodzice także mają zastrzeżenia. - Mój syn przybiegł z pytaniem: mamuś, ja mam sikać tam, gdzie jest napisane I-III? - pani Joanna mówi o kartkach przyklejonych do drzwi kabin. Dyrektor twierdzi, że przy muszli klozetowej są podeściki. Sprawdzamy – nie ma ich tam.
Rodzice, z którymi rozmawiamy, nie chcą walczyć ze szkołą. Nową dyrektor uważają za „światełko w tunelu” i nie obciążają ją za niedociągnięcia, na które wskazują. Chcą jednak, by ich dzieci uczyły się w jak najlepszych warunkach. - Żeby nasze dzieci miały szczęśliwy początek szkoły i aby za dwa lata nie trzeba ich było prowadzić tutaj w kajdanach – wyjaśnia pani Barbara. Rodzice deklarują, że chętnie pomogą szkole. Wymalują salę, która mogłaby być azylem dla sześciolatków, pomogą w innych remontach. Podpowiadają, by szkoła podjęła rozmowy z Powiatową Stacją Sanitarno-Epidemiologiczną lub Warsztatem Terapii Zajęciowej na temat zwrotu części pomieszczeń. Wszystko dla dobra dzieci.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze