Reklama

Adoptowaliśmy Papuasa

13/03/2012 00:00
Blisko 100 złotowskich rodzin opłaca szkoły dzieciom z Papui Nowej Gwinei. - Jaka piękna jest ta łączność serca - chwali parafian organizator duchowej adopcji, ks. Dariusz Chabraszewski

Gość przy wigilijnym stole

Wigilia Bożego Narodzenia 2011 roku. Za stołem, jak co roku, siedzą państwo Janiak z rodziną. Po raz pierwszy ten świąteczny czas spędza z nimi Lisa. W Złotowie jest jednak tylko duchem. Na tradycyjnym nakryciu dla gościa leży jej zdjęcie. Ubrana w kolorowy odświętny strój, z niepewną miną patrzy w obiektyw aparatu. – Było nam obojętne, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka – mówi pan Grzegorz. - Chociaż myślałem, że to będzie chłopiec... – zdradza ojciec dwóch dorosłych córek. Nie zmienia to jednak faktu, że państwo Janiak pochwalili się całej rodzinie, że mają kolejne dziecko...
[[reklama]]
Adopcja duchowa

Lisa jest jednym z blisko 100 dzieci, które adoptowali mieszkańcy Złotowa. Pomysł adopcji duchowej rozpropagował ks. proboszcz Dariusz Chabraszewski, który pełnił posługę misyjną w Papui Nowej Gwinei. - Ja tę sytuację, która jest w Papui, przeżyłem. Codziennie miałem styczność ze szkołą, która działa przy misji – opowiada misjonarz Świętej Rodziny. - Budowaliśmy klasy najpierw z tamtejszych materiałów z buszu, a potem, gdy dostaliśmy pieniądze z USA, to zbudowaliśmy im prawdziwą klasę z posadzką betonową, z dachem krytym blachą, z biurkami – duchowny opisuje gwinejskie realia. Proboszcz parafii p.w. WNMP w Złotowie już będąc na misji pomagał w zdobyciu elementarnego wykształcenia tamtejszym dzieciom. - Ciągle, gdy otrzymywały pomoc z Polski, opowiadałem im o mojej ojczyźnie, o ludziach w niej żyjących. Mówiłem, jaka piękna jest ta łączność serca. Modliliśmy się wspólnie za tych, którzy im pomagają – wspomina misjonarz. Raz rozpoczęte dzieło postanowił kontynuować ze Złotowa. - Jak wyjeżdżałem stamtąd, to dziękowali mi rodzice, a dzieci z takim żalem, ale może i nadzieją pytały, czy ja o nich zapomnę. Obiecałem, że nie – proboszcz czuł się w obowiązku dotrzymać danego słowa. W październiku, gdy obchodzimy tydzień misyjny, ks. Dariusz Chabraszewski zwrócił się do złotowian z prośbą o przekazanie po 120 zł na rzecz dzieci z Papui. - W pokorze serca przedstawiłem ludziom pomysł adopcji duchowej, czyli opłacenia szkoły dzieciom. Wielu ludzi wspaniale na to odpowiedziało. Nigdy nikogo nie przekonywałem. Ludzie zgłaszali się stopniowo. To musi wypłynąć z serca i z wiary. Tak jak Pan Jezus powiedział: cokolwiek uczyniliście jednemu z najmniejszych, mnieście uczynili.

Egzotyczny głód wiedzy

Jedną z rodzin, które włączyły się w akcję pomocy są państwo Janiak. - Kiedyś z żoną myśleliśmy już o adopcji. Tu nie liczą się pieniądze, ale samo to, że można komuś pomóc – mówi pan Grzegorz. Dla złotowskiej rodziny nie ważne jest też to, by wiedzieć wszystko o „adoptowanej” Lisie. - Wiemy, że jest śliczna, że potrzebowała naszej pomocy i że na pewno ją wykorzysta. Edukacja może jej pomóc w życiu. Przecież ona nie miała wpływu na to, że urodziła się w kraju, w którym są takie a nie inne możliwości – argumentuje G. Janiak. W przekonaniu tym utwierdzają go maile słane do proboszcza Chabraszewskiego przez misjonarzy będących w Papui. – (...) Bywa i tak, że rodzina składająca się z kilkorga dzieci nie ma szans na edukację dla wszystkich. Po debatach rodzinnych i plemiennych typują jednego bądź dwóch z rodziny, o ile jest możliwość opłacenia im szkoły – 2 stycznia tego roku napisał ks. Bogdan Cofalik. – Większość z nich, niestety, żyje tylko marzeniami, które nigdy się nie spełnią. Głód nauki w ich wypadku jest prawie taki jak i jedzenia – ocenił duszpasterz. Do katolickich szkół w diecezji Goroka prowadzonych przez misjonarzy uczęszczają dzieci z okolicznych wiosek. - Do szkoły uczęszczają dzieci różnych wyznań. Tam są i protestanci, i zielonoświątkowcy – podkreśla proboszcz NMP w Złotowie. I to jednak nie przeszkadza „adopcyjnym rodzicom”. - W 100% jesteśmy pewni, że te pieniądze trafiły tam, gdzie trzeba – mówi pan Grzegorz. - Nawet jeśli nie z imienia i nazwiska do naszej dziewczynki, to na pewno do innych dzieci uczących się w tej szkole.



„Moda” na pomaganie


Fundacji, stowarzyszeń i prowadzonych przez nich akcji charytatywnych jest tak wiele również w naszym kraju, że można zadać sobie pytanie, czy koniecznie trzeba szukać podopiecznych tak daleko od Polski. Grzegorz Janiak ma na nie gotową odpowiedź: - Nieważne gdzie, ważne, że pomagamy. Odległość, ani osoba, ani cel pomocy nie są tak ważne jak sama pomoc. Musimy czuć, że chcemy pomagać i to zależy od nas samych. Jeżeli my nie chcemy pomagać, to nie pomożemy nikomu nigdy, nawet najbliższemu członkowi rodziny – zauważa złotowianin. Podobnego zdania jest ks. Dariusz Chabraszewski. - Wiadomo, że i w Polsce mamy wiele biednych dzieci i rodzin. To nie jest tak, że my o nich zapominamy, ta troska o nich jest. A to ,czy pomagamy w Polsce, czy za granicą, to jest to wymiar ogólnoludzki. Pozwala to też człowiekowi otworzyć się na innego człowieka, na inną kulturę – dodaje proboszcz złotowskiej parafii.

Państwo Janiak, jako jedna z blisko 100 rodzin łożących na naukę młodych mieszkańców Papui Nowej Gwinei, zapewniają, że ich pomoc nie ma nic wspólnego z modą na pomaganie ludziom z najbiedniejszych zakątków świata, jaką można zaobserwować w mediach. - To nie chodzi o to, żeby pokazać, że się pomaga. Nami nie kierowała żadna moda, żadna chęć pokazania się. Nasza pomoc jest tak niewielka w stosunku do tego, co się dzieje na świecie... – zauważa Grzegorz Janiak.

Wystarczy „dziękuję”

Kontakt darczyńców i obdarowanych nie jest zbyt ścisły. Złotowianie mają zdjęcia dzieci z Papui, one modlą się za nich i czasem ślą do nich słowa podziękowania. – Mam na imię Matylda. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę chodzić do szkoły. Uczę się tu angielskiego alfabetu i liczb. Mogę też bawić się z przyjaciółmi. Wiem, że to wszystko jest możliwe również dzięki Wam, ponieważ pomogliście w opłaceniu mojej szkoły. Bardzo za to dziękuję. Kocham Was – czytamy w jednym z listów do „adopcyjnych” rodziców. W innym 9-letni Moses napisał: - Lubię moją szkołę, nauczycieli i wszystkie dzieci z mojej klasy. Fajnie jest być razem, śpiewać, grać w piłkę i poznawać świat. Chciałbym zostać pilotem samolotu, który codziennie przelatuje nad moim domem. Wiem, że jest to niełatwe zadanie, bo jestem małym łobuzem i jeśli się nie poprawię, to więcej nie pójdę do szkoły – powiedziała mama. Obiecałem poprawę, a Pater rozmawia z moją mamą. W sekrecie powiedział mi, że dobrzy ludzie z Polski chcą, abym został pilotem i opłacą mi szkołę. Z serca dziękuję – już się poprawiłem.

Wdzięczność dzieci ma być największą nagrodą dla pomagających, choć nie nagród oni oczekują. - Nam wystarcza to, że otrzymaliśmy słowa podziękowania od proboszcza i od Lisy – zapewnia pan Grzegorz. – W końcu to nasze dobro, które zaszczepiamy wkoło wraca. W mniejszej albo większej skali - dodaje szczęśliwy złotowianin.

Nieustanna pomoc


120 złotych przekazywane przez ludzi dobrej woli wystarcza na opłacenie roku nauki jednego dziecka. Obecny rok szkolny, który rozpoczął się w styczniu, jest już opłacony. Ksiądz proboszcz nie ustaje jednak w staraniach, by trafiać do serc kolejnych rodzin. - Prosimy o kontynuację i szukamy nowych chętnych. Zdarza się, że ktoś rezygnuje, ale na jego miejsce mamy trzech nowych – proboszcz cieszy się z otwartości parafian. Jednak trwająca od 5 lat akcja nabrała własnego tempa, a mieszkańcy chcą w niej uczestniczyć. - Myślimy o tym, żeby jeszcze jednej osobie pomóc. Pomaganie wciąga – zapewnia Grzegorz Janiak. - Nagłośniliśmy też ten temat wśród naszych znajomych, którzy są zainteresowani taką adopcją. Są ludzie, którzy mają swoje dzieci dorosłe i chcą pomagać – dodaje „adopcyjny” ojciec małej Papusaki Lisy.

Łukasz Opłatek
Foto: MSF

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości