Na początku sierpnia wrócił z sześciodniowego przejazdu wzdłuż polskiego wybrzeża. Pomysł wycieczki nie zrodził się z dnia na dzień. Na rowerze Dopytała jeździ od lat. Aktywność nauczyciela wychowania fizycznego w Zespole Szkół w Łąkiem to zresztą nie tylko rower. Przed laty był zawodnikiem piłkarskiej drużyny z Lipki, jest też namiętnym biegaczem, kajakarzem, pływakiem, triathlonistą, a wreszcie cyklistą, który zaczynał przed laty od rowerowych wyścigów z cyklu XC i MTB. Od jakiegoś czasu zapuszcza się z kuzynem w samochodowe eurotripy, w których zapakowany na auto rower to obowiązkowy środek lokomocji, dogłębniej pozwalający poznawać odwiedzane miejsca.
W przejazd wzdłuż polskiego wybrzeża Dopytała wybrał się sam.
Zdjęć żadnych nie mam, bo aparatu nie brałem. To zbędny balast. Samo pakowanie zajęło mi blisko tydzień, musiałem dokładnie wyważyć, co zabrać, a co nie
– pokazuje na dwie niewielkie torby przy przednim kole, w których musiało się znaleźć tylko to, co najważniejsze. Łącznie z małym, gazowym palnikiem. Nie kryje, że miał obawy. Wyłącznie przed ludźmi.
Nigdy nie wiesz, na kogo trafisz
– argumentuje.
Pociągiem dojechał do Goleniowa. Chciał do Świnoujścia, ale połączenia nie pasowały, więc podróż zaczęła się w właśnie w Goleniowie.
Mapa przed nos i ruszyłem
– relacjonuje początki wyprawy. Zalew Szczeciński, Świnoujście, Wyspa Uznam – to pierwsze miejsca, które zaliczył na trasie.
Cel był taki, żeby na początku znaleźć się w najdalej wysuniętym w morze punkcie granicy polsko–niemieckiej
– wspomina miejsce z piękną ścieżką rowerową, pełną cyklistów.
Zgodnie z planem pierwszym miejscem postoju były Międzyzdroje.
Dość szybko tam dojechałem. Zdałem się na przeczytane przed wyjazdem porady, żeby czasami nie poniosło i nie jechać dalej
Reklama
– podkreśla, że trzymanie się planu i założenia, że dziennie będzie pokonywać około 170 kilometrów, było bardzo istotne. Inny punkt zakładał piętnastominutowy odpoczynek na każdą przejechaną godzinę.
Zimne noce, mokre poranki - Samych noclegów Dopytała się nie bał, jedynie tego, czy kłopotów nie sprawią nieprzewidziane osoby...
Przez małą pustynię - Po Międzyzdrojach było m.in. Darłowo i Słowiński Park Narodowy. W jego ocenie międzynarodowa trasa rowerowa R–10 okazała się niewypałem...
Masakra w Trójmieście - Te przygody zabrały sporo zaplanowanego czasu. Żeby nadrobić dystans część dalszej trasy pokonał, zarywając nieco jedną z nocy...
Przygraniczny szok - Lipczanin dotarł do jednego z ostatnich zaplanowanych miejsc. – Zawsze chciałem zobaczyć, jak wygląda przy morzu nasza granica z Rosją...
Jak wino - W kierunku Wielkopolski ruszył przez Braniewo i Elbląg, przejeżdżając po drodze jeden z etapów Tour de Pologne...
Jedno z założeń mówiło, żeby każdego dnia do godziny 15.00 mieć zaliczone około 2/3 przyjętego na dzień odcinka
– podkreśla. O tej porze miały miejsce dłuższe przerwy, z posiłkiem i drzemką.
Wyzwaniem były noclegi. Oczywiście pod gołym niebem. Bez namiotu, bo i na niego zabrakło miejsca w dwóch niewielkich pakunkach. Musiał wystarczyć cienki śpiwór i niewielka ilość ubioru na przebranie. Reszta?
Z większych rzeczy wszystko na sobie
– odpowiada.
Samych noclegów Dopytała się nie bał, jedynie tego, czy kłopotów nie sprawią nieprzewidziane osoby.
Gdy człowiek jest umordowany całym dniem jazdy, po zaliczeniu jakiegoś posiłku, dostarczeniu glukozy, pada. Po dwóch–trzech godzinach sen jest jednak mniej silny. To jest takie spanie na czuja
– opisuje, że jeśli nie było do czego stabilniej przymocować roweru, trzeba było przełożyć przez koło rękę i liczyć, że nikt nie ukradnie cennych dwóch kółek. Dosłownie cennych, bo rower Dopytały to sprzęt z naprawdę wysokiej półki. Nocna temperatura też nie sprzyjała.
Nad ranem bywało potwornie zimno. Albo wiał do tego silny wiatr, albo niemal w ogóle go nie było, przez co zbierała się na mnie rosa i budziłem się totalnie przemoczony
– opisuje. W kolejne odcinki wyprawy ruszał wraz ze świtem. Najpierw godzinna jazda, żeby się rozgrzać. Dopiero po tym pauza, przebranie w suche rzeczy rowerowe i śniadanie.
Bez porannego posiłku nie masz szans
– mówi, wyliczając swoje niewielkie, ale dość, jak sam mówi, wartościowe posiłki: kaszka z dodatkami typu rodzynki czy orzechy. Na trasie nie zabrakło oczywiście napojów izotonicznych. Obiady, kolacje? Najczęściej były to puszkowane fasolki czy pulpety, których miał niewielki zapas. Później zatrzymywał się na posiłki w trakcie trasy.
Po Międzyzdrojach było m.in. Darłowo i Słowiński Park Narodowy. W jego ocenie międzynarodowa trasa rowerowa R–10 okazała się niewypałem.
Jakość drogi, brak oznakowania i miejsc postojowych
– wskazuje na największe mankamenty. Będąc w Słowińskim Parku Narodowym nie mógł pominąć małej, polskiej pustyni. Była fatalna pogoda, solarna nawigacja padła przez brak słońca, a zalane wodą szlaki stały się nieprzejezdne.
Sakwa i buty na plecy, kierownica w dłonie i poszedłem przez wydmy. Wiara robiła mi zdjęcia, zastanawiali się pewnie, co to za czubek idzie
Reklama
– relacjonuje ze śmiechem. Wydmami pokonał jakieś trzy kilometry. Doszedł do brzegu, po którym przejechał około dwadzieścia kilometrów.
Jechałem pasem szerokości kilku metrów, który utwardzała dobijająca do brzegu woda
– mówi o swojej drodze. Łatwo nie było, bo w napęd nieustannie dostawał się piach. Mechanizm musiał polewać wodą pitną, bo słona tylko pogarszała sytuację.
Gdy już mi jej zabrakło, polewałem napęd izotonikiem
– opisuje.
Te przygody zabrały sporo zaplanowanego czasu. Żeby nadrobić dystans część dalszej trasy pokonał, zarywając nieco jedną z nocy.
Była idealna pogoda, księżyc bardzo jasno świecił, wszystko pięknie było widać. Latarka była zbędna
– wspomina. Jarosław Dopytała nie zapuszczał się daleko w Hel. Jadąc brzegiem dotarł do jednego z poligonów dochodzących do samego morza. Nie było możliwości przejazdu, ponownie trzeba było nadrobić kilometry. Dłużej potrwała też przeprawa przez Gdańsk, Gdynię i Sopot.
Trójmiasto to była jakaś masakra. Początkowo nie mogłem się przebić. Brak tam dróg rowerowych, a brzegiem też nie ma szans
– opisuje. Nieco lepiej było na odcinku do Zatoki Gdańskiej, a dalej czekały już promy i przeprawy wiślane oraz dalsza trasa przez Krynicę Morską.
Lipczanin dotarł do jednego z ostatnich zaplanowanych miejsc.
Zawsze chciałem zobaczyć, jak wygląda przy morzu nasza granica z Rosją
– przyznaje. Gdy był w Piaskach, około trzykilometrowym odcinkiem dojechał do tej lokalizacji.
Płot graniczny wchodzi do samego morza. Bardzo dziwne miejsce. Po polskiej stronie biwakują i plażują się ludzie, masa śladów spacerowiczów, a po drugiej stronie nic. Gładko, cisza, nawet ptactwa specjalnie nie ma. Byłem w szoku
– relacjonuje. W strefie przygranicznej, gdzie nie zaskoczyła go obecność wojskowych patroli, zdziwiło go jeszcze jedno: informacja graniczna.
Wcale jednak nie o tym, że to granica polsko–rosyjska, a informująca, że w tym miejscu kończy się Unia Europejska
– opisuje.
Teoretycznie w tym miejscu mógł skończyć wyprawę, wsiąść w pociąg i wracać. Wpadł jednak na inny pomysł. Skoro na liczniku było już nakręcone ponad siedemset kilometrów, postanowił wytyczyć nowy cel wyprawy – pokonanie tysiąca kilometrów.
W kierunku Wielkopolski ruszył przez Braniewo i Elbląg, przejeżdżając po drodze jeden z etapów Tour de Pologne.
Pomyślałem, że warto byłoby też zaliczyć piękne Bory Tucholskie.
One były jednym z ostatnich punktów wyprawy, która w Goleniowie rozpoczęła się w sobotę koło południa, a zakończyła po sześciu dniach, w niedzielny wieczór w Lipce. Licznik wskazywał ponad 1060 pokonanych kilometrów.
Wspaniała wyprawa, niesamowite wrażenia
– po miesiącu wspomina wciąż z sentymentem. Przyznaje, że cztery litery były przez jakiś czas obolałe, a do teraz odrętwiałe ma dwa palce jednej z dłoni, co jest oczywiście skutkiem długotrwałego trzymania kierownicy.
Najważniejsze, że satysfakcja jest ogromna
– nie kryje.
Kolejną wyprawę już ma w planach. Także w Polskę, tym razem wzdłuż Wisły, z północy na południe, do samego źródła.
Już sprawdzałem na mapie. Wychodzi blisko 1400 kilometrów
– mówi lipczanin, który czterdziestkę przekroczył już jakiś czas temu, ale wcale nie zamierza zwalniać. Ma wrażenie, że z jego organizmem jest jak z winem.
Im jestem starszy, tym czuję się jakoś lepiej
– przyznaje.
Dowodem tego może być fakt, że obok wymienionych aktywności nasz rozmówca od jakiegoś czasu, i to coraz poważniej, zajmuje się też wspinaczką skałkową. To już jednak temat na osobną opowieść. Historię, którą pan Jarek obiecał się z nami kiedyś podzielić. [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Gratulacje Jarek!!
Jarosław, powodzenia w kolejnej pasji.
Nie powinno być "lipecki" czy jakoś tak? Pozdrawiam
już to widze
Gratulacje Jarek!!
Jarosław, powodzenia w kolejnej pasji.
Nie powinno być "lipecki" czy jakoś tak? Pozdrawiam