Reklama

Bolek, po co ci taka baba?!

23/12/2016 18:05
To tytuł jednego z przebojów Rypcium Pypcium, najbardziej oczekiwanego przez publiczność podczas koncertów. Dorobek kapeli to setki utworów i występów, a przede wszystkim bezcenne wspomnienia. – Zdecydowana większość nie nadaje się do prasy – zastrzega roześmiany Henryk Szopiński

Nigdy nie czuliśmy się muzykami. Uważaliśmy, że to co robimy to przysłowiowe pitolenie, takie rypcium pypcium

– wyjaśnia, skąd wzięła się nazwa. W tamtych czasach na instrumentach grało wielu. Gdy skład był niekompletny, wystarczyło zajechać „Pod sosnę”, zgarnąć kogoś, kto miał pojęcie np. o waleniu w bębny i ekipa była gotowa.

Tam było jak w ulu. Wpadaliśmy, był na miejscu jeden czy drugi: „dawaj, jedziesz z nami”. I jechali.

Stąd też było wielu muzykantów, którzy w kapeli zaliczyli jedynie epizody. Był też jednak kręgosłup, który w różnych okresach trzymał kapelę w całości i decydował o jej pracy. Szopiński, który od blisko dwudziestu lat jest liderem Rypcium Pypcium, dzieli tę historię na trzy okresy.

Reklama

Galeria zdjęć z jubileuszowego benefis Kapeli Opłotkowej „Rypcium Pypcium”:

[[gal=15246]]

Kapitalizm

Pierwszy liczony od powstania Rypcium Pypcium w listopadzie 1981 roku, do 1990 roku. Z tamtego składu od lat nie żyją Michał Sztych, Zdzisław „Dzidek” Szopiński i Marek Piotrowski. W tamtym czasie w kapeli byli jeszcze Paweł Gray – nieco później zastąpił go Krzysztof Wilk, Paweł Jęsiek – którego później zamienił Robert Ciżewski (obecnie wiceprowincjał zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny w Poznaniu), a także Bogusław Gabriel i wspomniany Szopiński. Dwaj ostatni jako jedyni pozostali do dzisiaj ze starego składu kapeli. Grupę w 1990 roku również dotknęła ustrojowa zmiana.

Reklama

Nagle wielu zaczęło zakładać biznesy. Każdy chciał się dorobić, dlatego spotykaliśmy się znacznie rzadziej, w ogóle nie graliśmy koncertów

– wspomina Szopiński. Przyznaje, że w kapeli zaczęło się psuć już w 1988 roku, gdy zmarł Michał Sztych – prawdziwy lider grupy, który w tamtym czasie odpowiadał m.in. za prowadzenie koncertów.


W dalszej części artkułu przeczytasz:

Tarka rytmiczno–prowadząca – Posucha trwała do połowy lat 90–tych. Wznowienie działalności nastąpiło przy okazji obchodów 60–lecia Domu Polskiego w 1995 roku...

Wiarusy na scenie – Od 1997 roku kapela na dobre ponownie złapała wiatr w żagle i tak jest do dziś. W 1998 roku poniosła niepowetowaną stratę, bo...

Reklama

Zakrzewskie tango – W najbardziej aktywnych latach kapela występowała po kilkadziesiąt razy rocznie, nie tylko przed polską publicznością...

Wszystko przed nami – Pytani o opowieści z historii kapeli jej członkowie najczęściej wymownie się uśmiechają. Podczas rozmów zdradzają tylko...

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Tarka rytmiczno–prowadząca

Posucha trwała do połowy lat 90–tych. Wznowienie działalności nastąpiło przy okazji obchodów 60–lecia Domu Polskiego w 1995 roku. Skład był szeroki, jednak zryw okazał się chwilowy, trwał kilkanaście miesięcy, bo emigracja zarobkowa ponownie zaburzała regularność kapeli. Ze starego składu zostali bracia Szopińscy i Bogusław Gabriel, a dołączyli: Dariusz Liponoga, Robert Konnek, Eugeniusz Barabasz, Zygmunt Weistock oraz śp. Bolesław Tesmer. Po dość krótkim czasie zrezygnował Barabasz, a w jego miejsce przyszedł Wojciech Oppermann.

Reklama

Wojtek przyszedł na bęben, a Zygusia Weistocka przenieśliśmy na bardzo oryginalny instrument. Nazywaliśmy go tarką rytmiczno–prowadzącą. Była specjalnie skonstruowana, miała kranik, programator, lało się z niej piwo

– Szopiński z trudem powstrzymuje się od śmiechu. W tamtym czasie z kapelą występowała też jedyna w jej historii kobieta, wieloletnia sekretarz gminy Krystyna Wojtasik. Wzbogaciła repertuar głównie o monologi, zwłaszcza podczas zakrzewskich biesiad. Wystąpiła również podczas kilku koncertów i na festiwalu w Przemyślu.

Reklama

Jedno z najstarszych zdjęć w kronikach zakrzewskiej kapeli. Od lewej Bogusław Gabriel, Michał Sztych i Henryk Szopiński

Wiarusy na scenie

Od 1997 roku kapela na dobre ponownie złapała wiatr w żagle i tak jest do dziś. W 1998 roku poniosła niepowetowaną stratę, bo zmarł Zdzisław „Dzidek” Szopiński.

Kapelę na zawsze opuścił nie tylko akordeonista, ale przede wszystkim jej dobry duch

– podkreślała, podczas sobotniej uroczystości jubileuszu 35–lecia artystycznej pracy Rypcium Pypcium, dyrektor Domu Polskiego Barbara Matysek–Szopińska.

Reklama

W tych latach ukształtował się też obecny skład kapeli: będący w niej od początku Szopiński i Gabriel, a także Dariusz Liponoga, Robert Konnek, Jacek Maślanik i Eugeniusz Polak.

Podczas sobotniego benefisu wraz z kapelą bawiło się stu trzydziestu gości – przede wszystkim osoby związane z historią Rypcium Pypcium i bliscy członków kapeli. Spośród wiarusów na sceniczny występ odważyli się Krzysztof Wilk, Waldemar Wrzeszcz  i Eugeniusz Barabasz. Wśród gości byli także członkowie zespołów działających przy Domu Polskim, kapele No To Cyk oraz My Som Tacy, a także wójt i sekretarz gminy.

Reklama

Wieloletni dobry duch kapeli, śp. Zdzisław „Dzidek” Szopiński

Zakrzewskie tango

W najbardziej aktywnych latach kapela występowała po kilkadziesiąt razy rocznie, nie tylko przed polską publicznością. Wielokrotnie grała m.in. dla pilskiego Philipsa i jego zagranicznych gości, chociażby z Kanady czy Korei. Dzisiaj kapela nie jeździ już tyle na przeglądy czy festiwale, ale…

do dzisiaj mamy mnóstwo zaproszeń

– przyznaje Szopiński, który na jednym z festiwali otrzymał indywidualne wyróżnienie jako śpiewający i prowadzący gadkę z publicznością. Dwukrotnie indywidualne wyróżnienia odbierał trębacz Robert Konnek, a wśród laurów zdobytych przez kapelę jest m.in. drugie miejsce na jednym z najbardziej prestiżowych festiwali w kraju, który do dzisiaj odbywa się w Przemyślu. Przez lata Rypcium Pypcium wielokrotnie zajmowało wysokie miejsca, zdobywało nagrody i wyróżnienia podczas festiwali oraz przeglądów w całym kraju. W 2004 roku kapela nagrała pierwszą, jedyną jak na razie długogrającą płytę CD pod tytułem „Zakrzewskie tango”.

Reklama

Wszystko przed nami

Pytani o opowieści z historii kapeli jej członkowie najczęściej wymownie się uśmiechają. Podczas rozmów zdradzają tylko nieliczne przygody, na które tutaj nie ma miejsca.

O tym można byłoby książkę napisać

– mówi Dariusz Liponoga. Przyznaje, że przez lata kapela się zmieniła, z wiekiem więcej w niej dojrzałości, ogłady, mniej spontaniczności, ale dobrej zabawy wciąż jest wiele. – Grając nieraz bawimy się lepiej niż publiczność. Bo my wszyscy kochamy muzykę – mówi Jacek Maślanik.

Muzyka muzyką, ale w tym co się robi ważny jest przede wszystkim przekaz

Reklama

– Liponoga nawiązuje m.in. do tematyki utworów kapeli. Spora część repertuaru to własne utwory skomponowane głównie przez Henryka Szopińskiego. Przez lata były to różne piosenki, ale niemal zawsze nawiązywały, a nawet komentowały polską, lokalną, zakrzewską rzeczywistość.
Nieliczną część wspomnień członkowie kapeli przytaczali między poszczególnymi utworami podczas sobotniego benefisu. Co czeka ich w przyszłości nie wiedzą, ale jednego są pewni: o rezygnacji z muzykowania nie ma mowy.

Nawet przez głowę nam nie przeszło, żeby kończyć z graniem

Reklama

– zapewnia Jacek Maślanik.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości