Nigdy nie czuliśmy się muzykami. Uważaliśmy, że to co robimy to przysłowiowe pitolenie, takie rypcium pypcium
– wyjaśnia, skąd wzięła się nazwa. W tamtych czasach na instrumentach grało wielu. Gdy skład był niekompletny, wystarczyło zajechać „Pod sosnę”, zgarnąć kogoś, kto miał pojęcie np. o waleniu w bębny i ekipa była gotowa.
Tam było jak w ulu. Wpadaliśmy, był na miejscu jeden czy drugi: „dawaj, jedziesz z nami”. I jechali.
Stąd też było wielu muzykantów, którzy w kapeli zaliczyli jedynie epizody. Był też jednak kręgosłup, który w różnych okresach trzymał kapelę w całości i decydował o jej pracy. Szopiński, który od blisko dwudziestu lat jest liderem Rypcium Pypcium, dzieli tę historię na trzy okresy.
Galeria zdjęć z jubileuszowego benefis Kapeli Opłotkowej „Rypcium Pypcium”:
[[gal=15246]]
Pierwszy liczony od powstania Rypcium Pypcium w listopadzie 1981 roku, do 1990 roku. Z tamtego składu od lat nie żyją Michał Sztych, Zdzisław „Dzidek” Szopiński i Marek Piotrowski. W tamtym czasie w kapeli byli jeszcze Paweł Gray – nieco później zastąpił go Krzysztof Wilk, Paweł Jęsiek – którego później zamienił Robert Ciżewski (obecnie wiceprowincjał zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny w Poznaniu), a także Bogusław Gabriel i wspomniany Szopiński. Dwaj ostatni jako jedyni pozostali do dzisiaj ze starego składu kapeli. Grupę w 1990 roku również dotknęła ustrojowa zmiana.
Nagle wielu zaczęło zakładać biznesy. Każdy chciał się dorobić, dlatego spotykaliśmy się znacznie rzadziej, w ogóle nie graliśmy koncertów
– wspomina Szopiński. Przyznaje, że w kapeli zaczęło się psuć już w 1988 roku, gdy zmarł Michał Sztych – prawdziwy lider grupy, który w tamtym czasie odpowiadał m.in. za prowadzenie koncertów.
Tarka rytmiczno–prowadząca – Posucha trwała do połowy lat 90–tych. Wznowienie działalności nastąpiło przy okazji obchodów 60–lecia Domu Polskiego w 1995 roku...
Wiarusy na scenie – Od 1997 roku kapela na dobre ponownie złapała wiatr w żagle i tak jest do dziś. W 1998 roku poniosła niepowetowaną stratę, bo...
Zakrzewskie tango – W najbardziej aktywnych latach kapela występowała po kilkadziesiąt razy rocznie, nie tylko przed polską publicznością...
Wszystko przed nami – Pytani o opowieści z historii kapeli jej członkowie najczęściej wymownie się uśmiechają. Podczas rozmów zdradzają tylko...
Posucha trwała do połowy lat 90–tych. Wznowienie działalności nastąpiło przy okazji obchodów 60–lecia Domu Polskiego w 1995 roku. Skład był szeroki, jednak zryw okazał się chwilowy, trwał kilkanaście miesięcy, bo emigracja zarobkowa ponownie zaburzała regularność kapeli. Ze starego składu zostali bracia Szopińscy i Bogusław Gabriel, a dołączyli: Dariusz Liponoga, Robert Konnek, Eugeniusz Barabasz, Zygmunt Weistock oraz śp. Bolesław Tesmer. Po dość krótkim czasie zrezygnował Barabasz, a w jego miejsce przyszedł Wojciech Oppermann.
Wojtek przyszedł na bęben, a Zygusia Weistocka przenieśliśmy na bardzo oryginalny instrument. Nazywaliśmy go tarką rytmiczno–prowadzącą. Była specjalnie skonstruowana, miała kranik, programator, lało się z niej piwo
– Szopiński z trudem powstrzymuje się od śmiechu. W tamtym czasie z kapelą występowała też jedyna w jej historii kobieta, wieloletnia sekretarz gminy Krystyna Wojtasik. Wzbogaciła repertuar głównie o monologi, zwłaszcza podczas zakrzewskich biesiad. Wystąpiła również podczas kilku koncertów i na festiwalu w Przemyślu.

Jedno z najstarszych zdjęć w kronikach zakrzewskiej kapeli. Od lewej Bogusław Gabriel, Michał Sztych i Henryk Szopiński
Od 1997 roku kapela na dobre ponownie złapała wiatr w żagle i tak jest do dziś. W 1998 roku poniosła niepowetowaną stratę, bo zmarł Zdzisław „Dzidek” Szopiński.
Kapelę na zawsze opuścił nie tylko akordeonista, ale przede wszystkim jej dobry duch
– podkreślała, podczas sobotniej uroczystości jubileuszu 35–lecia artystycznej pracy Rypcium Pypcium, dyrektor Domu Polskiego Barbara Matysek–Szopińska.
W tych latach ukształtował się też obecny skład kapeli: będący w niej od początku Szopiński i Gabriel, a także Dariusz Liponoga, Robert Konnek, Jacek Maślanik i Eugeniusz Polak.
Podczas sobotniego benefisu wraz z kapelą bawiło się stu trzydziestu gości – przede wszystkim osoby związane z historią Rypcium Pypcium i bliscy członków kapeli. Spośród wiarusów na sceniczny występ odważyli się Krzysztof Wilk, Waldemar Wrzeszcz i Eugeniusz Barabasz. Wśród gości byli także członkowie zespołów działających przy Domu Polskim, kapele No To Cyk oraz My Som Tacy, a także wójt i sekretarz gminy.

Wieloletni dobry duch kapeli, śp. Zdzisław „Dzidek” Szopiński
W najbardziej aktywnych latach kapela występowała po kilkadziesiąt razy rocznie, nie tylko przed polską publicznością. Wielokrotnie grała m.in. dla pilskiego Philipsa i jego zagranicznych gości, chociażby z Kanady czy Korei. Dzisiaj kapela nie jeździ już tyle na przeglądy czy festiwale, ale…
do dzisiaj mamy mnóstwo zaproszeń
– przyznaje Szopiński, który na jednym z festiwali otrzymał indywidualne wyróżnienie jako śpiewający i prowadzący gadkę z publicznością. Dwukrotnie indywidualne wyróżnienia odbierał trębacz Robert Konnek, a wśród laurów zdobytych przez kapelę jest m.in. drugie miejsce na jednym z najbardziej prestiżowych festiwali w kraju, który do dzisiaj odbywa się w Przemyślu. Przez lata Rypcium Pypcium wielokrotnie zajmowało wysokie miejsca, zdobywało nagrody i wyróżnienia podczas festiwali oraz przeglądów w całym kraju. W 2004 roku kapela nagrała pierwszą, jedyną jak na razie długogrającą płytę CD pod tytułem „Zakrzewskie tango”.
Pytani o opowieści z historii kapeli jej członkowie najczęściej wymownie się uśmiechają. Podczas rozmów zdradzają tylko nieliczne przygody, na które tutaj nie ma miejsca.
O tym można byłoby książkę napisać
– mówi Dariusz Liponoga. Przyznaje, że przez lata kapela się zmieniła, z wiekiem więcej w niej dojrzałości, ogłady, mniej spontaniczności, ale dobrej zabawy wciąż jest wiele. – Grając nieraz bawimy się lepiej niż publiczność. Bo my wszyscy kochamy muzykę – mówi Jacek Maślanik.
Muzyka muzyką, ale w tym co się robi ważny jest przede wszystkim przekaz
Reklama
– Liponoga nawiązuje m.in. do tematyki utworów kapeli. Spora część repertuaru to własne utwory skomponowane głównie przez Henryka Szopińskiego. Przez lata były to różne piosenki, ale niemal zawsze nawiązywały, a nawet komentowały polską, lokalną, zakrzewską rzeczywistość.
Nieliczną część wspomnień członkowie kapeli przytaczali między poszczególnymi utworami podczas sobotniego benefisu. Co czeka ich w przyszłości nie wiedzą, ale jednego są pewni: o rezygnacji z muzykowania nie ma mowy.
Nawet przez głowę nam nie przeszło, żeby kończyć z graniem
Reklama
– zapewnia Jacek Maślanik.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze